demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Nietypowo odniosę się do Agaty Dudy i jej nieszczęsnego „góralskiego” paska – dodatku do jasnej sukienki. Nie wiem po co ten szum wokoło niego, ale napiszę, że mnie on się podobał. Nie uważam też, że był w złym guście, czy nie na miejscu. Poza tym, ten pasek bardzo pasował do sukienki i dodawał jej charakteru. Poszłabym nawet dalej z tą stylizacją u dobrałabym buty w kolorystyce zbliżonej do tej jaka ma Księżna.

Zupełnie nie rozumiem o co halo… że jak, w kujawskiej spódnicy i krakowskim kubraku miała wystąpić? Dorzucić do tego jeszcze kapelusz lub toczek stylizowany na górniczą czapkę z piórami? Normalnie to komuś się nudzi i porusza go pierdoła zamiast konkretu. Suweren nam się kluje pod własnym bokiem, a my patrzymy i podziwiamy młodych monarchów obcego państwa. Młodych, pięknych uśmiechniętych i legalnych… a u nas… ??? Dobra, dobra, monarchia nam się nie szykuje, ale uzurpacja już całkiem jest prawdopodobna, a społeczeństwo, co w tym czasie? Ano oburza się paskiem Pani Prezydentowej oraz gulgota o podnoszeniu cen paliwa, zamiast zająć się tym, co ta zasłona dymna na prawdę skrywa. Tu nikomu na kasie nie zależy, i tak ściągną z nas ostatnia koszulę, w ten, czy inny sposób, ale ściągną, nie pytając nas o zdanie i tym bardziej nie pytając o zgodę. Ściągną, gdy będziemy jazgotać o modzie, pasku do sukienki, i wakacyjnych rozrywkach na skuterze wodnym Pana Prezydenta. Mało tego, że ściągną, to jeszcze sprawią, że kiedy zorientujemy się co się dzieje, notabene zdecydowanie za późno się zorientujemy, gdyż za późno już jest, to nie będziemy mieć komu się poskarżyć, nie będziemy mieć komu wypłakać się w mankiet… dyktator nie lubi mazgajów, a jedynie słuszne postępowanie jest tym, które on wskaże… Macie igrzyska, ale co będzie, gdy skończy się chleb? Bo, że w kasie pusto i wiatr hula, to pewne, a z pustego to i Salomon nie naleje… więc dalej, czekajcie na swoje 500+ i wierzcie w czcze obietnice. Nic co jest Wam (Nam) dane, nie jest dane na zawsze – warto by o tym pamiętać.

Miałam o kilku drobiazgach, szarej codzienności napisać, pokazać kilka „ubranko” nowego Heńka, oraz tę nieszczęsną, samodzielnie zainstalowaną roletkę, ale to akurat może spokojnie poczekać do jutra, a może i jeszcze nieco dłużej. Nie śpieszy się. Natomiast powyższe podniosło mi ciśnienie, dlatego nieco powietrza musiałam z siebie upuścić, bo jak jeszcze raz usłyszę od jakiegoś wąsatego babska, że ten pasek to Ona taki miała zły, to normalnie za siebie nie odpowiadam i przypadkiem, mogę wydepilować wąsik o chodnik przed osiedlowym warzywniakiem…

Swoją drogą, to coraz bardziej podziwiam Panią Agatę. Jest w bardzo niekomfortowym miejscu, w bardzo niekomfortowej roli. Zdaje się, że jest w więzieniu kariery swojego męża i jego uległości wobec jedynie słusznych poglądów. Dla kobiety silnej, o zdaje się ugruntowanych poglądach, niekoniecznie zbieżnych z jedynie słuszną ideą, nie jest prostym zachować powagę stosowną dla rangi żony Prezydenta. Tym większe wyzwanie dla niej, im bardziej mąż jej odznacza się służalczością i spełnia zachcianki, a mógłby inaczej… gdyby chciał i miał odwagę… i nie bał się tego co Prezes ma w szufladzie na niego… tylko, czy on jeszcze potrafi mieć własne zdanie, czy kiedykolwiek potrafił… przecież Prezes nie popełnił by błędu doboru niewłaściwego człowieka, na tak zacne stanowisko, a żona? Cóż żona… przecież Prezes o kobietach nie wie nic, a to co wie, to… tak… cóż, co najwyżej ze słyszenia, a ludzie różne rzeczy gadają…

