demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

poranek

12

Pogoda paskudna się zrobiła. Lato już za nami. Nie rozpieściło nas jakoś bardzo w tym roku. Pozostał mi po nim duży niedosyt i mnóstwo niezrealizowanych planów, którym pogoda weszła w przeszkodę. Był tajemniczy ogród popołudniem, to dla odmiany wspomnienie letniego, sierpniowego poranka z Włości.

jak pozbyć się sąsiadki

18

Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty bywa upierdliwe. Pomijając „Matkę Boską Okienną” (w skrócie MBO), z której mężem i samochodem miałam przeboje jakiś czas temu, łącznie z wzywaniem policji i udowadnianiem, że jełop, znaczy mąż MBO, szuka frajera, który mu pomaluje auto, którym to autem sam kogoś, gdzieś na mieście uszkodził. Oczywiście dzień dobry sobie nie mówimy i koncertowo się ignorujemy, gdyż jest on głęboko niepocieszony, że nie chciałam przyjąć na siebie darmowego malowania jego samochodu. Tym bardziej, że niewiele wcześniej taki prezent sprawiłam innemu sąsiadowi. Z owym sąsiadem mówimy sobie dzień dobry i to jak najbardziej. Byłam winna to zapłaciłam, ale za darmochę, bo ktoś chce, to ja prezentów nie robię. Świętym Mikołajem nie jestem, mogłabym w prawdzie być Mikołajową, ale niestety nie znam żadnego Mikołaja. Prezenty więc robię komu chcę i kiedy chcę. Obce chcenia są zupełnie poza obszarem moich zainteresowań.

Do rzeczy. Kolejna sąsiadka, tym razem z mojej dziury wejściowej, ba z mojego pionu, i nie ta co mnie zalała ubikację, ale ta wyżej, początkiem sierpnia, w dni gorące, czekała na mnie ewidentnie. Jak wracałam z pracy ona siedziała i zagadywała. Takie tam, o wszystkim i o niczym, o pogodzie, o żaleniu się na zdrowie i innych takich, aż dnia trzeciego, przeszła do sedna sprawy. Otóż, cały ten wstęp z dni poprzednich, był próbą wybadania moich preferencji religijnych. No bo składki trzeba pozbierać na kościół i może jakieś kwiatki, albo sprzątanie… Sprawę ucięłam krótko, że jak tu pomieszkuję, tak w tym kościele nigdy jeszcze nie byłam i nie czuję potrzeby wykładania na obcy dla mnie kościół. Coś tam jeszcze próbowała się przebić nieśmiało, że przecież tu mieszkam, i że przecież moja poprzedniczka płaciła. Niestety, rozbiła się o mur. Mur tym większy, że zupełnie mnie nie interesuje co robiła, a czego nie robiła poprzednia mieszkanka tego mieszkania.

Kolejnego dnia, pomimo nadal panujących afrykańskich upałów, sąsiadka już nie siedziała na ławeczce kiedy wracała z pracy, ani następnego tygodnia, ani w ogóle od tamtej rozmowy. Ławeczka stoi nieobsadzona osobą mojej sąsiadki w godzinach mojej obecności w domu. Podpadłam znaczy się, Pacz Pani, a taka milutka się wydawałam. Dołączyłam do tych z trzeciego piętra i nowych z czwartego (później ode mnie się wprowadzili, więc to oni zyskali miano nowych, bo zwyczajnie są nowsi).

Tak to, kolejną sąsiadkę mam z głowy. Na kawę nie zapraszam, ciasteczek nie rozdaję, datków na kościół płacić nie chcę. Dzień dobry też mówię wybiórczo…ciężki ze mnie przypadek, zdaje się, że zupełnie nie blokerski.

tajemniczy ogród

2

Dylematy mojej szafy związane były z bardzo mocno określonym wyjściem z domu. Nie była to randka, a przynajmniej nie w tradycyjnym znaczeniu. Miałam randkę z muzyką i to z muzyką, którą bardzo lubię, i która, słuchana bez końca, zupełnie mi się nie przejada, nie przesłuchuje i nie mam jej dosyć. Co więcej, co raz to odkrywam w niej coś nowego, choć już wydaje mi się, że wszystko w niej wyszukałam, a tu masz. Nagle słowa nabierają dla mnie nowej siły, nowego znaczenia, bo pozwalają mi sobie uzmysłowić coś co wcześniej mi umykało. To niesamowite wrażenie, kiedy po raz kolejny słuchasz tej samej piosenki, a nagle, tekst przestaje być zwyczajnym tekstem piosenki, a zaczyna mieć sens. Sens który był tak blisko, tyle razy słyszany, a tak bardzo ulotny, nieuświadomiony.

