demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: balkon

przyziemna codzienność

7

Koniec tego politykierstwa. W bieżącej chwili i tak moje poglądy nie mają nic do rzeczy, i mogę je sobie wsadzić do szafy lub do kieszeni, gdyż są dalekie od jedynych słusznych, i takie już zostaną. Ten typ tak ma. Dziś dla odmiany będę się chwalipiętować. Wolno mi. Moje śmieci sieciowe, to sobie mogę.

Po pierwsze, dawno temu, no dobra, jakiś czas temu, dla eksperymentu wsadziłam sobie pestkę awokado do doniczki. Tak dla eksperymentu. Żeby było ciekawiej, wsadziłam ją „do góry nogami”. Dziś mój eksperyment wygląda w następujący sposób. Ma też towarzystwo. Tak to pokrzywa, a właściwie moja przyszła herbata. Obecnie jedna gałązka już się suszy i po weekendzie zostanie bezlitośnie wypita. Ekologiczna jest w końcu, szkoda żeby się zmarnowała.

Kolejny eksperyment z roślinkami, to bezimienny storczyk. W ubiegłym tygodniu zaadoptowałam go za 8 PLNów. Stal sobie taki zwiędnięty, z żółknącymi liśćmi, smętnie dyndającymi kwiatkami, samotny i opuszczony, z nalepką z przeceny. Wzięłam, przygarnęłam, postawiłam na parapecie, wody dałam i zostawiłam w świętym spokoju.

Poza storczykiem, początkiem miesiąca, przygarnęłam również nowego Heńka. Heniek jak Heniek, całkiem podobny do poprzedniego, a jednak inny, bo nieco cieszy i nieco delikatniejszy jakiś taki. Może nie żeby wątły zaraz, ale jednak, jakiś nie swój taki. Postanowiłam mu zafundować ubranko…  bo kto w końcu bogatemu zabroni – sssoooo nie?

No i jeszcze zaległości domorosłej dłubaniny własnoręcznej. Czyli roletka, która zrobiła mi popołudnie, oraz patyczana osłona balkonu, która zrobiła mi dwa popołudnia, gdyż okazało się, że jedno opakowanie opasek plastikowych (tretytek) to jednak nawet jak na mój mikry balkon, to jednak za mało. Oraz Pomalowałam ścianę w kuchni na niebiesko… szczerze, zmniejszyło to kuchnię optycznie, ale charakteru jej nieco dodało, gdyż co do niej weszłam to coś mi brakowało, nie tylko lodówki, ale właśnie jakiegoś szczegółu. No to jest. Niebieska ściana.

przygód kilka…

20

Jestem mistrzynią w swoim domu! Normalnie mistrzyni, że HOHOHO. Przez blisko godzinę mocowałam się z jedną, małą, plastikową i byle jaką roletką okienną. Zmora zabiłaby mnie śmiechem gdyby to widziała, więc lepiej że tego nie widziała, bo przeżyłam. Normalnie gdyby nie to, że dwie pozostałe muszę zmniejszyć nieco, a nie posiadam piłki do metalu, to pewnie bym następną montowała. Zapewne już z nieco mniej obłędnym czasem montażu, acz nadal zapewne dla wielu zabawnym. Zdecydowanie, posiadanie trzeciej ręki uprościłoby cały proceder. No i jeszcze gdyby ktoś na tych rysunkach zaznaczył w którym miejscu i jak przeciągnąć żyłkę boczną, to już byłabym bardzo szczęśliwa. Oj bardzo.

Ktoś mógłby złośliwie stwierdzić, że do takich rzeczy to by się przydała męska ręka, ale jak widać dałam sobie radę sama, a męska ręka, nie obyta z roletkami, niekoniecznie poradziłaby sobie w krótszym czasie. Męskie ręce zdecydowanie mają szereg innych zastosowań.

