demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z tagiem: święta

Krótko było w tym roku, ale dla odmiany biało. Przynajmniej u nas. Nikt w domu nie umiał sobie przypomnieć kiedy ostatnio mieliśmy białą Wigilię. Za to, zdecydowanie łatwiej, było nam przypomnieć sobie białą Wielkanoc… Drogą eliminacji doszliśmy, że ostatnia biała Wigilia była u nas w okolicach 2010 roku lub jeszcze wcześniej.

Oj, stałam dobre pół godziny nocą w oknie i patrzyłam jak wirują śnieżne płatki. Niestety nie udało mi się nikogo z domowników przekonać do wyjścia na pasterkę. Trudno. Może jeszcze kiedyś trafimy na białe Boże narodzenie, to się wybiorę.

Niestety, dzisiaj, orkan Barbara zdaje się zmienił w całym kraju temperatury i jest paskudnie i wieje nieco. W prawdzie to ledwie podmuchy do nas dotarły i nijak mają się z naszym halnym gdy się pojawia, tyle, że Baska wieje od drugiej strony niż ma to w zwyczaju halny, ale śnieg zabrała tak samo skubana jak i halny go zabiera. Tyle, że wieje od lewej do prawej, a człowiek nawykły do stawiania kołnierza od prawej do lewej.

A jak tam u Was święta? Bo u mnie na kanapie z talerzem łakoci pod brodą i innymi smakołykami na zmianę, z deserem w postaci specyfików wspomagających trawienie. Zjadła ogólnie przez te aż dwa dni pewne ze 3 miliony, a może i więcej, kalorii. Kto by się tam przejmował. Święta nie są od myślenia o kaloriach tylko od ich jedzenia.

Co do pisania tutaj, to… niestety mam mało cierpliwości do onetowego humoru, który nadal jest Malo dla mnie przyjazny i nie pozwala mi spokojnie pisać notki uporczywie traktując mnie „zamkniętą sesją” i koniecznością ponownego logowania.

Trzymajcie się ciepło i sztormiaki, zamiast futer wyciągnijcie z szafy (parasole się nie nadają przy takim wietrze, chyba, żę macie ich nieprzyzwoicie dużo w swojej kolekcji i potrzebujecie miejsca na nowe egzemplarze lub… dostaliście kolejny parasol pod choinkę…).

Patrzę w kalendarz i nie dowierzam. Jak to? To już za tydzień? A ja w proszku jestem, w rozsypce, na bezczasie i nie wiadomo gdzie. Normalnie to wszystko przelatuje mi przed oczyma tak jakbym jakimś japońskim ekspresem mknęła przez ten grudzień. Więcej mam zaległości niż na bieżąco rzeczy zrobionych. Śmigam się z robotą gdzieś pomiędzy kolejnymi upuszczeniami mej szlachetnej (nie mylić ze szlachecką) krwi, zastępowaniem nieobecnych pracowników i usiłowaniami ogarnięcia własnego bajzlu. No gdyby nie Młody to sufit kuchenny i lampy byłyby pajęczynami zarośnięte jak nić. Fakt, że jemu szybciej sprawa idzie, gdyż ewidentnie nie potrzeba mu drabinki ani taboretu, czy innego stołeczka. Ot, weźmie wyciągnie rączęta do góry i już śmiga z myciem sufitu. Także jest jakaś szansa na to, że może święta się jednak odbędą, bo gdyby to ode mnie zależało, to po prostu, dzikim rozpędem, nie zwróciłabym uwagi, że to już, że są, i że trzeba się zatrzymać po światecznemu. Zwłaszcza, że takie dosyć krótkie te święta w tym roku są. Sylwester też nie rozpieszcza swoją niedzielną długością.

Więc ogólnie, daję tylko sygnał, że jeszcze to miejsce mi się nie znudziło, a cisza wynika z różnych obowiązków rozlicznych niż z zapomnienia lub porzucenia. Obiecuję, świątecznie, ponadrabiać zaległości czytelnicze, gdyż przyznam, że i tych się nabawiłam ostatnio.