Takie czary możliwe są tylko w sprzyjających okolicznościach. Takie czary to tylko w magicznym ogrodzie. Takie czary to tylko z Dobrymi Duchami i Angelą (wiem, jestem monotematyczna, ale obiecuję, że w najbliższym czasie to już ostatni raz). Po fatalnej pogodzie i prawie nieodbytym koncercie w ramach Karpackich Klimatów, przemoczonym człowieku do ostatniej nitki i poważnym, muzycznym niedosycie. Przecież tyle dobrych dźwięków miało być, a tu deszcz? No jak to to tak? Trudno było mi się pogodzić z tym, że zostałam z niczym, kiedy miałam chrapkę na tak wiele. Przypadkiem zaś znalazłam informację, że Angela jeszcze będzie mieć jeden koncert, choć znacznie bardziej kameralny, przed końcem lata i dłuższą przerwą. Przypadkiem wielkim, gdyż informacja była o tym na FB, a ja, jak wiadomo, FB nie posiadam. Napisałam, zapytałam, czy jeszcze jedna osoba się tam gdzieś wpisze? Udało się.

Wyobraźcie sobie więc letni, wilgotny i może nieco chłodny wieczór, przesycony zapachem drzew, wilgotnej trawy, palonego ogniska. Wsłuchajcie się w szepty osób, w szum żyjącego ogrodu, w cykające świerszcze i w strojone instrumenty. Zapatrzcie się w ogniki świec i gwiazdy powoli pojawiające się na niebie.

Powyższe zdjęcia pochodzą z profilu FB o adresie https://www.facebook.com/AngelaGaberTrio/

oraz poniżej wypstrykanki z mojego Henia (Henio to jednak przede wszystkim telefon, a nie aparat)

No i jeszcze dodam, że tego się nie da opisać, i że ja tam byłam, miód i wino piłam (na co jest dowód (w sensie że szarlotka była pyszna, a gorąca kawa mieszała zapachy i przypominała człowiekowi, że to nie sen, że jednak jest na ziemi tu i teraz)).

kogut, czy kurka?

25

Kiedyś, dawno, dawno temu. Kiedy dzieciarnia zamiast przed komputerem, tabletem, czy inną lodówką z ekranem dotykowym i podłączeniem do Internetów, czas spędzała na podwórku, była sobie taka zabawa – zgadywanka. Zabawa ta polegała na ściągnięciu kłosów trawy z łodyżki. Kogut był wówczas gdy kurka miała ogonek. Najpierw padało wiekopomne pytanie: Kogut, czy kurka? Udzielana była odpowiedz (szanse były teoretycznie 50/50 ale dla wprawnej ręki 99/1). Następowało ściągnięcie kłoska z badylka i HURA kogut… lub kurka… zgadywanka. Zabawa mało rozwijająca intelektualnie, jednak motorykę oraz intuicję (u tych o mniejszych zdolnościach motorycznych), rozwijała znakomicie.

(Zdjęcie zapożyczone ze strony http://mlodziez.erys.pl/)

No więc dzisiaj czuję się jak w tej zabawie. Zgadnę albo nie zgadnę, jaka będzie wieczorem pogoda. Niestety z wprawy w zgadywaniu jakoś wyszłam lata całe temu, a manualne zdolności tym razem nie pomogą, choć i z tymi nie jest u mnie za bogato. O co z tą pogodą chodzi? Zwyczajnie, człowiek wyjść musi i to normalnie, nie żeby jakieś specjalne wyjście, ale między ludzi wyjść musi i jeszcze w plener. Właśnie to ostatnie słowo jest kluczem programu. Przy tak kapryśnej aurze, tak jej zmiennych humorach i nastrojach, trudno jest oszacować to co dobrze byłoby na siebie włożyć. Stawiam jednak chyba na przegrzanie i zminimalizowanie potencjalnego zmoknięcia. Jedne, od deszczowo, mokre gacie w przedziale krótszym niż dni 7 zdecydowanie wystarczą. Kiedy tak, stojąc wpatrzona w pułki szafy z grubymi bluzami i portkami, pomyślę sobie o ubiegłorocznym, nadmorskim początku września, pięknym i upalnym oraz kiedy wspomnę dożynki sprzed dwu lat, również we wrześniu (dożynek może lepiej nie wspominać, gdyż owa sukienka, która tak pięknie się wówczas na mnie układała, odeszła w echa niepamięci i czyjeś mniejsze, o rozmiar lub dwa, ręce), również ciepłym i upalnym nawet to nawet trzykrotne zerkanie do kalendarza aby sprawdzić dzisiejszą datę nic nie daje poza ciężkim westchnieniem.