dawno, dawno temu…

12

Było sobie gdzieś letnie lato, kiedy to świeciło słońce, było ciepło za dnia i nocą, a deszcz padał co najwyżej raz na kilka dni, albo i raz na kilka tygodni. Słoneczko sobie świeciło, ludzie chodzili opaleni, zadowoleni i pełni witaminy D. Ogólnie uśmiechnięci i mili. Gdzieś kiedyś tak było. Nie pytajcie kiedy i nie pytajcie gdzie. Nie wiem tego. Tak tylko słyszałam, że tak było. Słyszałam też, że w krainie tej, owoce wszelkie mają przyjazne ceny i smak pełen słońca, ale to wszystko to ledwie powiastki ludzkie, i tak na prawdę nie wiem, czy coś z tego prawdą jest, czy to samo ludzkie bajanie, by zająć dziadki i siebie w pochmurne, burzowe popołudnia i wieczór, i nie, że to mamy jakieś jesienne długie i słotne wieczory, rak dobre na bajanie bajek. To wszystko długimi, chmurnymi lipcowymi popołudniami, kiedy człowiek już przez okno niewiele widzi, bo zasnuwa je deszcz lub brud i tak na zmianę.

Tak, zdecydowanie, jeśli idzie o konkurs na najbrudniejsze okna we wsi, to te w Wersalu nie mają sobie równych. Zwłaszcza kuchenne. Jest z nim niejaki jednak problem, gdyż, kiedy już jestem w Wersalu to pada, a kiedy nie pada i okno mogłabym umyć, to mnie zwyczajnie tam nie ma. pogoda miesza mi szyki nie tylko jeśli idzie o mycie okien, ale też przestawia wszelkie plany wędrówkowe, dlatego chaszcze podziwiam przez szyby samochodu. Podziwiam jak przechodzą od młodej, soczystej i intensywnej zieleni, przez ferwor kwiatów, do powoli, coraz bardziej, wysychających, żółciejących łanów, tu i tam co najwyżej skoszonych lub przyciągających niebieskością bodziszka łąkowego, który rozpanoszył się niemiłosiernie w okolicy, a za którym, to ja nieszczególnie przepadam akurat. Zadziwiające jest to, że lipiec jest, a krwawnik i wrotycz zaczynają kwitnąć na całego, a przyznać muszę, że bywało iż minionymi laty, blisko połowy sierpnia, był jeszcze problem spory z wrotyczem, bo dopiero zaczynał kwitnienie, a teraz? W tym roku zdaje się już przekwitnie do tego czasu.

Tak więc przez pogodę, ale i przez lenistwo co chwilę coś mi umyka, a ja się łapię, że młodsza się nie staję, tym bardziej, że B. przysłał mi zdjęcia, które zrobił jakieś 12 lat temu… zeskanowane rzecz jasna. Tak, byłam wówczas piękna i młoda, i szczupła, i krótkie włosy miałam, i Młody był taki jeszcze niewyrośnięty i dziecinnie okrągły i gładki. No i tak do mnie co chwilę dociera, że ten czas zapieprza, nie pyta mnie o zdanie, a do tego, nic już, z tego co było, nie będzie, a ja zamiast wziąć się za siebie i cieszyć się i korzystać z tego co przede mną, stoję z rozdziawiana buzią, i pytam siebie i wszechświat – jak to tak? To już? Tule czasu? Tyle lat… Mam też ochotę krzyknąć „zwolnij do cholery, zwolnij!” tyle, że wiem, że to niewiele da… więc niemo krzyczę tylko w sobie, i staram się panować nad tym szaleństwem poczucia przemijającego czasu i uciekających bezpowrotnie chwil…