Czy u Was też taka zima jest jak u mnie? czyli na zmianę jeden dzień mrozu, drugi dzień deszczu, trzeci dzień to wieje i dawaj – od nowa… jakiś taki ubogi repertuar ma ta zima i mało śnieżny, choć coś tam białego leży gdzieś trochę. Trzymajcie się więc ciepło i byle do wiosny… będzie mniej roboty. ;)

No i dobrze. Jeszcze kilka takich dni, a w futryny drzwi bym się żadnych nie wcisnęła. Zwyczajnie coraz bliżej mi do kształtu idealnego, tj. do kuli. Pomyślę nad tym jednak jutro, albo po weekendzie, albo… za kilka dni, czy za jakiś czas. Teraz nie mam do tego głowy.

Za brak życzeń najmocniej przepraszam, jednak, stukanie uciapanym w smakołykach paluchem po tablecie, przerosło moje możliwości. Tym nie mniej, że w zakresie mojego podejścia do świąt nic się nie zmieniło, a niegdysiejsze przebłyski ciągot familijnych i familiarnych uważa się za przebrzmiałe, albo zupełnie za niebyłe.

Sprawy nie poprawia też poprawiająca się pogoda, która poza brudnymi oknami wydobywa pełen niesmak w zakresie konieczności przywdziewania coraz cieńszych ubrań.

Jednak, jak widać nadal i ciągle jeszcze wysokie obcasy oraz czarny płaszczyk w połączeniu z malinową sukienką i pełnym makijażem (no co – święta przecież były, nie mogę całe życie już zawsze tylko w „murzynach” łazić… chociaż kupiłam sobie nowe „air-maxy”… białe i błyszczące) sprawia, że nie ginę w tłumie, a nawet, niektórzy ludzie, po wielu latach amnezji, przypominają sobie, że i owszem, znają mnie, i co więcej, można mi „Cześć” w miejscu publicznym i tłumnym powiedzieć. Ok. Prawie sobie szczękę zgubiłam i roztrzaskałam na kafelkach hipermarketu będąc pod wrażeniem, gdyż nie co dzień zdarza się, że znajomi z klasy, szkoły podstawowej rozpoznają człowieka na mieście… no może poza P. lub G. z którymi, jeśli przypadkiem się akurat spotkamy gdzieś na mieście, to kilka słów zamieniamy zawsze, zawsze i zawsze. Mogłabym też tutaj popłynąć na tematy tego jak to zapewne czas jest dla mnie łaskaw, skoro po TYLU latach jestem rozpoznawalna, ale obawiam się, że zwyczajnie Sz. mnie z kimś pomylił… zdecydowanie jest to opcja najbardziej wiarygodna, bo choć zawsze cichym i milczącym był, to jednak nie pamiętam ile lat temu ostatni raz się ze mną przywitał, a mijamy się… bywa, że i kilka razy w miesiącu.

Więc tak sobie siedzę i myślę, z kim to mnie pomylił, a jak jednak nie pomylił? To może ja zwyczajnie wrócę do moich 10 cm szpilek (mniejsza z większym, i z kręgosłupem, i z kąśliwością Pana Dohtorka gdyby się dowiedział… ale się nie dowie… chyba, że jakaś papla mu wypapla, ale nie planuję brać asysty na wizytę… a poza tym, co było, a nie jest – nie pisze się w rejestr, więc niebyłe chodzenie w szpilkach, to się nie będzie liczyło, no i jeszcze koturny to przecież nie są szpilki… się więc nie liczą.), a może do tego jeszcze zacznę chodzić w sukienkach… a może jeszcze w końcu dotrę do fryzjera… a może… dobra… popłynęłam, ale to od nadmiaru cukry, który wiem – miałam ograniczać… ograniczę, ograniczę… kiedyś…

