demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

dopijam poranna kawę.

Hm … znów w radiu ta piosenka … maj, maj, maj – już się skończył. Jakie szczęście? Abstrakcja tworzenia nie musi oddawać realności…

Podejrzewano mnie dziś o feminizm … nie postrzegałam siebie nigdy jako feministki. Jako cynicznego złośliwca być może i owszem, ale żeby o feminizm. Tak od razu. No i co z tego, że jestem samodzielna, że staram się coś zrobić na swój sposób z własnym życiem, że mam w wielu sprawach własne zdanie, że myślę i dyskutuje, i nie zgadzam się z różnymi opiniami. Przecież to nie są determinanty bycia feministką. Feministki – te nasze polskie – zdeklarowane – to babo-chłopy, niestety w wielu przypadkach zaniedbane i nastawione anty do całości męskiej populacji w sposób bezkrytyczny i wykluczający ustanowienie jakiegokolwiek wyjątku … Ja czuję się przede wszystkim kobietą – mam nadzieję – świadomą kobietą, która przyzna rację kiedy Facet ją posiada, ale podejmie dyskusję kiedy nie zgadza się z jego opinią … nie neguje wszystkiego co robią mężczyźni z zasady negowania i przekonania, że nie może w tym być nic dobrego … a to że nie umiem ich kochać … przecież to są dwie niezależne rzeczy.

Poza tym przecież kochałam. Kochałam i jeszcze nie umiem zapomnieć tamtego kochania … może z czasem … a przyjaźń – przyjaźń to też bardzo wiele. Miłości muszę się nauczyć od nowa. Nowej miłości. Każda miłość jest przecież inna i każdej trzeba się nauczyć. Oswoić i ją, i siebie. Tak uważam.
Szalone zakochanie to rzecz piękna, ale na nią trzeba mieć odwagę. Mnie teraz trzeba raczej takiej spokojnej miłości. Zrozumienia i poznania, i oswojenia, a nie szalonej burzy, która porywa człowieka … może zaczynam dorastać … może już czas po temu … nie mam już od dawna nastu lat …

To wszystko dzieje się coraz szybciej i szybciej. Coraz mniej jest dni tej chorobliwej, roztrzęsionej euforii i coraz więcej tych obojętnych.

Kiedy są te obojętne to jeszcze jakoś jest, jeszcze mam siłę wyjść z domu czy zmusić się do czegokolwiek, ale przychodzi też coraz więcej tych dni gdy nie mam siły wstać z łóżka, gdy patrzę w sufit i nie słyszę niczego … nawet własnych myśli. Po prostu patrzę, ale czy widzę? Nawet nie umiem tego określić czy widzę to na co patrzę … mogła bym tak godzinami.

Dziś sobie tłumacze, że jestem po maratonie na uczelni wykończona, że to zmęczenie … ale czy na pewno?

Wczoraj niemal bez przyczyny, w ciągu zaledwie jednego ułamka sekundy mój „dobry” nastrój z ostatnich dni uleciał. Wróciła apatia i brak zainteresowania otoczeniem. Zaczęło się mechaniczne i rutynowe wykonywanie pewnych czynności – żeby się nie zorientowali, żeby dali mi spokój, żeby nic nie mówili …
… i tak było, ale to miało odwrotny skutek. No i brakło mi zacięcia i na to … i zapadła cisza …

Cały dzień zamęt. Człowiek nie ma czasu nawet na śniadanie. Jeśli wczoraj miałam wrażenie, że godzina z hakiem to późna pora jak na śniadanie – to dziś brak mi inwencji jak określić śniadanie o 15.
Ale co tam śniadania – nadrobię kolacją.

Dziś przecież jeszcze czeka mnie co najmniej półtorej godziny w autobusie, a to nie lada przeżycie. Nie znoszę autobusów. Dostaje mdłości i drgawek, i jest w nich nieziemsko BRUDNO. Ohydnie i paskudnie brudno – nie żebym była nadwrażliwa, ale po takim przejeździe to wanna lub prysznic mają pierwszeństwo przed każdym innym poczynaniem. Ale już sobie rzecz jasna zarezerwowałam pierwszeństwo w ogonku do łazienki. J

