demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

do uja wafla

12

Nie wiem co się dzieje z tym światem. Oszalał, czy jak do cholery. Popierdoliło się gdzieś w kosmosie coś? O co chodzi, bo ja tego nie rozumiem, nie pojmuję i nie ogarniam w żaden realny sposób.

Wczoraj dowiedziałam się o tym, że syn mojej znajomej, kiedyś dobrej koleżanki, później się nam drogi rozeszły, popełnił samobójstwo. Chłopak nieco ponad rok starszy od Młodego. Pamiętam go jako dzieciaka, a potem zniknął mi z oczu. Podobno był trudnym dzieckiem. Przy takich rodzicach trudno byłoby być dzieckiem łatwym, ale nie w tym rzecz.

Co musi się stać, co musi się wydarzyć w głowie takiego młodego człowieka, żeby postanowił wziąć i odebrać sobie życie. Żeby to zrobił. Na litość! Przecież życia chyba się sobie nie odbiera ot tak?! Ja nie wiem, nie znam się. Różne rzeczy w głowie mi się w życiu, w trudnych chwilach lęgły, ale w największej malignie, w największym dole, pod metrami mułu, nie przyszłoby mi do głowy, że jest to decyzja jednej chwili. Nie jest. Najpierw jest myśl. Narasta, pogłębia się w czasie, dobiera sposób, czas, miejsce. To co dzieje się nagle, to jest ta kropla goryczy, która przelewa czarę. Wpycha w działanie. Odziera z resztki lęku i daje złudną nadzieję spokoju. Wpycha w miejsce bez odwrotu. Jednak sama myśl była wcześniej, głęboko wcześniej.

Czym była ta kropla? Rozbitym samochodem? Tak mówią, ale przecież samochód można kupić nowy, albo stary wyklepać, odmalować! Qrwa, nie przez rozbity samochód!!! Przez brak poczucia bezpieczeństwa? Przez brak poczucia stabilizacji? Co poszło gdzieś po drodze nie tak? Co się po drodze życia poplątało? Dlaczego 22 letni chłopak odbiera sobie życie, ze zdawać by się mogło zupełnie błahego powodu? Ile czynników przez lata zbiegało się w jego żuciu obierając nie właściwą dla niego porę, czas i natężenie? Czy można było coś zrobić? Zapobiec? Nie wiem, i nigdy się nie dowiem. Mam też nadzieję, że nigdy nie poznam bólu jego rodziców. Nie umiem sobie go wyobrazić, nie chcę nawet próbować. Czy po takiej tragedii będą potrafili się podnieść, udźwignąć życie? Odeszło przecież ich jedyne dziecko…

przemijanie, rozsypanie

24

Ten sam film, niemal zapętlony w odtwarzaniu. Od lat odgrzebywany na dysku, z maniackim, prawie masochistycznym uporem. Te same, niczym wyblakłe obrazy. Jeszcze raz i jeszcze raz. Nie muszę go już w cale odtwarzać z dysku. Wystarczy, że zamknę oczy i widzę każdy kadr prawie z osobna. Może bez koloru, ale jednak. Słyszę, gdzieś tam w sobie, każdy dźwięk na nowo i jeszcze, i znów. Nie muszę go już oglądać, bo jest już tak we mnie wpisany, że przez lata stał się częścią mnie.  Patrzę w monitor i widzę dwa filmy. Ten oglądany i ten drugi, moje życie.  Właściwie to nie wiem nad czym płaczę. Nad filmem, tym że aktorzy w nim grający już odeszli, czy nad tymi utraconymi nadziejami i marzeniami jakie on kiedyś zaszczepił w głowie bardzo młodej dziewczyny.

Wszystko się spierdoliło i nie tak miało być, a przecież, nie mam nad czym się roztkliwiać, bo mam mało ale i tak więcej niż inni. Więc do cholery, dlaczego siedzę sama w czterech ściana i ryczę. Dlaczego ciągle żyję jakimś złudzeniem od ponad dwudziestu lat. Nadzieją, którą tylko między bajki powinno się włożyć, bo życie wygląda zupełnie inaczej.

