demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: buty

o byle czym

6

Koniec miesiąca mam wyjątkowo dietetyczny. Tak to jednak bywa kiedy wydaje się właściwie więcej niż się zarabia. Nagle okazuje się, że dziury na koncie bankowym są jakieś okrutne, że grosiki przez te dziury wszystkie chyba wypłynęły i ciężko określić w jakim kierunku i gdzie ich jeszcze szukać, oraz czy sens jest jakikolwiek w tym by ich jeszcze szukać. Nie mniej jednak ta rozrzutność była mocno ukierunkowana, więc za chwilę zobaczę jak pięknie się zwraca ten upływ wirtualnej gotówki w postaci szafy do Wersalowego korytarza, na którą to się zasadzałam od wiosny jeszcze i zawsze mi coś nie po drodze było, więc teraz podjęłam twardą decyzję, poszłam i zakupiłam. Powinna przyjechać do mnie w przyszłym tygodniu. Za ciosem idąc, do szafy dołączy „biureczko” do sypialni, gdyż w odpadkach z Ikei jest za pół ceny w tym tygodniu, a to maksimum co jest warte, a tak się składa, że kolorem jak najbardziej do mojego wyposażenia sypialnianego. Też będzie w przyszłym tygodniu, gdyż to, że jest gazetka i promocja, to nie znaczy jeszcze ze sklep w miasteczku na krańcu świata, dysponuje stanem magazynowym w ilości choćby 1 sztuki. Trzeba poczekać, zaczekać i uzbroić się w cierpliwość, bo przyjedzie albo dzisiaj, albo za tydzień… za tydzień już będzie po tej promocji, ale skoro sobie Pani teraz zamówi to nawet jak przyjedzie za tydzień, to będzie i tak w cenie promocyjnej. Cóż. Skoro i tak chodziłam i oglądałam ów stolik od jakiegoś czasu, to doszłam do wniosku, że niech będzie, niech się stanie – zamówiłam. Kto bogatemu zabroni. Jeszcze inne wydatki się w miesiącu wrześniu pojawiły, więc i dziury rachunku bankowym maja całkiem określone kształty. Na całe szczęście kilka słoików z przetworami mam zgromadzonych więc spokojnie, do końca miesiąca dociągnę jakoś na słoikach.

No i jeszcze w Wersalu przygarnęłam nowy internet, gdyż od jakiegoś czasu eNTLe zaczęły mnie wkurzać i gubić zasięg. Tym bardziej, że z eNTeLi, za czas jakiś, mam zamiar zrezygnować, gdyż ale i bowiem transakcje wiązane są dobre tylko na pierwszy rzut i w pierwszym podejściu, później to już lekkie utrapienie. Bo jak zrezygnujesz to coś, a jak obniżysz abonament to inne coś. Jak weźmiesz „ślub” z promocja wiązaną” to trudniej się z tym rozstać obecnie niż wziąć rozwód w państwie polskim. Wizja jest więc taka, że wszelkie usługi docelowo są niezależne od siebie. Z doświadczenia wiem, że w pakiecie jest drożej. Każda usługa na solówkę więc przechodzić będzie stopniowo, a część ulegnie likwidacji.

No i jeszcze chciałam stwierdzić, że w mediach mówili, że wrzesień w tym roku będzie piękny. Doprawdy, może i tak będzie, tylko ja nie wiem gdzie. Zapomnieli podać adresu, a to szkoda. Wielka szkoda. Tym większa, że jakoś dzisiaj jest piątek, a skoro jest piątek, to jest przed nami weekend, a skoro weekend, to cóż, będę siedzieć w domu, na czterech literach, gdyż pada i jest zimno, i pogoda ma się utrzymać do końca tygodnia albo dłużej. Wiec gdzie jest ten nasz piękny wrzesień?  Gdzie?