przygód kilka…

20

Jestem mistrzynią w swoim domu! Normalnie mistrzyni, że HOHOHO. Przez blisko godzinę mocowałam się z jedną, małą, plastikową i byle jaką roletką okienną. Zmora zabiłaby mnie śmiechem gdyby to widziała, więc lepiej że tego nie widziała, bo przeżyłam. Normalnie gdyby nie to, że dwie pozostałe muszę zmniejszyć nieco, a nie posiadam piłki do metalu, to pewnie bym następną montowała. Zapewne już z nieco mniej obłędnym czasem montażu, acz nadal zapewne dla wielu zabawnym. Zdecydowanie, posiadanie trzeciej ręki uprościłoby cały proceder. No i jeszcze gdyby ktoś na tych rysunkach zaznaczył w którym miejscu i jak przeciągnąć żyłkę boczną, to już byłabym bardzo szczęśliwa. Oj bardzo.

Ktoś mógłby złośliwie stwierdzić, że do takich rzeczy to by się przydała męska ręka, ale jak widać dałam sobie radę sama, a męska ręka, nie obyta z roletkami, niekoniecznie poradziłaby sobie w krótszym czasie. Męskie ręce zdecydowanie mają szereg innych zastosowań.

Ogólnie to przydałaby mi się jakakolwiek druga para rąk, gdyż potrzebuję sobie omotać balkon kawałkiem patyków, żeby nabrał wyrazu i żeby ciekawi spacerowicze piescy mieli mniejsze pole do zaglądania w moje drzwi balkonowe. Ja wiem, że one są ładne i wiem, że moja firanka też jest ładna, przynajmniej mnie się podoba, jednak, zaglądacze mnie drażnią. Tak więc, na tę chwilę, nadal zastanawiam się skąd wziąć drugą parę rąk. Owszem, na upartego to też sama zrobię, jednak, ten niedobór trzeciej ręki, jest na prawdę doskwierający przy sporej części prac domowych.

No i jeszcze to moje nieszczęsne radio, też mam problem z jego ustawieniem, a właściwie z jego zasięgiem, chyba muszę zainwestować w kawałek drutu i dokoprować go do tego kikutka, który udaje antenę. Pamiętam, dawno temu. Bardzo dawno temu. Miałam czerwony radiomagnetofon, na kasety nawet. Pech chciał, że jego teleskopowa antena kiepsko sprawdzała się w moim pokoju, ale kiedy się do niej chochelkę drucikiem przymotało to odbierało z jakością „dolby seraund”. Problem w tym, że obecnie dysponuję tylko plastikową chochelką, która raczej kiepsko sprawdziłaby się w roli anteny, a do tego zupełnie nie dysponuję drutem i anteną teleskopową. Jak nic zdaje się, że będę musiała iść na jakieś zakupy… i jeszcze pamiętać o taśmie dwustronnej, żeby wesprzeć żyłkę naciągającą roletki dobrze by było żebym pamiętała.

No i to wszystko na mojej głowie, i jeszcze sporo innych drobiazgów, i ja się dziwię, że się nie ogarniam, i że nie zawsze, nie wszystko pamiętam.

na swoich śmieciach

10

Po blisko dwóch tygodniach udało mi się dotrzeć do Wersalu. O matko, córko i sąsiadko jeszcze. Moja „dżungla” się ewidentnie na mnie obraziła, w związku z czym, całe popołudnie zajęło mi jej reanimowanie, doglądanie, obskubywanie z suchych liści i podlewanie, a jeden badyl to się nawet doczekał przeprowadzki do nowej doniczki. Drugi musi poczekać z przeprowadzką do jutra, gdyż ziemi mi brakło, a jak potupam po ziemię, to muszę przyjrzeć się jeszcze doniczkom, bo okazuje się, że jeszcze ze dwa badylki potrzebują większej piaskownicy od tej obecnie posiadanej.

W tak zwanym „międzyczasie” okazało się, że kolejne fiołki mi zakwitły, ale najlepsze jest w tym, to, że nie przypominam sobie abym kupowała taki kolor. Być może kupiłam coś do reanimacji, bez świadomości kolorystycznej, ale tego sobie też nie przypominam.