Dawno temu spadłam z obłoków na ziemię, ale nadal i ciągle, i jeszcze zdarza mi się na nie patrzeć. Tym bardziej, im bardziej się potłukłam. Nie rozumiem tylko dlaczego teraz tak długo się nie goi. Dlaczego ciągle gdzieś w tle, majaczy melancholia, zapatrzenie w przestrzeń i w chmury, bo ciągle nie umiem dostrzec obłoków.  Czasem, cholernie trudno jest zapomnieć jak blisko było się swojego nieba, a jeszcze trudniej uwierzyć, że można do niego jednak powrócić. Idę więc poszukać swojej wiary w to w co czasem trudno uwierzyć.

Jest mnie mniej we mnie, jakiejś części brakuje. Ktoś ją zabrał. Liczę, że przynajmniej jemu jeszcze dobrze posłuży, nawet jeśli brać jej nie chciał i zabrał przypadkiem. Nie wiem tylko, czy nie oddał, bo nie wiedział co zabrał, czy może chciał zatrzymać dla siebie. Choć prawda, jak zwykle, pewnie jest po  środku – może się bał oddać, bo bał się, że przypadkiem, albo specjalnie zabiorę kawałek z niego całkiem dla siebie…

Jedną rzecz tylko mogę obiecać. Wyrzucę film do najdalszego katalogu na dysku. Ukryję głęboko przed sobą samą, aż przyjdzie dzień kiedy obejrzę go tylko z nostalgią i z pogodzonym uśmiechem.

Zdjęcia z minionej niedzieli. Zimnej, mokrej i wietrznej.

Ogólnie, to nie bardzo mam chęci do pisania, bo i dziać spektakularnie nic się nie dzieje. No i dobrze. Spokój jest w cenie. Magazynuje różne spokojne chwile na później, bo już nie długo znowu zacznę tęsknić za wolnym popołudniem i „nic nierobieniem”. Jesień to ma do siebie, że przynosi mi wiele zajęć, a do tego dzień staje się coraz krótszy, wieczór przychodzi szybko, więc czas na zajęcia różne się jakby kurczy.

Tymczasem, w ramach wieści z lasu, a dokładniej z Włości, okazało się, że pół domu nie ma prądu. Ktoś wziął i zakosił. Po pracach w budce trafo, nagle, z popołudnia, okazało się, że kiedy czas na włączenie świateł nastał, światła włączyć się nie chcą. Na całe szczęście, okazało się też, że prąd zwiał tylko ze światła, a ma się dobrze w gniazdkach. Chyba się tajniaczy, albo co? Pewnikiem chowa się przed kimś, ale nie chce ujawnić przed kim. Grunt, że są to gniazdka kuchenne, więc nie ma strat w mrożonkach. Gdyby było inaczej, mogłoby się okazać, że mam na weekendzie do zjedzenia bardzo dużo schabowych i nie wiadomo czego jeszcze.

Z innej beczki, to ostatnio popełniłam dwa serniki z rzędu. Nie powiem, zwłaszcza ten drugi, z kruszonką czekoladowo – piernikowa i śliwkami był uzależniający.

Składniki: 1 wiaderko sera, 4 jajka, 2/3 szklanki cukru, cukier waniliowy, 1 kopiata łyżka mąki pszennej, 1/2 kostki masła lub margaryny + kruszonka: 1 kostka margaryny, szklanka cukru, szklanka mąki, płatki owsiane błyskawiczne, 2 łyżki kakao, przyprawa do piernika + około 1 kg śliwek.

Kruszonkę wyrobić rękami, czyli tłuszcz rozetrzeć z mąka, cukrem i przyprawami, i podzielić na pół – jedno pół (trochę większe) na spód, drugie na górę. Spód kruszonkowy wysypać na blachę, przygnieść i ubić, podpiec (jakieś 10 – 15 minut w piekarniku). Na to ser z serowych składników utarty szybko (masło rozcieramy z cukrem , dodajemy jajka cale, trochę mieszamy, a do tego wrzucamy ser i mieszamy bardzo krotko – do połączenia składników) i na połączenie składników, niż na ucieranie wielkie. Ser wyłożyć na podpieczony blat, ułożyć na nim połówki śliwek skórką do sera, posypać górną kruszonką i piec jakieś 40 – 50 minut. Pozwolić nieco przestygnąć. Uwaga – uzależnia. Fotki nie będzie – nie zdążyłam zrobić, gdyż zajęta byłam obżeraniem się.Sernik mój był inspirowany http://www.mojewypieki.com/przepis/sernik-ze-sliwkami tym przepisem, jednak wyrabianie kruchego ciasta przerosło moje siły, starczyło ich jednak w sam raz na kruszonkę (jako bełtanie i miąchanie w jednej misce).

