demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: buty

buty, buty, buty…

9

Co robi kobieta kiedy ją nosi i nie może znaleźć sobie miejsca? Idzie kupić kolejną parę butów… W niedzielę jedne (to się nie liczy, bo to w owadzie pseudo trekingi do letnich wypadów „na ogródek”),

a dziś drugie… chińczyk zarobił 27 PLNów… Więcej to one nie są warte, ale tyle starczy na poprawę samopoczucia. Oczywiście, że są to szpilki, oczywiście, że nie będę w nich chodzić na co dzień… bo zwyczajnie nie dam rady. Życie, kiedy miałam samochód, było jednak prostsze. Zwyczajnie, mogłam w samochodzie upchnąć kilka par szpilek i mieć je pod ręką na każdą okazję i bez okazji również, gdyż pieszo pokonywane trasy były co najwyżej „biurowe”.

W ramach intensywnie prowadzonych negocjacji związanych ze wspomnianą już wcześniej reklamacją, uświadomiłam sobie, że ja nie mam sandałów biegówek do pracowych. Biegówki do pracowe, to taki rodzaj obuwia, które są w miarę wygodne, a do tego w miarę eleganckie, czyli da się je ubrać również do fabryki. W przeciwieństwie do szpileczek da się w nich wytrzymać i chodzić od rana do wieczora, czyli ponad 10 godzin na dobę.

Miałam i mam takie na stanie, tylko, że właśnie sobie przypomniałam, że nie wiem, czy uda mi się je zreanimować, gdyż, na koniec naszej znajomości, P. się o nie potkną, i rozkleił je w mało ciekawy sposób oddzielając podeszwę od reszty bucika. W prawdzie coś wówczas przebąkną, że odkupi i takie tam, ale obawiam się, że nie jest to już aktualne. Not for me. Never mind.

Tak więc, mam w szafie śliczne szpileczki, sandałeczki, mam podwórkowe biegóweczki, a do pracy nie mam. Spokojna kudłata i rozczochrana, na bosaka chodzić przecież nie będę, coś się upoluje, albo inny deal się obmyśli.

Ogólnie, to lista strat, spora jest, lista zysków niewielka. Ba, nawet nie bardzo wiem co po stronie zysków zapisać. Tak więc, wygląda na to, że bilans z mocnym deficytem się zamyka. Bankructwo i ruina. Tylko, że śmiem twierdzić, że jednak, ten deficyt świadczy o tym, że jeszcze zwyczajnie mi nie przeszło. Zero obiektywizmu, ze skrajności w skrajność. Po prostu, pozbierałam się, ale nadal miała bym problem, czy pacana jednego zbluzgać, opluć, spoliczkować, wywalić na zbity pysk za drzwi, czy rzucić się mu na szyję i ucałować. Obawiam się jednak, że nie zrobiłabym nic z tych rzeczy, ani dobrego, ani złego, ani nic, gdyż to, że stanie w moich drzwiach jest równie realne, co mój tegoroczny wyjazd na wakacje… czyli – zwyczajnie nie możliwe.

To i czasu na pisanie niestarcza. Sama to nie bardzo wiem, za co mam się wpierw zabierać, a co może poczekać minutę, godzinkę, czy dwie. Normalka, rutyna, standard. Więc nie o tym chciałam. O pogodzie też nie bardzo, każdy przecież widzi jaka jest. Jednak chętnie powrócę do tematu reklamacji obuwia, a czym już było, i ciąg dalszy jest.

