demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: Beskid Niski

buro i ponuro

24

Nadspodziewanie październik nieco nas rozpieścił rekompensując niedostatki września. Niestety, wszystko co dobre, wcześniej lub później się kończy, więc i piękna pogoda październikowa odeszła. Może nawet nie odeszła tyle, co wyszła na przeciw listopadowym ponurym oczekiwaniom. Tak na ostatek, w miniony weekend, jeszcze łapanie ostatnich chwil na wędrówki. Zamglonego słońca, mgieł snujących się nad dolinami i wiszących w powietrzu niczym woal, co nieco deprymuje kiedy ma się aparat w ręce… ale są bardziej deprymujące rzeczy. Należy do nich roztrzepanie, które w moim przypadku zaczyna osiągać apogeum. Po prostu sama siebie nie poznaję w pewnych aspektach koncentracji, gdyż dolega mi totalna dekoncentracja. Tak, znowu wzięłam w teren aparat bez baterii. Brawo ja. Mniejsza z większym, skutek jest jeden, z sobotnich widoków pełnych mgieł i tajemniczych kształtów nic nie będzie, bo zostają tylko na chwilę w mojej własnej pamięci, ale za to z niedzielnego wyjścia, kilka obrazków do pokazania się znajdzie. Zwłaszcza, że to kolejny weekend z sentymentami w tle. Chyrowa po 22 – 23 latach. Niby tak blisko, a czasem tak daleko, a szkoda, bo pięknie, czyli tym razem Beskid Niski.

pogoda się zmokrzyła

2

Normalka, człowiek chciał kilka dni odsapnąć, tak bez myślenia o robocie, to i myślał o robocie nie będzie, tylko o tym, że mokro i takie tam inne. Nie miało się kiedy rozlać, czy jak? Przecież mogło jeszcze tydzień poczekać, niby nic się nie stało, a tak? Tak, to co? Dobra, marudziłam trochę, ale każdy ma prawo, kiedy inni się urlopuję, a człowiek siedzi i zwija te papierki, jak świstak sreberka. Tylko, żeby, aż tak zaraz z wielkiej chmury dużym deszczem? Ma się rozpogodzić, bo mam nieco napięty grafik, który chciałam jeszcze bardziej napiąć, ale jak się rozleje, to całe to napinanie spali na panewce i będzie zwykłe domykanie grafiku. Może jaśnie Pan Merkury zrozumie, że takie podróżnicze wyzwania to dla mnie odmiana i żadnej skuchy komunikacyjnej nie przewiduję i nie zakładam. Niech sobie pozostaje w retrogradacji, ale jak już musi, to tylko z dużymi, a nawet DUŻYMI, bonusami. So nie?

Na osłodę jeszcze dorzucę kilka fotek z niedzielnego popołudnia sprzed tygodnia. Te z minionej soboty i niedzieli jeszcze poczekają, nabiorą mocy urzędowej, ustawią kolejkę do pionu i poziomu… bo się mam wrażenie lekki tłok w niej zrobi do przyszłego tygodnia. Co ja tam z góry jednak snuć fantazje będę. Lepiej obrazki pokazać. Może deszcz się przestracha i pójdzie precz… bo w poprzednią niedzielę niebo było jak blacha… ani pół chmurki, nic a nic. A pod wieczór to już całkiem cudo było.

Po Bani Szklarskiej przeszłyśmy jeszcze kawałek pod kapliczkę Jana Nepomucena. Poobchodziłyśmy ją dookoła, bo tak nakazuje przesąd, a my przesądne nie jesteśmy, ale chodzenie w kółko nam zupełnie nie przeszkadza… a jak się z Perełką łazi, to tym bardziej…

widok sprzed kapliczki na dolinę, którą nie dawno wędrowałyśmy (początek sierpnia) w stronę Czeremchy, zostawiając za sobą Jaśliska…

Jan Nepomucen

… siana już nie ma, ale …

… gryka z plamą słonecznika …

… mogłabym tak sobie na tej łące, na tej trawce tak leżeć, aż do wieczora… gdyby nie to, że jednak chłodno się robiło…

Nie mam czkawki. Jeszcze nie mam. Natomiast pewnym jest to, że dzień dzisiejszy mus jest zakończyć solidnym drinkiem. Za cierpliwość, za nie wycie głośne i za niebluzganie całego świata na około, a zwłaszcza za nie rzucanie tak zwaną naturą martwą biurową… czyli niczym innym jak upartymi, złośliwymi i zamulonymi komputerami.