No i jeszcze na koniec dodam, że wiosną rozpadły mnie się buty przejściowe w liczbie dwu par, a jedna para, choć się nie rozpadła, to jednak obgryza i… zwyczajnie, normalnie mam bąbla na pół pięty. Wywalę dziady, choć i nie brzydkie i mało chodzone (bo jak chodzić skoro się nie da i obżerają)… do śmietnika wstawię, może ktoś je przygarnie i będzie miał mniej z nimi dylematów. Bo mi tylko miejsce zajmują! Powoli zaczynam wdrażać jakąś uproszczoną wersję minimalizm,mu, gdyż jednak Wersal nie jest z gumy i … no cóż, zakładanie w nim sklepu z obuwiem, czy choćby magazynu obuwniczego, to jednak mało praktyczne działania, gdyż przecież, poza moimi butami, dobrze by było, gdybym i ja się tam zmieściła.

buty, buty, buty…

9

Co robi kobieta kiedy ją nosi i nie może znaleźć sobie miejsca? Idzie kupić kolejną parę butów… W niedzielę jedne (to się nie liczy, bo to w owadzie pseudo trekingi do letnich wypadów „na ogródek”),

a dziś drugie… chińczyk zarobił 27 PLNów… Więcej to one nie są warte, ale tyle starczy na poprawę samopoczucia. Oczywiście, że są to szpilki, oczywiście, że nie będę w nich chodzić na co dzień… bo zwyczajnie nie dam rady. Życie, kiedy miałam samochód, było jednak prostsze. Zwyczajnie, mogłam w samochodzie upchnąć kilka par szpilek i mieć je pod ręką na każdą okazję i bez okazji również, gdyż pieszo pokonywane trasy były co najwyżej „biurowe”.

W ramach intensywnie prowadzonych negocjacji związanych ze wspomnianą już wcześniej reklamacją, uświadomiłam sobie, że ja nie mam sandałów biegówek do pracowych. Biegówki do pracowe, to taki rodzaj obuwia, które są w miarę wygodne, a do tego w miarę eleganckie, czyli da się je ubrać również do fabryki. W przeciwieństwie do szpileczek da się w nich wytrzymać i chodzić od rana do wieczora, czyli ponad 10 godzin na dobę.

Miałam i mam takie na stanie, tylko, że właśnie sobie przypomniałam, że nie wiem, czy uda mi się je zreanimować, gdyż, na koniec naszej znajomości, P. się o nie potkną, i rozkleił je w mało ciekawy sposób oddzielając podeszwę od reszty bucika. W prawdzie coś wówczas przebąkną, że odkupi i takie tam, ale obawiam się, że nie jest to już aktualne. Not for me. Never mind.

Tak więc, mam w szafie śliczne szpileczki, sandałeczki, mam podwórkowe biegóweczki, a do pracy nie mam. Spokojna kudłata i rozczochrana, na bosaka chodzić przecież nie będę, coś się upoluje, albo inny deal się obmyśli.

Ogólnie, to lista strat, spora jest, lista zysków niewielka. Ba, nawet nie bardzo wiem co po stronie zysków zapisać. Tak więc, wygląda na to, że bilans z mocnym deficytem się zamyka. Bankructwo i ruina. Tylko, że śmiem twierdzić, że jednak, ten deficyt świadczy o tym, że jeszcze zwyczajnie mi nie przeszło. Zero obiektywizmu, ze skrajności w skrajność. Po prostu, pozbierałam się, ale nadal miała bym problem, czy pacana jednego zbluzgać, opluć, spoliczkować, wywalić na zbity pysk za drzwi, czy rzucić się mu na szyję i ucałować. Obawiam się jednak, że nie zrobiłabym nic z tych rzeczy, ani dobrego, ani złego, ani nic, gdyż to, że stanie w moich drzwiach jest równie realne, co mój tegoroczny wyjazd na wakacje… czyli – zwyczajnie nie możliwe.

To i czasu na pisanie niestarcza. Sama to nie bardzo wiem, za co mam się wpierw zabierać, a co może poczekać minutę, godzinkę, czy dwie. Normalka, rutyna, standard. Więc nie o tym chciałam. O pogodzie też nie bardzo, każdy przecież widzi jaka jest. Jednak chętnie powrócę do tematu reklamacji obuwia, a czym już było, i ciąg dalszy jest.