Gdyby nie uczelnia to mógłby być taki wspaniały weekend. Człowiek mógłby się spokojnie pobyczyć na słoneczku, pojechać gdzieś, pochodzić, a tak – ściany, ściany, ściany … ściągi, ściągi, ściągi … i coś jeszcze? Chyba matactwa szyte powrozem. jak patrzę na tych moich wszystkich znajomych to podziwiam ich za pomysły co i jak na naszej uczelni można przekombinować.
Niestety nie należę do najbystrzejszych istot na tym bożym świecie w tej dziedzinie, ale … ale mam naprawdę fenomenalnych nauczycieli … może jestem nieraz opornym uczniem, jednak ta życiowa dziedzina warta jest dłuższej chwili zastanowienia. Nie jest to łatwe o tyle, że pozostaje w sprzeczności z moimi poglądami i systemem postrzegania rzeczywistości. Jednakże stare przysłowie mówi: „Jeśli weszłaś między wrony musisz krakać jak i ony” …

Więc kraczę … zaciskając mocno zęby – kraczę, bo już mam doświadczenie jak się w życiu wychodzi na braku umiejętności tegoż krakania. To się po prostu nie opłaca …

Jeszcze może słów kilka co do SMSów.
Czasem trzeba uważać żeby nie zacząć się cieszyć nazbyt szybko, bo jedno małe, ciche „piip” może zmienić koncepcje sytuacyjną. Skoro moje napady histerii ustąpiły na czas bliżej nieokreślony wyparte energią, która u mnie w tak silnej postaci jest niemalże niespotykana … to może być interesująco …

Uwielbiam deszcz. Burzę. Takie ciepłe jak ta za oknem w tej chwili. Ludzie patrzą na mnie kiedy tak idę bez parasola, a mnie to zupełnie nie interesuje co myślą. Teraz jeszcze wytrzymać te kilkanaście minut i iść. Tak przed siebie. Przez deszcz. Czuć jak każda ciepła kropla delikatnie pieści moje ciało, jak nie staje jej na drodze letnia sukienka …

SeSeMeSy

1

Co do SMSów – doczekałam się w końcu tego określonego … a na dodatek w ramach bonusu jeszcze kilka innych. Mój humor jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki stał się do wytrzymania i nawet się uśmiecham, i mniej „warczę” na otoczenie …

Nie – to nie był SMS miłosny. Nikt nie wyznawał mi dozgonnej miłości … chyba bym tego nie zniosła … przynajmniej nie od tego faceta. Odkryłam kolejny sposób na spławienie 2/3 męskiej populacji – przyznać im rację. Tak – nic więcej – wystarczy przyznać im rację i są tak szczęśliwi, a ich ego tak jaśnieje, że zapominają o wszystkim … i przez jakiś czas jest spokój. Choć tym razem wydawało mi się iż Pan ów ma nieco więcej zacięcia i moje tłumaczenie, że to wszystko jest nierozsądne (A JA JESTEM ROZSĄDNA … przynajmniej czasami) będzie wymagało znacznie większego zaangażowania i inwencji z mojej strony. Mniejsza o to – nie martwmy się na zapas – to co ma się stać zapewne i tak się wydarzy niekoniecznie oczekując pełnej aprobaty z naszej strony.

Chyba zapomniałam jak to jest wsadzać do kieszeni ten swój rozsądek i zaszaleć. Przecież jeszcze rok temu udawało mi się to całkiem nieźle, a dziś?
Rok – to całe Himalaje czasoprzestrzeni. Jestem starsza o te wszystkie ośmiotysięczniki, a przynajmniej jest o nie starsze moje samopoczucie.

Może nie powinnam tak stanowczo owemu Panu tłumaczyć, że to nie ma sensu i, że ja jestem rozsądna … mniejsza o to. Zastanawianie się nad przeszłością to strata czasu. Co nam to da – i tak niczego nie da się zmienić. Życie trwa nadal … tylko ja jestem o kolejny rok starsza. Dziś to jeszcze nic, ale za 2 miesiące … znów będę musiała się przyzwyczajać do siebie – do siebie tej starszej o kolejny i kolejny rok.

Nie myśleć o tym teraz – przeżyć te dwa miesiące. To jest właściwe założenie. Przeżyć i poszukać siebie … chociażby z przed roku … odrobiny szaleństwa … zanim jedyną rzeczą jaka pozostanie w moim życiu będą rozstępy i cellulit …

… przecież w końcu jestem kobietą ….