To, że sobie czegoś nie przypominam, to jeszcze nie znaczy, że tego akurat nie zrobiłam, gdyż ostatnio miewam niejakie problemy z pamiętaniem różnych rzeczy, ale liczę na to, że mi minie, gdyż myślę, że to po prostu spóźniona reakcja obronna organizmu na minione dwa lata z lekkim okładem. Z resztą potwierdził to jeden Medyk uczony, oraz dorzucił, że może jednak mniej stresu, mniej szarpaniny, więcej relaksu i do tego ta nieszczęsna dieta lekkostrawna. Z dietą niby najłatwiej sobie poradzić, ale w praktyce to już jednak przyzwyczajenie nie jest łatwo ogarnąć, a poza tym to, jak tu zrezygnować z takiego kotlecika schabowego, którego całe życie od pacholęcia jeszcze, darzyło się miłością wielką i niecierpliwą. Z tym relaksem to też by się zdawać mogło pestka. Tylko pogoda nie chce współgrać. Normalnie jak mam wolne to pada deszcz przez pół dnia, a jak nie mogę się przemieszczać, to nie pada i już. Łąki też wzięły i się zamieniły w bele siana, bo teraz już mało kto i mało gdzie kopi siano. Teraz się trawę beluje niestety. Więc sobie nie poleżę na łące, patrząc na obłoczki i relaksując się w otoczeniu szumu pracujących owadów. Tak więc zamiast relaksu, to stres jest. No i jak tu słuchać Medyka?

Szczerze jednak przyznam, że gdybym teraz w domu posiedziała jeszcze tydzień lub dwa, to może udałoby mi się nieco zregenerować mojego człowieka, a tak? Tak pozostaje mi poszukać wewnętrznego zacięcia do poszukiwania sposobów na relaks. Sposobów zdecydowanie odmiennych od siedzenia przed monitorem, gdyż wiąże się to nieodmiennie z podjadaniem, a to mi akurat nie służy.

Przymusowe wakacje, choć nie planowane wcześniej, to chyba pierwsze od trzech lat. Normalnie się ogarnąć nadal nie mogę. Niby w domu, a jednak dopiero dziś mój człowiek zatrybił, że nie idziemy do pracy i spokojnie możemy pospać, do której nam się podoba. Może nie do końca aż tak, ale do takiej dziewiątej to spokojnie możnaby było, ale nie, nic z tych rzeczy. Nie mniej i tak kwadrans po ósmej, to całkiem niezły wynik, zwłaszcza po tym jak ubiegły tydzień i miniony weekend budziłam się około 5 z minutami. Niestety, w poniedziałek koniec dobrego i czas wrócić do codzienności. Lekko nie będzie. Powroty po kilku dniach nieobecności nigdy nie są fajne i zawsze objawiają się nawałem roboty do nadrobienia.

Tymczasem zwyczajnie nawet nie włączam Tośka. Sama nie wiem, czy to z lenistwa, czy to z braku cierpliwości, czy to zwyczajnie z braku wewnętrznej potrzeby do bycia on-line.

Cóż, z innej strony, jeszcze kilka takich dni, a nabawiłabym się odleżyn. No bo co można robić kiedy na zmianę leje i wieje? Nadrobiłam zaległości czytelnicze, o czym na dniach czas skrobnąć najwyższy, gdyż w ferworze zajęć wszelkich, powąchałam tylko dwie nowe okładki i z frustracją odłożyłam na półkę, aż do bieżącego tygodnia. Odrobiłam kilka kg, których z mozołem pozbywałam się przez większą część wiosny.

Jedno czego się nie nabawiłam w ostatnich dniach, to opalenizna. Pozostaje mi albo balsam z samoopalaczem, abo solarium, bo ta lampka na niebie schowała się za chmurami i nie ma większej ochoty na wychodne i dogrzanie mojego, i nie tylko mojego, człowieka. Tak, jasne, w ubiegłym tygodniu był czad komando i tylko jeden mały problem, w postaci braku możliwości siedzenia na słońcu. O leżakowaniu na słońcu to nawet nie było co marzyć, stanie zaś pominę, gdyż w staniu na słońcu frajdy nie ma żadnej, a już tym bardziej jej nie ma, gdy w około same nagrzane do czerwoności mury.