Ciąg dalszy jest niczym innym, jak wymianą kurtuazyjnych mejli ze sprzedawcą, lub osobą go reprezentującą. Oczywiście, wyrok zapadł jeszcze przed przesłaniem moich butów do reklamacji. Oczywiście brzmiał: kupiła Pani za małe buty i wypchała paluchami, i się podarły z Pani winy. W życiu, a kilka lat już żyję, buty mi żadne nie pękły w ten sposób i w tak ekspresowym czasie. Nawet chińska chińszczyzna, albo inne tajlandzkie wynalazki. Obgryzły mnie nie raz, i owszem. Wyblakły, też się zdarzało. Jednak pierwszy raz, po kilku (nie wiem już ze 4 – 5 razy może) założeniach buty się zwyczajnie rozpadły. Podeszwa straciła kolor, który zwyczajnie się starł, a szycia się przerwały zamiast ułożyć. To trochę tak, jakby samochód nowy z salonu, rozpadł się na części, nim właściciel dotarł w nim silnik, aby nadawał się do dalszej jazdy. Toż nawet chińskie i indyjskie podróby samochodów się tak nie rozpadają… a buty – jak widać i owszem. Tak więc nadal wymieniamy sobie uprzejmości, choć jest już poprawa w opisie aukcji, gdyż model ów nadal jest sprzedawany za tę samą, mocno zawyżoną cenę, sugerującą względną jakość, a nie stan poniżej minimalnej wytrzymałości materiałów. Tak więc zwrot: „Wykonane z białej lakierowanej skóry ekologicznej oraz białej, brokatowej tkaniny.”  należy czytać jako: „Materiał syntetyczny, o niskiej elastyczności, nieprzepuszczalny (ani woda, ani powietrze nie przejdą), kupuj 1 rozmiar większe niż normalnie, to może się w tydzień nie rozpadnie.”

Tak więc, ktoś dostał prezent w postaci 150 PLNów, gdyż w sumie butów były 2 pary. Ten sam model, inny kolor, jeden badziew. Na dodatek za nie małe pieniądze, zważywszy na jakość. No i dodatkowo jeszcze dowiedziałam się, że plastikowe buty „eufeministycznie” nazywa się lakierowaną skórą ekologiczną. Człowiek jednak to całe życie się uczy, a oszustwo już nie jest oszustwem, tylko eufeminizmem…

o w mordeczkę jeża

16

Normalnie, to chciałam reklamacje na te moje buty złożyć i wysłać, ale normalnie to chyba nie przejdzie, bo mi amba zjadła paragon. Normalnie to szukałam już tu, i tam szukałam, i jeszcze ówdzie również, ale nigdzie nie ma. Jak nic amba zjadła i tyle. Jeszcze popatrzam, tu i siam, i papiery w kartonie po butach przerzucę. Dobrowolnie go do kosza nie wywalałam, ale nigdy nic nie wiadomo.

Tak więc istnieje pewne prawdopodobieństwo, że zostanę z tymi najdroższymi jednorazówkami na stanie. Cóż, mam nauczkę i szybko buciorków żadnych przez internety już nie kupię, aż do zapomnienia. Bo już kiedyś sobie obiecywałam, że nigdy, przenigdy i za żadne skarby. Jednak przeszło mi i teraz wyszło mi bokiem.

weekend był i się zbył

6

W piątek urwałam się nieco wcześniej z fabryki, gdyż Młody piszczał o odbiorze Złomka od mechanika… na co nie miał kasy, a co kosztowało mnie 3,5 setki… bo się bak rozciekł i trzeba było go wymienić. Jak ma chwile pojeździć Złomkiem, to na nowy, a nie na stary, który za chwilę może znowu rozcieknąć. Baki w tiktakach tak mają. Sama kiedyś przerabiałam, dawno, jak sama miałam tiktasia.

Tak więc, Złomka odebrałam i w domu, na Włościach wylądowałam o porze więcej niż przyzwoitej jak na piątek. Porozglądałam się, popatrzyłam po kątach i za okno, i upchnąwszy to i owo do pralki, zabrałam się za podwórkowe roboty. Od 16 do ciemkowatości. No i git, podgoniłam nieco, ale sterta patyczków do pociachania na zimową rozpałkę dopiecową nadal sobie hihrała ze mnie. Łypała na mnie patykami, gałązkami i żywicznymi wysiękami. Wredna taka była. Nic nie mówiąc, odwróciłam się, a w głowie mej niecny plan się rodził. Sobota miała być niezbyt pogodna, ale bez deszczu podobno, już ja się rozprawię z tymi patyczakami! Jako się pomyślało, tako się zrobiło. Od 10 z minutami do 19 z hakiem czasowym, a wszystkie te łypiące na mnie patyczki zostały poszatkowane, powiązane i zniesione pod dach. Teraz to sobie schną i zimy czekają, a ja się nie wkurzam, że trawą przerosną.