Ciąg dalszy jest niczym innym, jak wymianą kurtuazyjnych mejli ze sprzedawcą, lub osobą go reprezentującą. Oczywiście, wyrok zapadł jeszcze przed przesłaniem moich butów do reklamacji. Oczywiście brzmiał: kupiła Pani za małe buty i wypchała paluchami, i się podarły z Pani winy. W życiu, a kilka lat już żyję, buty mi żadne nie pękły w ten sposób i w tak ekspresowym czasie. Nawet chińska chińszczyzna, albo inne tajlandzkie wynalazki. Obgryzły mnie nie raz, i owszem. Wyblakły, też się zdarzało. Jednak pierwszy raz, po kilku (nie wiem już ze 4 – 5 razy może) założeniach buty się zwyczajnie rozpadły. Podeszwa straciła kolor, który zwyczajnie się starł, a szycia się przerwały zamiast ułożyć. To trochę tak, jakby samochód nowy z salonu, rozpadł się na części, nim właściciel dotarł w nim silnik, aby nadawał się do dalszej jazdy. Toż nawet chińskie i indyjskie podróby samochodów się tak nie rozpadają… a buty – jak widać i owszem. Tak więc nadal wymieniamy sobie uprzejmości, choć jest już poprawa w opisie aukcji, gdyż model ów nadal jest sprzedawany za tę samą, mocno zawyżoną cenę, sugerującą względną jakość, a nie stan poniżej minimalnej wytrzymałości materiałów. Tak więc zwrot: „Wykonane z białej lakierowanej skóry ekologicznej oraz białej, brokatowej tkaniny.”  należy czytać jako: „Materiał syntetyczny, o niskiej elastyczności, nieprzepuszczalny (ani woda, ani powietrze nie przejdą), kupuj 1 rozmiar większe niż normalnie, to może się w tydzień nie rozpadnie.”

Tak więc, ktoś dostał prezent w postaci 150 PLNów, gdyż w sumie butów były 2 pary. Ten sam model, inny kolor, jeden badziew. Na dodatek za nie małe pieniądze, zważywszy na jakość. No i dodatkowo jeszcze dowiedziałam się, że plastikowe buty „eufeministycznie” nazywa się lakierowaną skórą ekologiczną. Człowiek jednak to całe życie się uczy, a oszustwo już nie jest oszustwem, tylko eufeminizmem…

o w mordeczkę jeża

16

Normalnie, to chciałam reklamacje na te moje buty złożyć i wysłać, ale normalnie to chyba nie przejdzie, bo mi amba zjadła paragon. Normalnie to szukałam już tu, i tam szukałam, i jeszcze ówdzie również, ale nigdzie nie ma. Jak nic amba zjadła i tyle. Jeszcze popatrzam, tu i siam, i papiery w kartonie po butach przerzucę. Dobrowolnie go do kosza nie wywalałam, ale nigdy nic nie wiadomo.

Tak więc istnieje pewne prawdopodobieństwo, że zostanę z tymi najdroższymi jednorazówkami na stanie. Cóż, mam nauczkę i szybko buciorków żadnych przez internety już nie kupię, aż do zapomnienia. Bo już kiedyś sobie obiecywałam, że nigdy, przenigdy i za żadne skarby. Jednak przeszło mi i teraz wyszło mi bokiem.

weekend był i się zbył

6

W piątek urwałam się nieco wcześniej z fabryki, gdyż Młody piszczał o odbiorze Złomka od mechanika… na co nie miał kasy, a co kosztowało mnie 3,5 setki… bo się bak rozciekł i trzeba było go wymienić. Jak ma chwile pojeździć Złomkiem, to na nowy, a nie na stary, który za chwilę może znowu rozcieknąć. Baki w tiktakach tak mają. Sama kiedyś przerabiałam, dawno, jak sama miałam tiktasia.