Jakiś dziś złośliwy prątek komputerowy w powietrzy jak nic grasuje i jeszcze chwila a zacznę zamieniać się w monstrum rzucające i ciskające sprzętem biurowym. Pomijając takie oczywistości, jak zawieszony system i konieczność resetowania to dorzucę do dnia dzisiejszego wywalanie przeglądarek kiedy pracuje się w pewnym programie ogólnopolskim, działającym wedle własnych, niesprecyzowanych humorów. tak więc albo padał komputer, albo przeglądarka się wysypywała, albo sam program się wieszał i wywalał przeglądarkę. A co – wolno mu, jak nie, jak tak i już, bo tak lubi. Tylko, dzisiaj miał wyjątkowo gorszy dzień, nawet jak na ten program częstotliwość przerwanych sesji była zdecydowanie powyżej średniej standardowej. Kiedy już przegryzłam się przez program i chciałam wprowadzone dane wysłać na serwer i potwierdzić… cóż… „certyfikat podpisu nieznany w systemie” – ki pieron? AAAAA (!!!), komputer był po drodze wymieniany, więc pewnie nie wgrany jest mój, bo mój jest tylko w sezonie urlopowym użytkowany… Gites – wgram certyfikat i jadę dalej z koksem. Co to dla mnie – pryszcz (mam ściągę więc zgrywam gwiazdę). Wgrywam, wgrywam i pic na wodę. Ważność wygasła! To już mi się nie podoba, bo terminy gonią, a nikt nie będzie patrzał na to, że my przeoczyłyśmy drobny detal w postaci wygaśnięcia karty z certyfikatem.

Jednak jestem wielka, mam wyjście awaryjne i… super. Czytnik nie czyta karty „awaryjnej”. Ot tak, bo sobie lubi nie czytać czasami. Nic to, że chwilę wcześniej moją czytał bez najmniejszego problemu. Mniej wysłużona to i ją czytał. Niestety nie miał już co z niej sczytać. Jedna próba, druga próba i tu już się lekkie słowo na „q” przewinęło przez myśl, a nawet werbalnie zostało wyrażone. 3 próby nieudanego logowania i… żegnaj Gienia świat się zmienia, a nowy zestaw jest w mieście wojewódzkim dostępny i to na zapisy, nie ma co liczyć na to by w sezonie urlopowym dało się to z dnia na dzień załatwić… a terminy masz do jutra i do po-jutra, i w czwartek, i w przyszłym tygodniu kolejne.

Szybki telefon „do przyjaciela” z prośbą o podgląd co w systemie piszczy. No to piszczy, Twojego już nie ma, szefowej i awaryjny jest do piątku, no szefa to do grudnia… certyfikat podpisu rzecz jasna.

Fajnie jest. Mój jeden leży, drugi nie wiem czy się uda zreanimować, a awaryjnie mam 1 próbę i to do wykonania na już, byle przed piątkiem, gdyż dwa w jednym wygasa. Super. Grunt to spokój. Popytałam co awaryjnie możemy zrobić w najgorszym przypadku i coś tam możemy, ale lepiej nie. Bo pisanie, wyjaśnianie i inne „anie” urzędowe. Nie chce mi się i nie mam na to czasu.

Skoro mało mi było atrakcji to jeszcze okazało się, że system bankowy zrobił mi służbowe kuku… znaczy nie system, tylko jeden taki co mi kasę na konto wpłacił. On wpłacił, a ja przelew zrobiłam dalej… na zbliżoną kwotę, w tym samym czasie i… zaniemówiłam i osłupiałam, i chwilę (noc dokładniej całą) zajęło mi nim dotarło do mnie, że na jednej sesji bankowej przeszło mi dwie operacje: jedna wchodząca, druga wychodząca tworząc złudzenie mojego braku działania… jeśli jako wytyczną wziąć było saldo konta… a starczyło popatrzeć na rejestr operacji i wszystko byłoby jasne i widoczne…. i noc byłaby spokojna.

Prywatnie za to, to blog.pl wywala mnie już kolejny raz. zalogowanie się do własnego konta tez było z atrakcjami, a do tego bankomat nie działa i w okienku musiałam stać w ogonku… i dopiero śniadanie zjadłam. Jeśli to ma być tydzień prezentów, to ja poproszę o inny zestaw giftów, bo te są dla mnie za mało atrakcyjne, wolałabym więcej przyjemności, choć brak czasu i dziki pęd przez tor przeszkód ma swój urok, to jednak jest on odmienny od mojego zestawu pragnień.

Tak, chyba jeszcze czas zdradzić gdzie się szlajałam w minione, niedzielne popołudnie…

Dziadkowa ulica była pod słońce, ale jest to droga kamienista. Babcina zaś pełna miękkiej trawy… :) i obie są w szczerym polu na końcu świata…

Zielona i piesza była. Przynajmniej po obiedzie. Już się zdążyłam zasiedzieć, odzwyczaić i takie tam, a po niemrawej pogodowo sobocie spędzonej w kuchni (ciasto drożdżowe, chleb, drożdżówki i słoiki z ogórkami), wręcz niedopuszczalnym było zmarnowanie całkiem przyjemnej pogodowo niedzieli. . Czas już był ruszyć zadki. Więc polazłyśmy sobie we trzy wiedźmy na bezdroża. Chociaż akurat, tym razem bezdroża to pojęcie względne było, i związane z tym, że część drogi nie była remontowana pewnie od nowości… czyli z 50 lat, a ze 30 to na pewno. Gdzie byłam? Zagadka zdjęciowa. Z nagród – satysfakcja. ;) Więc gdzie mogą znajdować się takie elementy krajobrazu?

c.d.n.