… choć może jednak to te buty i ta sukienka… bo się okazało, że jednak w tamto przedpołudnie, kiedy w samochodzie koszyk czekał na dowiezienie do święcenia, to w tym hipermarkecie, spotkałam tylu (męskich) znajomych, że zwyczajnie, normalnie na co dzień to i przez miesiąc się nie trafia… ;)

żyję… chyba…

9

Ogólnie to bez śniegu jest do duszy. Wielkanoc mamy, czy Boże Narodzenie? Nie wiem. nie jestem pewna. Może koszyczek mam wyciągnąć? Albo cóś. Jajeczka jakieś? No nie wiem. Nie wiem.

Nie mam czasu pisać, nie mam siły pisać, nie mam na czym pisać i nie mamo czym pisać. Więc nie piszę. Czytam. jeśli znajdę chwilę czasu, co nie jest łatwe. Może w święta nadrobię.

Przepraszam dziewczyny, ale w tym roku, nie starczyło mi czasu na zrobienie kartek i na wysłanie ich pocztą tradycyjną. Obiecuję się poprawić i już może w najbliższym czasie, na zaś zrobić kilka wielkanocnych, żeby mieć na zapas pod ręką, gdyby się okazało, że nadal obłożona robotą jestem.

Z samopoczuciem też różnie bywa. Znaczy, skoro wszyscy na około smarkali, to i mnie smarkaty czas dopadł i dogadał się z gruźliczym kaszlem, który miał dłuższy przestanek w mojej osobie i nie chciał się ze mną rozstać. Jednak, zdaje się, że już nie jest źle.

Tymczasem Młody zakończył kursy operatora koparek jednonaczyniowych i koparko-ładowarki, zdał egzaminy i nabył uprawnienia. Wjechał nieco do rowu Ferdynandem, oraz stracił zderzak na parkingu… nie wiem, czy on zaparkował bez zastanowienia, czy ten co mu rozpieprzył zderzak i kawałek lakieru zabrał z Ferdka był dupa nie kierowca, co w okresie około świątecznym z bez śniegową aurą jest normą (w sensie, że niedzielni kierowcy, którzy zwyczajowo swoje wozy chowają do garaży na zimę, teraz nimi jeszcze jeżdżą), w każdym bądź razie, się nie nudzimy. Oczywiście, że sprawca braku zderzaka zwiał i nie zostawił nic (że o nr telefonu wspominać nie będę… ), zabrał zaś nieco lakieru… na pamiątkę chyba, bo po co mu innego.

Nadal nie mamy znalezionego rehabilitanta sportowego do rozćwiczenia kolana Młodego, ale szukamy, szukamy. Mamy za to okulary nowe, gdyż stare Młody zjadł był (nie wiem, chyba na deser, bo staram się jednak dbać o to aby lodówka pusta nie była i aby Młody miał co jeść), więc może to i Młodemu, i Ferdkowi na zdrowie wyjdzie.

O pracy pisać nie będę, gdyż, po prostu niewybredne wiązanki na ust korale się mi cisną ciągiem nieprzerwanym, gdyż nie wyrabiam w zakrętach.

O stosunkach rodzinnych też pisać nie będę, gdyż dla odmiany te się mają szumnie, są mocno urozmaicone i nudą nie wieje. Dzięki czemu nowy, nadchodzący, rok jawi się w perspektywie znowu z rozwalonym urlopem na wizyty urzędowe mniej lub bardziej dobrowolne, acz nieuniknione.

Co do urlopu, wpadła mi do emajli reklama wyjazdu do Rumuni. Za tysiaka, na 7 – 8 dni. Kusi, nęci i szczerą ochotę mam pizdnąć wszystkim i pojechać… tylko kurcze – może by mi jakiś Mikołaj ten wyjazd pod-choinkowo za-sponsorował? Wyjazd wakacyjny, o tej porze roku (dokładniej to styczeń/luty) jest poza moim budżetem, także wszelkie działania Mikołajowe/ Dziadkowo Mrozowe/ itp. są i wskazane jak najbardziej i mile widziane.