Więc, gdybym przypadkiem, zaczęła się jąkać coś na temat chudnięcia, to proszę o przypomnienie mi, że pieczenie serników, jak i ciast innych, procederowi odchudzania nie sprzyja. Dodatkowo też zaszalałam i mam 3,5 słoika pomidorów na zimę. Znaczy mam 3 obiady typu spaghetti oraz jedna zupa pomidorowa. Dzięki tym pomidorom przypomniałam sobie, że woda odcieknięta z pomidorów bywa uzależniająca. Znaczy się chyba potasu mi jednak brakuje. Pół litra wody wypiłam duszkiem, a gdyby więcej było, to też bym nie wzgardziła. Z solą była. Brakło mi tylko alkoholu i nieco pieprzu, i prawie krwawą maryśkę bym z wieczora popijała. Nie mniej, jeśli chodzi o pomidorową inspirację to trochę mam ją z tego miejsca https://smacznapyza.blogspot.com/2011/08/pomidory-na-zime.html, a trochę Jamie-go Oliwiera, który krojone pomidory posypać solą kazał dla szybszego i lepszego pozbawienia ich wody. To, że Jamie-go pomidory były do sałatki, to nie znaczy, że ja swoich do słoikowych odwodnić w podobny sposób nie mogła – co nie? No, kto mi zabroni.

fioletowy zawrót głowy

2

Brawo ja. Właśnie, po przeglądnięciu zawartości karty ze zdjęciami z minionego weekendu, chcąc ją skopiować, sprawiłam, że połowa zdjęć, a nawet więcej niż połowa, poszła w niebyt. Zdecydowanie, jak to bywa w takich okolicznościach przyrody, w niebyt udała się ta zdecydowanie lepsza część zdjęć. Czyli te bardziej ostre, bardziej precyzyjne w zamyśle, z lepszym światłem i tak dalej i tak dalej. Zostało to, co zostało, czyli to co w większości zapewne zostałoby całkiem wywalone, a dziś, spokojnie, przebierając w tym niezbyt licznym zestawie (co to jest 41 zdjęć), wybrałam kilka fioletek… nie, nie wszystkie fotki z weekendu były na fioletowo, na fioletowo były te, które się ostały po prostu.

Tym razem nie szłyśmy z A. na Cergową, na to za mało czasu było. Zwłaszcza, że plan był nieco inny niż przechadzki. Planem była tarnina oraz dzika róża. Zdjęcia oczywiście obu poszły się w niebycie rozpływać.

Jedno jedyne zdjęcie. Pan właśnie kończył pracę i była to ostatnia bruzda w orce na tym polu.

Czekałyśmy jeszcze z nadzieją, ale nasze czekanie próżnym się okazało.

Nieco mniej groźna wersja Barszczu Sosnowskiego. Zdecydowanie, późną wiosną, nie podeszłabym tak blisko, gdyż baldachy osłonięte są dosyć rozległymi liśćmi, a kontakt z nimi trudno zaliczyć do przyjemnych. Teraz są mniej groźne, choć profilaktycznie, na małe roślinki jednak uważam i bez długich spodni nie podchodzę,a i to ostrożnie.

Na koniec, jeden z niewielu ocalonych z pogromu, niefioletowych obrazów.