Ogólnie to przydałaby mi się jakakolwiek druga para rąk, gdyż potrzebuję sobie omotać balkon kawałkiem patyków, żeby nabrał wyrazu i żeby ciekawi spacerowicze piescy mieli mniejsze pole do zaglądania w moje drzwi balkonowe. Ja wiem, że one są ładne i wiem, że moja firanka też jest ładna, przynajmniej mnie się podoba, jednak, zaglądacze mnie drażnią. Tak więc, na tę chwilę, nadal zastanawiam się skąd wziąć drugą parę rąk. Owszem, na upartego to też sama zrobię, jednak, ten niedobór trzeciej ręki, jest na prawdę doskwierający przy sporej części prac domowych.

No i jeszcze to moje nieszczęsne radio, też mam problem z jego ustawieniem, a właściwie z jego zasięgiem, chyba muszę zainwestować w kawałek drutu i dokoprować go do tego kikutka, który udaje antenę. Pamiętam, dawno temu. Bardzo dawno temu. Miałam czerwony radiomagnetofon, na kasety nawet. Pech chciał, że jego teleskopowa antena kiepsko sprawdzała się w moim pokoju, ale kiedy się do niej chochelkę drucikiem przymotało to odbierało z jakością „dolby seraund”. Problem w tym, że obecnie dysponuję tylko plastikową chochelką, która raczej kiepsko sprawdziłaby się w roli anteny, a do tego zupełnie nie dysponuję drutem i anteną teleskopową. Jak nic zdaje się, że będę musiała iść na jakieś zakupy… i jeszcze pamiętać o taśmie dwustronnej, żeby wesprzeć żyłkę naciągającą roletki dobrze by było żebym pamiętała.

No i to wszystko na mojej głowie, i jeszcze sporo innych drobiazgów, i ja się dziwię, że się nie ogarniam, i że nie zawsze, nie wszystko pamiętam.

Dopiero balkonowe fotki Dory uzmysłowiły mi, że w tym roku na moim balkonie nie ma ani jednej, ani jedniutkiej werbeny. Cały czas mi czegoś wizualnie brakowało i brakowało, ale bez względu na to jak mocno wysilałam swój pusty umysł, to nie mogłam się domyśleć, czego mi tam brakuje. Tak. Zdecydowania, dopiero fotka mi to uzmysłowiła.

Z innych przyziemnych inności to zrobiłam sobie małe kuku. Chociaż po prawdzie nie takie małe. Strach się bać co będzie jak Nielat do domu powróci. Możliwym jest, że zabije mnie śmiechem albo wywali przez balkon nie chcąc się przyznać do tego, że ja to ja. Natenczas ogólnie wywołuję opad szczęki i co najmniej lekką konsternację  tam gdzie się pojawiam, a są tam osoby, które mnie znają… otóż drodzy moi Państwo, już nie muszę udawać blondynki… ja JESTEM BLONDINKĄ…

a niech to

2

O tym ile myśli biega po mojej durnej głowie, świadczy dobitnie dwudaniowy obiad w środku tygodnia. Jak nic ugotowałam wczoraj wielki gar żurku z kiełbachą oraz upiekłam indora z ziemniorkami. Nad ilością czosnku w tym wszystkim, moja wątroba też wybitnie spokojnie, przeszła do porządku dziennego. Niebezpieczne to jest.

Inną rzeczą to jest, to że Ferdek w środku prawie błyszczy. Prawie robi wielką różnicę i wynika z wieku,  anie z niedoczyszczenia. Pozimowe śmiecie odkurzyć nie było łatwo. Właściwie to masakra jakaś była, że nie wspomnę o igłach sosnowych wbijających się w wykładzinę. Baj, baj moje paznokcie. Owszem, mam świadomość, że połamane paznokcie to żaden problem, oraz że ludzie mają poważniejsze zmartwienia. Ja w sumie też mam. Jednak, czasem wolę koncentrować się na tych drobnych. To zdrowsze jest dla serca.

No i dawno nie byłam u dohtorka rodzinnego, aż w ubiegłą środę. Właśnie się zastanawiam jak się jutro wbić, bo kurcze, znowu pęcherz mi dokucza. Kurcze, może jednak porty i barchanowe majtasy czas zacząć nosić. Normalnie pończoszki to już raczej nie dla mnie. Starość nie radość. Już widać nie ten czas, gdzie krótkie spódniczki nie miały efektów ubocznych. Czas na nieco bardziej stosowną długość zapewne. Chociaż nie jest łatwo się do tego przyznać. Zwłaszcza przed sobą samą. Nie mniej jednak, nie mam zamiaru zrezygnować z nich przed sierpniem, chyba, że ten mój durny organizm dalej będzie szalał.