Trzymajcie się tej zimy wiosennej.

po świętach… i dobrze

9

Trochę mnie te święta kosztowały. Znaczy straty po nich odnotować muszę dosyć znaczne. Nie mam już ani blendera, ani miksera oraz nie posiadam jednej foremki do pieczenia. Tak jakoś wyszło. Z tego wszystkiego to najbardziej mi szkoda blendera i tych wszystkich koktajli, których przez jakiś czas nie wypiję, bo nie mam ich czym zmiksować. Mikser jakoś przeżyję, znaczy jego brak. Mam ubijaczkę. Chciałam napisać trzepaczkę, ale zaraz by Wam dziwne rzeczy po głowach chodziły. No i mątewkę też mam. Jednak ten blender… teoretycznie, część rzeczy można przez sitko przecierać, ale na to trzeba mieć czas i zacięcie… no i na samo wspomnienie tej techniki robi mi się lekko słabo, gdyż bywała stosowana gdy Młody jeszcze nie miał pełnej paszczy zębów, a mnie nie było stać na taki wydatek jak mikser z nożykiem… Na całe moje szczęście szybko nabył pełen zestaw zębów w paszczy i wzgardzał wszystkim co nie nadawało się do gryzienia. Teraz to jednak co innego. Nie chce mi się. Normalnie, ciarki na plecach. Jeszcze ta nieszczęsna blaszka babkowa. Wiem, zdolna jestem, gdyż Rodzicielka posiada blaszki do pieczenia, które są prawie w moim wieku i jeszcze służą, a ja swoją po 3 – 4 latach użytkowania zamordowałam. Zdolna jestem niesłychanie. Zwłaszcza w mordowaniu przedmiotów i innych takich też. Ludzi nie morduję. Przynajmniej na razie. Jeszcze nie. Kto to wie co to będzie. jak wojna będzie, to pewnie i mordować będę. Chyba, że wpierw mnie zamordują. Mniejsza o to.

Co do marudzenia, to bierze się z pogody za oknem. Normalnie ten śnieg mnie dobija. Może nie leżakuje, ale pada co chwilę, a na wyższych górkach rozpanoszył się i sobie zalega. Leży i się śmieje. Normalnie ileż można. Choć z drugiej strony, koreluje to z moim nastrojem i samopoczuciem. Ta pogoda znaczy się. Włączył mi się na wszystko olewizm, wdupiemanizm i wyjebizm.

A dziś, w ramach promocji, czeka mnie malowanie korytarza. No i normalnie, chyba kupię, zamiast mebli do kuchni, tę szafę do przedpokoju, gdyż tego ścierwa starego co to się całkiem rozłazi, czas najwyższy się pozbyć. Ogólnie, to chętnie wielu rzeczy pozbyłabym się z własnego życia. niestety, niektóre nie są łatwe do wywalenia, jak szafa, czy część ciuchów… niestety niektóre mnie jeszcze jakiś czas będą uziemiać. Trzymać w miejscu, lub kazać do niego wracać… już nie długo jednak. W to wierzę. W końcu prawnicy mają kosmiczne honoraria nie bez powodu,  ten umie na swoje rzetelnie zarobić.

Na świąteczny czas

2

Doprawdy nie wiem jakie mam tu życzenia wpisać. Niby Wielkanoc, a jak Boże Narodzenie. Poranki ze śniegiem i odśnieżaniem Ferdka trzy z rzędu były. Tak więc na ten czas, życzę Wam i sobie

Słońca, radości i miłości, tej bożej i ludzkiej

Ciepła, serdeczności i braku pośpiechu

Bliskości i samych smakołyków w koszyku i na stole.


  • RSS