śniadanie o 13.45

3

Właściwie to chyba obiad powinien już być, ale czy można uznać za śniadanie butelkę wody mineralnej i 3 papierosy. Musze przez pięć minut posiedzieć i odpocząć bo już mi się „literkuf” i „cyferkuf” nie widzi w papierzydłach … i za co to wszystko? No pytam, za co? Gdybym poszła na „kuronia” to miałabym 100 mniej – no może dwie stówy, ale za to ile czasu … i możliwości, a tak na państwowym garnuszku dogorywam dochodząc do przekonania jak niska jest moja wartość i jak mam nikłe szanse na wyjście z tego układu.

Niewiele rzeczy człowieka dołuje bardziej niż wywyższanie się tych wszystkich „mega mądrych”, których jedynym atutem jest posiadanie tytułu świadczącego o ukończeniu studiów przed nazwiskiem. Niestety cała wiedza kończy się na tym tytule, bo od roboty są tacy jak ja. Nie masz tytułu – to jazda – takich jak ty na pęczki i przyjdą z pocałowaniem ręki … i to za mniejszą kasę … o … no za większą – stawki poszyły przez te kilka lat jednak do góry – a Ty co tak gapisz – nie ma funduszy na podwyżkę – ciesz się tym co masz … jutro możesz nie mieć nawet i tego.

Czas na zmiany. Teraz już dorosłam do tego. Nie można całe życie tkwić w tym samym miejscu … znaczy się u mamy na garnuszku … czas się ruszyć.

Tak – łatwo się mówi, szkoda, że praktyka mija się z teorią, ale o tym już było. Jaki więc byłby sens się powtarzać i pisać to samo po raz kolejny …

Tak – teraz czas na to śniadanie – jedyny posiłek dnia jeśli nic się nie zmieni … a na to się nie zanosi… a pensja ciągle ta sama … tylko ceny już nie to co lat temu kilka …

Niewątpliwie muszę coś zjeść – to zawsze wpływa na poprawę mojego nastroju …

Czekam na tego głupiego SMSa i czekam. Zawsze jest tak, że jeśli już na coś czekasz to, to się nie dzieje, a kiedy chcesz mieć świty spokój to wszystko wali ci się na głowę. Jak masz dość to też ci tłumaczą, że jest ok. i niemal wspaniale. Przecież co to kogo interesuje, że to czy tamto nie sprawdza się w życiu. Nie sprawdza się do tej jednej, określonej osoby, którą jestem. Jest niemożliwe żeby się nie sprawdzało skoro w stosunku do 100 innych ludzi jest rewelacyjnym rozwiązaniem.

Nie ważne. Ludzie dzielą się na takich samych jak wszyscy i na nienormalnych. Ja mimo wszystko łapie się chyba do tej drugiej grupy. Mam tylko jedno pytanie w związku z tym … czy to ja jestem nienormalna – czy ten świat, który coraz częściej każe mi tak myśleć o sobie. Wszystko zależy od tego, z której strony patrzeć na to wszystko. Dla mnie nienormalnym jest ten kto umie w tym wszystkim żyć i twierdzi, że jest mu dobrze. Przecież normalni ludzie w nienormalnych czasach nie mogą sobie poradzić, bo czują i myślą, a może mogą. Może mogą, umieją i potrafią, i to tylko ja mam problemy z adaptacją do warunków w jakich trwa moja egzystencja. Właściwie to wegetacja i nic więcej.

Tak – egzystencja to za duże słowo. Wegetacja w sposób znacznie pełniejszy oddaje moją rzeczywistość. Rano pobudka, później praca, dom, obiado-kolacja i sen. Każdy dzień podobny nierozerwalnie do poprzedniego i tylko rozróżnialność powtarzających się czynności pozwala mi określić jaki dzień tygodnia jest właśnie dziś. Poniedziałek – piątek praca, sobota – niedziela sen, lub uczelnia. Tak wymiennie, ale za to z cyklicznym zapędem powtarzalne w dwutygodniowym cyklu przez 10 miesięcy i wakacje … teoretyczne … jak wszystko.

Teoria jest OK. Problem z nią polega na tym, że mija się często z praktyką. Czasem udaje się je choć w niewielkim stopniu pogodzić, ale znacznie częściej jest to niemożliwe … bo wypadnie jakieś nieprzewidywalne zdarzenie losowe – skądinąd również rutynowe i powtarzalne tyle, że może o nieco mniejszej częstotliwości i znacznie dłuższych czasookresach pomiędzy wystąpieniem tego określonego zdarzenia … ale co to kogo interesuje …


  • RSS