W sobotę, w ramach patyczkowania, zawarłam bliższą znajomość ze stadem winniczków. Normalnie cała byłam szczęśliwa, że choć raz w roku widzę więcej ślimaków z wiadomym adresem zamieszkania, z własnym „M”, niż tego gluciastego, bezdomnego tałatajstwa, co wyżera cały ogródek.

Z prac polowych, to jeszcze muszę drutu zakupić, i winogron ujarzmić, co go to Matka Rodzicielka w dziwnym miejscu posadziła, oraz na mikro patyczkach próbowała osadzić. Pewnie koło weekendu, jak pogoda pozwoli, to się z nim uporamy z Młodym, bo inaczej ciemno to widzę.

Bilans powekendowy jest taki, że mam obrobioną część ogrodu na Włościach, wybity palec serdeczny lewej ręki (nie pytajcie, nie mam pojęcia i nie przypominam sobie jak to się stało), odwinogronowane ogrodzenie oraz całkowity ból wszystkich (a nawet WSZYSTKICH) stawów jakie są w moim człowieku. Ból stawów tak mnie na koniec soboty zmasakrował, że zwyczajnie, ledwo się doczołgałam do łóżka, i to bez przenośni. Zupełnie dosłownie. Przekonana byłam, że to pozimowe zastanie, ale śmiem twierdzić, że to nie jedyny powód mojego samopoczucia. Tylko nie wiem, czy już teraz chcę wiedzieć co jeszcze, czy raczej wolę nie wiedzieć.

W związku z powyższym, niedziele spędziłam na zaleganiu z książką w ręce, przy czym, w tak zwanym między czasie, gdzieś pomiędzy śniadaniem i obiadem, machnęłam trzy koszyczki rogalików drożdżowych. Tak, tak, z tymi bolącymi nadgarstkami, łokciami i wybitym palcem. Wszystko to dlatego, aby móc sobie powiedzieć, że takie rogaliki, to przecież nie słodycze, więc można ich dużo i jeszcze więcej…  jedz, jedz, a zadek rośnie.

No i jeszcze odkryłam, że kiedyś wkładka butów męskich o długości 26,5 – 27 cm to był rozmiar 40, a obecnie jest to rozmiar 42… tak więc przymierzyłam sobie całkiem fajne buty sportowe jednej znanej marki, a że męskie… no cóż nie wiem dlaczego, ale na końcu świata przywożą rozmiarówkę do numeru 39… więc nie wiem skąd te młode dziewczyny biorą buty, bo nie z naszych sklepów, chyba, że to one wszystko już wykupiły. tak, ja wiem, że niespełna 3 tygodnie temu kupiłam sobie podróbki airmaksów… kwestia w tym, że się rozwaliły, pękły i raczej nie nadają się do chodzenia. No i oczywiście, że wiem, że mam 50 par innych butów, ale białych sportowych nie mam żadnych.

Oszczędzam ostatnio hurtem pieniądze. W poniedziałek kupiłam parę czarnych, krótkich, zimowych botków (trudno nazwać je kozaczkami, ale botkami można je określić, zaś przydomek zimowe noszą przez wzgląd na dodatek sztucznego futerka), a wczoraj nabyłam botki wiosenne. Tak wczoraj był wtorek. Dziś, dziś jest środa, nie mam w planach zakupu kolejnej pary obuwia, jednak nic nie jest pewnym w tym zakresie, gdyż też będę w pobliżu sklepu obuwniczego…

Dlaczego twierdzę, że oszczędzam, skoro wszakże wydaję. Hojną ręką, z kawałkiem plastiku, płacę lekko, szybko i zbliżeniowo. W poniedziałek 23 złote, we wtorek 49. Dodam, że to dobre są ceny na owe buty. Pierwsze 270 za te wczorajsze w życiu bym nie zapłaciła, nawet gdyby był to tylko drobny wydatek, czy przysłowiowe „na waciki” mojego budżetu. Zwyczajnie, nie są warte więcej niż to ile za nie zapłaciłam. Podobała mi się jeszcze jedna bluza, ale i jej jakość, i fason nie były pierwszej jakości, a cenę miała ona w wysokości 70 zeta. Tak pewnie ze 20, może 25 złociszy bym za nią dała, ale 70? Nie ma takiej opcji. Chińszczyzna, z nierównym szyciem i tylko z metką znanej sportowej firmy. To samo uzyskam kupując pierwszą lepszą bluzę na sieciówkowej wyprzedaży, w takim dajmy na to Decathlonie, podkoszulek za 2 złote w lumpeksie i przeszywając metkę najkowską, adidasowską, czy inną jakąś z tego podkoszulka na bluzię sieciówkową… a operacja owa wyniesie mnie… 20, czy max 25 PLNów? Czyli dokładnie tyle ile to faktycznie jest warte. Kwestia w tym, że jestem na to zbyt leniwa, ale wierzcie mi, są osoby które tak postępują, a później jeszcze takie swoje „twory” w internetach sprzedają.