Tak więc idę sobie dalej pomedytować przed otwartym podwojem mojej szafy, a później już tylko szybkie zaopatrzenie do termosu i wymarsz na poszukiwanie tajemniczego ogrodu.

spacer po mieście

6

Obecna pogoda mnie wykańcza. Zafundowała mi lekkie przeziębienie. Doprawdy, po ostatnich dwu sesjach z antybiotykami, moja odporność leży i kwiczy albo całkiem zwiała gdzieś. Nie wiem gdzie, w każdym bądź razie – daleko. Nie o pogodzie jednak będzie.

Obiecałam jednej znajomej, że kupie jej coś i wyślę. Żeby zakupów dokonać musiałam potupać do miasta. Potupałam sobie wolnym kroczkiem, zaklinając rzeczywistość w kwestii pogodowej, co wiązało się z brakiem parasolki. Niepewnie co i raz spoglądałam w niebo, i kiedy już, już dochodziłam do celu, zaczęło kropić. Blisko już było, więc zaoszczędziłam sobie zmoknięcia. Co kupić miałam, to i kupiłam. Droga do domu za to pełna pokus była, gdyż chmury zapędziły mnie do galerii handlowej. Oj. Na szczęście sezon wyprzedażowy już przemija i jesienna kolekcja wkracza, ale, rzutem na taśmę, jeszcze nabyłam cieniutki sweterek typu narzutka w kolorze miętowym. Z pozostałych ciekawych drobiazgów nie było już rozmiaru… same S pozostawały… czyli nie jest tak ze mną źle… a jak widać, chudzielców nie jest znowu w okolicy aż tak wiele, skoro to jedyny rozmiar jaki uchował się na końcówkę wyprzedaży.

Korzystając z mało przyjaznej aury, jaka rozciągała się za drzwiami galerii, wstąpiłam jeszcze do księgarni. Oj. To nie było dobre posunięcie. Ogólnie to ja księgarnie stacjonarne omijam szerokim łukiem. Stołuję się głównie w antykwariatach lub w jednym książkowym dyskoncie internetowym. Przypomniałam sobie bardzo mocno dlaczego tak jest. Ferwor kolorów, grubych okładek, ciężkiego papieru, często kredowego albo innego wysokogatunkowego jest porażający. Porażające, dla mojego portfela, są też ceny. Zdecydowanie też, gdy większość książek się otwiera to królują w nich obrazki, rysunki, zdjęcia, a treść… treść jest w odwrocie. Może jestem zwichrowana, ale tęsknię do książek zawierających treść. Szary papier mi nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też niepozorna okładka, oraz mizerna waga książki. Nie przeszkadza mi, jednym zdaniem, PRLowskie pochodzenie książki. Nie mogę się jakoś przekonać do tych nowomodnych, grubych, ciężkich i kolorowych z małą ilością treści (dodam, że szukałam książki może nie popularno-naukowej, bo te to obecnie już tylko chyba w księgarenkach uczelnianych lub na internetach, ale jednak czegoś więcej niż typowego poradnika).

Uciekłam pomiędzy kolejne pułki. Z cichą nadzieję, wyszukałam dział fantasy, niestety i tu przerażenie mnie dopadło. Wszędzie grube okładki, błyszczący papier, na diabła pana co kilka kartek powpychane rysunki rodem gdzieś z mangi albo imitujące komiksy. Jestem rozczarowana. Bardzo. Przytłoczona też jestem. Przytłoczona kolorami i grubością oraz ciężarem papieru. Przerażona jednakowością okładek. Wszystkie na jedną modłę skrojone. Spokojnie, po okładce poznasz gatunek, ale na pewno nie dowiesz się niczego o książce. Żaden bohater nie przebije się na plan pierwszy żeby się z Tobą przywitać, żadne miejsce nie zachęci aby je bliżej poznać. Od czapy uśmiechnięte twarze dziewczyn… czasem nawet jedna do drugiej podobna jak by tą samą osobą były tylko w innym ujęciu… a może i są to zdjęcia tej samej osoby wykupione przez różne wydawnictwa, do różnych tytułów, albo … no nie wiem – wiem, że są bazy zdjęć, więc pewnie to z takiego miejsca.  Napisy, tytuły, autorzy – każdy gatunek też ma swoją czcionkę, albo ich zestaw. Też bez odniesienia do treści. W horrorze tytuł obowiązkowo musi krwią ociekać… inaczej się nie da. Nawet jeśli w treści nawet jednej kropli krwi nie ma.