… to, że wiosna coraz bardziej zaczyna uchodzić za legendarny okres, to już wiedziałam, ale ciągle jeszcze łudziłam się, że zanim wskoczę w sandały i lekkie ciuchy, to minie kilka tygodni, w czasie których uda mi się pozbyć tego i owego, stąd i siamtąd. O nie, nic z tych rzeczy. W prawdzie, w sandałach jeszcze nie biegam, ale lekkie ubrania, jak nic, musiały wyjechać już z szafy, zwłaszcza, gdy zaokienny termometr, o siódmej rano pokazuje +10, stopni, by kilka minut później szczerzyć się do człowieka już z poziomu +12. No nic, zrzuciłam trochę kilogramów ubrań i tym, na ten czas, chyba będę musiała się zadowolić. Oponkę zostawię, kto wie, może w tym roku uda mi się dotrzeć nad jakieś bajoro, może więc akurat, że się przyda. Nie o tym jednak ja chciałam.

Owszem, nadmienię jeszcze, że po deszczowym i chłodnym piątku, nastała słoneczna i sucha sobota, która zdeterminowana była pracami ogrodowymi. Część się udało zrobić, reszta czeka na kolejny weekend. Mniej pilne, acz równie ważne, drzewa nieowocujące, które za chwilę zapomną, że żyją w ogrodzie, a nie w lesie. Jednak te, to już sukcesywnie. Najważniejsze były jabłonki, i poza starą renetą, wszystkie zamierzenia się właściwie powiodły. Nie obyło się od awantur, o sosnę, którą za moim poleceniem Młody upitrasił (tu foch Matki Rodzicielki), oraz krzakami czarnej porzeczki wygołoconymi i upitraszonymi na ament (to wcześniejszy foch Matki Rodzicielki, bo… porzeczek nie będzie… hm… przez 2 ostatnie lata porzeczki spadły, bo nie miałam kiedy ich pozrywać), no i jeszcze przycinanie gałązek jabłonek nad rozwieszonym praniem (jeszcze wcześniejszy foch matki Rodzicielki, skutkujący pozostawieniem jednej gałęzi bez strzyżenia). Tak więc, było zginanie, wspinanie, naciąganie, rozciąganie, siłowanie – pełen zestaw ćwiczeń, do tego w ramach promocji, na tzw. świeżym powietrzu, a jeśli już nawet nie, to przynajmniej pod promieniami UV, czy UVB, a już na pewno pod słonecznymi, w ramach motywowania własnego człowieka do produkcji naturalnej witaminy D. Z tego całego rozpędu ogrodowego, trwającego od 10.30 do 19,00, na koniec dnia, jeszcze sernik z wiaderka popełniłam (czytaj zwyczajny, podobno wiedeński, ale, że ser nie pierwszej klasy, więc się zwie tę wersję nie wiedeńską, a wiaderkową właśnie).

Kiedy niedzielnym porankiem otwarłam oczy, to tak nie bardzo wiedziałam, czy jest jakaś część w moim człowieku, która mi właśnie nie stara się o sobie i swojej obecności przypomnieć. Pomyślałam sobie, że jednak, nie ma że boli. Skoro praca nie pomogła odpędzić głupich myśli, to trzeba poszukać innych metod wywierania wpływu na to co się pląta po tej mojej siwiejącej. Skoro się rzekło słowo jedno, trzeba by i drugie powiedzieć, a i Perełkę przewietrzyć. Tak więc, chwila dwie, i szukałyśmy z A. wiosny w okolicach dalszych i bliższych. W sumie to raczej dalszych. Cóż – wiosna nigdzie nie pachnie tak jak na naszych górkach… choć jeszcze wygląda mniej skromnie niż w dolinach, a wygląda tak:

Gdzieś tam za sobą, zostawiłyśmy ludzi i cywilizację…

Z drugiej strony, gdzieś w oddali majaczy…

… ” drogą pylistą, drogą polną, jak kolorowa Panny ” …

… a zawsze przecież twierdzę, że gdzie tam u nas jeszcze do gór… 200 km w „każdę” stronę…

… bo u nas łatwiej cerkiew znaleźć, niż górali…

Kaczeńce… ani chybi – wiosna musi być…

… i inne kwiatki… ;)

… i na koniec… Rolnik szuka żony… ;) edycja Beskidu niskiego ;)

… a i jeszcze zbiór niespodzianych rozmaitości…

… no i zagadka – kto zgadnie, co to takiego jest… poza tym, że przyczepka kempingowa, co jest oczywistym… ;) … chociaż, czy na pewno? Czy i tym razem? może jednak, wiedza jest tym, co prowadzi nas na manowce… ;)


  • RSS