Tak więc skoro zaoszczędziłam 220 na buciorkach, to postanowiłam coś jeszcze sobie dorzucić, więc padło na sweterek za 20 zł w rozmiarze 46. Na sweterku też oszczędzałam i oszczędziłam prawie 50 złociszy, i nie, jeszcze nie urosłam do tej gabarytury (46 rozmiar), ale to był najmniejszy, dostępny rozmiar tego sweterka.

Sister moja stwierdziła, że wracam do nawyków z ogólniaka. Dżinsy slimy, wielkie swetry, krótka kurtka i wygodny obów oraz kolorystyka upierzenia (wówczas też byłam bliondynką…. ). No cóż, skoro do wagi i postury wróciłam, to czemu i nie do pozostałych nawyków? Tak, zgadza się, przez ostatnie blisko 20 lat byłam szczuplejsza niż w czasach ogólniaka, biegałam w obcisłych sweterkach i 10 cm szpilkach. Nie żeby obecnie była jakaś tragedia, właściwie 40 rozmiar to podobno normalny jest dla mojego wzrostu, nie tylko przez pryzmat długości nogawek, czy rękawów. Zdecydowanie jednak wolę siebie w proporcji 38, gdyż 36 to już trochę jednak mnie bardziej nie ma niż jestem.

No i tyle paplania o wszystkim i o niczym. Infantylnego. Bo to ostatnio zostało mi wytknięte i zarzucone. Niejako wykpiono to miejsce, bo bez aspiracji, bo nie zgodnie z trendami, bo o niczym praktycznie, bo z błędami stylistycznymi i innymi takimi. Cóż. Mniemam, że osoba ta nie zadała sobie trudu i nie rzuciła okiem na archiwum. Blisko 13 lat w blogosferze, to dosyć czasu na to by określić swoje blogowe priorytety i założenia, to też dosyć czasu aby je zrealizować. Jeśli to miejsce jest takie, jakie jest, to jest takie, bo to moja decyzja, mój wybór i doprawdy, dziękuję za zainteresowanie, ale docinki są o tyle nie na miejscu, że mnie nie wzruszają. Kiedyś owszem, dziś już nie.

Co do samej infantylności, mam zamiar szczery nadal ją hołubić w sobie i pielęgnować każdy jej przejaw, każdą jej drobną emanację. Bo lubię, bo chcę, bo… ludzie w znacznej większości nie czytają ze zrozumieniem, więc nadal w tej infantylności gubią to o czym piszę, a widzą to czego szukają, widzą to co własny umysł pozwala im dostrzec w oparciu o ich własne doświadczenia. To bardzo ciekawe zjawisko jest, naturalne i mocno mnie frapujące. Właśnie w nim, w tym zjawisku postrzegania innych przez pryzmat siebie, tak na prawdę tkwi infantylność tego miejsca. Idąc dalej, mogłabym wysnuć domniemanie, że infantylna jest osoba, która mi to zarzuciła.

Sama zaś mam świadomość, że lubię, uwielbiam pisać i nie muszę mieć ważnych powodów do tego, ani też wzniosłych tematów. Równie dobrze wiem, że kocham filozofować, dywagować, snuć wątki nawet te najbardziej bez sensu, dla samego wypowiadania, czy pisania słów. Dlatego brakuje mi rozmów z P. Lubię też głośno myśleć. Przynajmniej wiadomo po kim Młody ma ten słowotok, tyle, że tematy dziecię ma odmienne… ale schemat, jakby nie patrzeć, ten sam co u mamusi.


  • RSS