rozdrażnienie

12

Ostatnio, gdzie się nie odwrócę, to coś mnie drażni. Pomijam internetowe braki podstaw gramatyki języka polskiego oraz marną ortografię na pierwszych stronach głównych serwisów naszego pięknego kraju, gdyż o tych kwiatkach to już kiedyś coś tam pisałam. Coś tam – bo więcej to nie bardzo jest o czym.  Zwyczajnie, liczy się ilość, a nie jakość. Poziom absurdu, co do tematyki, też osiąga, jak dla mnie, niebotyczne granice i bytuje już ze trzy galaktyki od ziemi. Niusy i sensacje rodem z piaskownicy pokazują sama już nie wiem co, bo do prawdy, jest milion rzeczy bardziej ciekawych niż to, że ktoś kupił sobie wózek dla dziecka już trzeci i w tym jest to kolejny za kilka tysięcy. Ma te tysiące to je wydaje, chciał to kupił. Mnie to rybka, ale ogólnie, to wielkie halo jakieś. O pisaniu wielkich i podniosłych tekstów, w zamiarze, nie koniecznie w praktyce, nie pomnę. Kreowanie, kreowanie i bum zderzenia z rzeczywistością, w której kreacja staje się manipulacją, rozczarowaniem i zawiedzionymi oczekiwaniami, a później… diabli wiedzą czym jeszcze. Nie znam się. Stara jestem. Stara i często zmęczona rzeczywistością, która coraz bardziej odrealnia się i zdaje się być przeniesieniem jakiś dziwnych imaginacji. Nie wiem tylko czyich i skąd – dokąd ma być przeniesiona, bo tu i teraz, to mam taką nadzieję, że tylko przejściowo. Tak na chwile, może dwie, bo jeśli na dłużej, to mało ciekawie to wygląda.

W niedzielę poszłam ze znajomą na ciacho i kawę. Niby taka kawiarnia „ą”, „ę” i bułkę przez bibułkę. Pół okolicy się zjeżdża na lans. Przykleiłam się do stolika, oraz przygarnęłam plamę na spodniach. Godzina mało lansiarska była, ruch mizerny, ale stan stolików? Pożal się Boże, a Ty człowieku zważaj gdzie i jak siadasz, i najlepiej miej przy sobie chusteczki, żeby przygotować sobie miejsce siedzące, które nie wpłynie negatywnie na stan twojej garderoby. Za ladą za to 3 znudzone młode osoby zajęte smartfonami. Klienci zdaje się to dopust boski i najlepiej żeby sobie już poszli. Na wszelki wypadek, aby pomóc im podjąć decyzje, to zimny sernik (bo na zimno i z lodówki) podać należy na gorącym talerzu. No cóż, nie czepiam się, wiem przynajmniej, że był czysty, świeżo wyciągnięty ze zmywarki, a że bita śmietana (której miało nie być, gdyż zwyczajnie nie przepadam za taką z pojemniczka) malowniczo rozpływała się po całym talerzu, choć to już właściwie inna bajka. Z własnego wyboru więcej wizyt w tym lokalu w planach nie mam.

Wczoraj zacny poniedziałek był. Dowiedziałam się, przeglądając paragon po zakupach, że kupiłam młodą, czerwoną kapustę… to bardzo interesujące było, gdyż moje zakupy nie obejmowały żadnej kapusty, a czerwonej to już zupełnie nie i to nie, że w dniu wczorajszym, ale czerwoną kapustę kupowałam ostatni raz ze 3 lata temu. Na dodatek nie dla siebie, tylko „przy okazji” bycia w sklepie. 4,50 PLNów mnie ta przyjemność, posiadania bez posiadania, kosztowała.

Dziś za to przyszła mi faktura za telefon. No i coś jest napierdzielone oczywiście, więc czeka mnie spacer do paniusi w salonie, że coś niekoniecznie faktura jest spójna z warunkami umowy. Ten brak spójności to jakieś 20 kilka złotych. No i jeszcze, dla odmiany po całkiem przyjemnych ostatnich trzech dniach, ktoś zakosił słońce i ładną pogodę. Też nie zapytał mnie o zdanie, a ja ubrałam sobie cienkie baleriny do pracy. Plus tego taki, że zapewne woda deszczowa będzie miała przez nie swobodny przepływ.

Marudzę, oj marudzę, ale chyba zdecydowanie, na te swoje lata, zaczęłam posiadać zupełnie klasycznego PMSa. Trudno, tyle kobiet z nim całe lata żyje, więc jakoś dam radę i ja. W końcu to tylko kilka dni w miesiącu.

ostatni wieczór lata

14

W miniony piątek, po apelach od A., że lato odchodzi i ucieka już od nas, na szybko, złapałyśmy aparaty i ruszyłyśmy w miejsce znane i często odwiedzane, ale nadal i ciągle odkrywane na nowo i od innej strony fotografowane. Więc udało nam się jeszcze odchodzące lato złapać i prawie uprosić by zostało, ale w ostatniej chwili coś innego przyciągnęło jego uwagę i odeszło niepostrzeżenie, by mógł nas przywitać zimny, pochmurny i deszczowy poranek.


  • RSS