Nastawiłam dziś na małosolne. Pierwsze w tym roku. Już się doczekać nie mogę. No i jeszcze sezon ba bób został rozpoczęty… i tak… pamiętam o tym, że miałam pilnować lekkostrawnego jedzenia i się go trzymać, ale… pomyślę o tym później… lub jak mawiała Scarlett… pomyślę o tym jutro… czyli zwyczajnie kiedyś, jak złapię natchnienie, a teraz sobie po prostu rapacholin na deser aplikuję i jest git. Znaczy byłby, gdyby  to słońce było, bo tak to, to nawet w chaszcze nie ma kiedy iść z Perełką, bo leje, a Perełka deszczu nie lubi, więc siedzimy niepocieszeni w domu i czekamy weekendu bez wody lejącej się z nieba.

po detoksie

8

Ogólnie, to można się przyzwyczaić do tego, że nie jest się non stop on-line. Zupełnie spokojnie. Zwłaszcza, gdy na emilka przychodzą tylko tony reklam i co najwyżej sporadycznie wpadnie jakaś inna, zwyczajna wiadomość. Zaczęłam rozważać zafundowanie sobie wersji „pro”, która podobno jest bez reklam, kiedy jednak doczytałam bliżej, to owszem, jest bez reklam tych wysyłanych przez dostawcę usługi pocztowej, ale już niestety wszelkie pozostałe spamerskie dziady, nadal będą człowiekowi życie zatruwać. Z drugiej strony, gdyby nie spamerskie serwisy, mogłabym się poczuć zapomniana, i lekceważona, czego objawem byłaby pusta skrzynka. Tak więc źle i tak więc nie dobrze. Zostawmy jednak problem spamu w emilkach, bo to taki temat zastępczy jest z gatunku jajka i kury oraz co było pierwsze… jajko, czy kura.

Jestem, mniej więcej. Żyję. Mam się całkiem dobrze. Mam też kilka rzeczy do przemyślenia oraz kilka niechybnych zmian do wprowadzenia, ale na tę chwilę jakoś nie mam do nich zacięcia. Zmiany oczywiście należą do tych mniej przyjemnych zagadnień codzienności. Malo tego, staram się je ogarnąć i wprowadzić od dłuższego czasu, ale… jak rozstać się ze słodyczami? No ja się pytam – JAK? Wzdycham więc raz po raz i nadal nie mam sensownego rozwiązania dla tego, konkretnego i ważkiego problemu. Drugim niechybnym problemem do ogarnięcia jest to, że czas więcej się ruszać, albo mój człowiek za chwilę zacznie się toczyć, gdyż złapie kształt idealny… czyli kulę, a kule się toczą przecież.

Nie byłoby w tych moich przemyśleniach nadmiaru frustracji gdyby problemy były ważkie i istotne dla życia, a tak, są miałkie, i świadczą tylko o gnuśności i o tym, że tak na prawdę, poza względnym dobrobytem, to ja problemów zdaje się nie posiadam większych. Mam co na grzbiet włożyć, mam dach nad głową, pełne szafy, lodówkę i szafki i zero przymusu i chęci do czegokolwiek. Co więcej, dobrze mi z tym, a jakiekolwiek zmiany w tej materii omijam łukiem szerokim i pozostawiam innym poszukiwaczom przygód. Młody nawet stwierdził wczoraj, że mu matka zdziadziała, a ja mu na to, że zwyczajnie, dorosła i już nie jest młodą matką małego chłopczyka, tylko panią w wieku średnim i matką dorosłego mężczyzny. Młodemu się to zupełnie nie spodobało, gdyż dorastanie zdaje się być dla niego zupełnie zbędnym procesem życiowym… jako i dla mnie też.

Do tego też pogoda nie nastraja zupełnie w żaden sposób pozytywnie do czegokolwiek, gdyż, ubiegły, na moich krańcach kraju, bardzo ciepły tydzień. Zdaje się, że jedyny najcieplejszy tego roku, przesiedziałam oglądając go przez okno, a ten, kiedy mogłabym pomarudzić i ze słońca oraz ciepła skorzystać, to jest mokro, pochmurno i zimno. Kaszanka znaczy się i tyle z tą pogodą. Ogólnie to ktoś mógłby oddać nam to lato.


  • RSS