Tak więc, Złomka odebrałam i w domu, na Włościach wylądowałam o porze więcej niż przyzwoitej jak na piątek. Porozglądałam się, popatrzyłam po kątach i za okno, i upchnąwszy to i owo do pralki, zabrałam się za podwórkowe roboty. Od 16 do ciemkowatości. No i git, podgoniłam nieco, ale sterta patyczków do pociachania na zimową rozpałkę dopiecową nadal sobie hihrała ze mnie. Łypała na mnie patykami, gałązkami i żywicznymi wysiękami. Wredna taka była. Nic nie mówiąc, odwróciłam się, a w głowie mej niecny plan się rodził. Sobota miała być niezbyt pogodna, ale bez deszczu podobno, już ja się rozprawię z tymi patyczakami! Jako się pomyślało, tako się zrobiło. Od 10 z minutami do 19 z hakiem czasowym, a wszystkie te łypiące na mnie patyczki zostały poszatkowane, powiązane i zniesione pod dach. Teraz to sobie schną i zimy czekają, a ja się nie wkurzam, że trawą przerosną.

W sobotę, w ramach patyczkowania, zawarłam bliższą znajomość ze stadem winniczków. Normalnie cała byłam szczęśliwa, że choć raz w roku widzę więcej ślimaków z wiadomym adresem zamieszkania, z własnym „M”, niż tego gluciastego, bezdomnego tałatajstwa, co wyżera cały ogródek.

Z prac polowych, to jeszcze muszę drutu zakupić, i winogron ujarzmić, co go to Matka Rodzicielka w dziwnym miejscu posadziła, oraz na mikro patyczkach próbowała osadzić. Pewnie koło weekendu, jak pogoda pozwoli, to się z nim uporamy z Młodym, bo inaczej ciemno to widzę.

Bilans powekendowy jest taki, że mam obrobioną część ogrodu na Włościach, wybity palec serdeczny lewej ręki (nie pytajcie, nie mam pojęcia i nie przypominam sobie jak to się stało), odwinogronowane ogrodzenie oraz całkowity ból wszystkich (a nawet WSZYSTKICH) stawów jakie są w moim człowieku. Ból stawów tak mnie na koniec soboty zmasakrował, że zwyczajnie, ledwo się doczołgałam do łóżka, i to bez przenośni. Zupełnie dosłownie. Przekonana byłam, że to pozimowe zastanie, ale śmiem twierdzić, że to nie jedyny powód mojego samopoczucia. Tylko nie wiem, czy już teraz chcę wiedzieć co jeszcze, czy raczej wolę nie wiedzieć.

W związku z powyższym, niedziele spędziłam na zaleganiu z książką w ręce, przy czym, w tak zwanym między czasie, gdzieś pomiędzy śniadaniem i obiadem, machnęłam trzy koszyczki rogalików drożdżowych. Tak, tak, z tymi bolącymi nadgarstkami, łokciami i wybitym palcem. Wszystko to dlatego, aby móc sobie powiedzieć, że takie rogaliki, to przecież nie słodycze, więc można ich dużo i jeszcze więcej…  jedz, jedz, a zadek rośnie.

No i jeszcze odkryłam, że kiedyś wkładka butów męskich o długości 26,5 – 27 cm to był rozmiar 40, a obecnie jest to rozmiar 42… tak więc przymierzyłam sobie całkiem fajne buty sportowe jednej znanej marki, a że męskie… no cóż nie wiem dlaczego, ale na końcu świata przywożą rozmiarówkę do numeru 39… więc nie wiem skąd te młode dziewczyny biorą buty, bo nie z naszych sklepów, chyba, że to one wszystko już wykupiły. tak, ja wiem, że niespełna 3 tygodnie temu kupiłam sobie podróbki airmaksów… kwestia w tym, że się rozwaliły, pękły i raczej nie nadają się do chodzenia. No i oczywiście, że wiem, że mam 50 par innych butów, ale białych sportowych nie mam żadnych.


  • RSS