Uciekłam, uciekłam szybko, kiedy przemiła skądinąd, Pani pracująca w tej księgarni, zaproponowała około 10 letniej dziewczynce książkę, której bohaterka jest w podobnym do niej wieku, ma dwóch braci, którzy przekręcają jej imię, a ona tego bardzo nie lubi i w związku z tym robi braciom różne złośliwości…  poległam (czytany głośno fragment, wyrwany z kontekstu w prawdzie, ale jednak, powalił mnie na kolana, a później na glebę). Słysząc o takiej książeczce, oczywiście kolorowej i pełnej rysunków, zaczęłam się cieszyć, że w tym wieku Młody nie miał jednak wielkiego pociągu do literatury. Gdyż zdaje się, że treść książek dla dzieci, a przynajmniej dla dziewczynek, jest daleka od tego jakie wartości chciałabym przekazać własnemu dziecku. Ja rozumiem, że trzeba umieć się bronić, ale złośliwością? Podstępem? Manipulacją? Tego uczyć 10 letnie dziewczynki? Może później się nie powinno dziwić, że mamy krnąbrne, naburmuszone, przekonane o swoim idealizmie, a z drugiej strony głęboko zakompleksione, pokolenie młodych ludzi. Może jednak warto aby osoby piszące dla dzieci trzy razy się zastanowiły o czym i jak piszą. To na prawdę jest duża odpowiedzialność, a nie tylko biznes… Jak dla mnie, ta książeczka była przepisem na znęcanie się nad ludźmi – przepisem napisanym nieco infantylnym językiem, ale jednak, przepisem podanym dziecku na tacy… a skoro bohaterka może tak postępować, to… czemu ja nie? Drobny szczegół, który zdaje się umyka dorosłym, dzieci mają inny system postrzegania rzeczywistości, bardziej dosłowny, nie operują na abstrakcji. Jeśli coś zostało napisane, to zostało napisane i tak jest. Dla dzieci, ta fikcja literacka, jest rzeczywistością. Świadomość, że książka jest czyjąś fantazją, zmyśleniem, niczym realnym przychodzi później, a obecnie mam wrażenie, że coraz później i kiepsko jest się w tym połapać nawet nastolatkom, które, przynajmniej teoretycznie, fikcję i abstrakcję powinny mieć już zupełnie opanowaną. Strach się bać co będzie dalej.

koncert, którego nie było

8

Niestety pogoda pokrzyżowała wszelkie sobotnie plany popołudniowo – wieczorne. Zamiast koncertu Angeli, był tylko jeden jego fragmencik. „Ludzie deszczu” wpisali się wyjątkowo dobrze w aurę. Wolałabym aby stali w sprzeczności z aurą. Wadada nie miała okazji nawet na chwile si zaprezentować. Tutaj wielki żal do organizatorów, którzy nie pomyśleli nawet przez jedną chwilę, że aura może się zmienić tak nagle i tak diametralnie. Diametralnie, gdyż z upalnego (ponad 30 stopni), słonecznego przedpołudnia, zrobiło się bardzo zimne i pochmurne popołudnie, aż w końcu luną deszcz, a temperaturę otoczenia ratowały (wciągały na poziom około 14 stopni) nagrzane wcześniejszym upałem mury i bruk. Rynek miasta okalają podcienia… wystarczyło tylko przenieść lub zabezpieczyć dodatkowe nagłośnienie (słabsze) właśnie na podcieniach, gdzie było sucho. Zwłaszcza, że akustykę podcienia mają ciekawą, a Angela ma całkiem mocny głos o bębnach Wadady nie będę nawet wspominać, bo tym dodatkowe głośniki nie są zupełnie potrzebne. Dodatkowo, w okolicy, jest kilka miejsc, które można było na taką awaryjną sytuacje zabezpieczyć i przygotować. Mam nadzieję, że okazje jeszcze jakieś się trafią, choć zapewne niezbyt szybko, gdyż Angela niedługo będzie miała nieco więcej obowiązków zupełnie niemuzycznych. Tym nie mniej, za te kilka utworów wielkie dziękuje Angeli się należy. Dla miejski rajców za to wielkie gwizdy dezaprobaty.

Rekompensata wieczoru to jedna rozmowa, wyjaśniająca stare zaszłości oraz poznanie przeuroczej Ag. Deszcz jednak daje nowe możliwości na komunikację międzyludzką. Straty: zupełnie przemoczona pomimo parasola i kurtki przeciwdeszczowej. Po wejściu do domu, z butów wodę wylewałam do umywalki, a skarpetki wykręcane były. Nieco więcej oporu stawiały przemoczone i przylepione do ciała dżinsy. Zaś sen, jak to sen, nie chciał przyjść, gdyż stopy miałam tak przemarznięte jak już dawno nie. Nawet minionej zimy tak zimnych stóp nie miałam. Sierpień mamy więc, gdzie to lata i dlaczego akurat tego wieczoru mi je ktoś zakosił?!


  • RSS