Z dobrych rzeczy to mam już ‚gwoździki’ (różowy i czerwony) na balkonową stojącą doniczkę oraz petunie do tej przy poręczowej (fioletowy, czerwony i niebieski żyłkowany). Czerwona rzecz jasna to środek. Lilaki ładnie listki i nowy pęd puszczają, tylko nie opisałam doniczki, i teraz nie pamiętam który jest czerwony a który biały. Nie ma znaczenia to większego, gdyż docelowo trafią do ogrodu. Nie wiem w prawdzie jakiego, ale do ogrodu.

Nie, no spokojnie, żadnych takich tam. Przecież już pisałam, że własny cyrograf dożywotni mam zamiar podpisać i zakupić coś nie bądź w innej lokalizacji. Nikomu na kark się zrzucać obecnie nie planuję. Poza tym, obecnie też gospodaruję na sporych ogrodowych włościach, więc lilaki mają miejsca, a miejsca i jednego dorodnego, dorosłego niebieskiego kompana w lewym rogu. Jaśmin mi się jeszcze marzy. Kiedyś był. Duży, wielki i zniewalająco pachnący za domem. Jednak już jakiś czas temu został wycięty. Może teraz pomyśleć o takim o pełnych kwiatach. Może też o takim, i takim, czyli pełne kwiaty i czteropłatkowy, bo ten pachnie najmocniej i najpiękniej.

Z tego wszystkiego, to zanim pralka przemiele kolejne pranie, chyba jeszcze jakieś kokosanki machnę, bo mnie nosi. No dobrze, wiem, że dzisiejszy grafik to bardzo napięty był, no i jeszcze gdzieś między czasie, godzina snu przed nocną zmianą zapewne byłaby wskazana, ale ani jednego SMSa? Nic, znaczy się. Chyba za wyrozumiała jestem, a może się narzucam?

Idę powiesić pranie, wrzucić to trzecie do pralki, zamieszać kokosanki i cóż. Może lampka wina na przetrawienie tego dwudaniowego obiadu w czwartkowe popołudnie. Wczoraj byłam tak wieczorem zmęczona, że odpuściłam sobie „Na dobre i na złe”, czy ktoś oglądał i może mi zdradzić co było, gdyż jak znam życie, to w niedzielę zupełnie zapomnę o powtórce…

Update 19.40 – No proszę i na główną onetu znowu się doczołgałam. W niefarcie, jak zwykle mam farta do pory dnia i tygodnia oraz pogody :). Kto normalny siedzi przed kompem o tej porze? ;) … zrzut (jako, że to tradycja i upamiętnienie dla mnie) wstawię jak się odblokuje ten cud natury zwany serwerem, z którego korzysta blog.pl :|

hm

6

Chyba właśnie „strzeliłam” sobie w kolano. Sama, na własne życzenie, zupełnie dobrowolnie. Jak na babę przystało, bez zastanowienia, impulsywnie i raz, a dobrze. Amen. Koniec. Kropka.

… no oczywiście, że wyłączyłam telefon. Przecież jestem kobietą i logika, czy cokolwiek innego nie ma tu do rzeczy nic, a nic…

Swoją drogą, to nie wiem dlaczego inne baby wyłączają telefon, kiedy zrobią coś głupiego, ale u mnie działa to na zasadzie, że nie wiem co jest gorsze: szybka reakcja drugiej strony na „głupie” teksty, czy też brak reakcji. Kiedy telefon wyłączę, mam mniejsze pole do nakręcania się, bo przecież nie wiem, czy na daną chwilę jest jakakolwiek reakcja, czy też jej nie ma. Ot i cała filozofia. Nic więcej.

Update 17.27 – Ja może tylko na koniec sprecyzuję, że nie chodzi o wielbiciela masła orzechowego (tego od przyległości), tylko o inne inszości, ale o tym nie dziś. Dziś idę moje maleńkie lilaki (bzy) przesadzić do doniczek, które im dziś kupiłam.


  • RSS