demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

No więc jest tak: bociana dziobał szpak, a potem była zmiana i szpak dziobał bociana. Takie tam stare powiedzenie. Niby nic, a jednak czasem.

Nudziło mi się ostatnio bardzo, choć to akurat zależy mocno od tego co się przez nudę definiuje. Równie dyskusyjne jest stwierdzenie „ostatnio”. Zbyt wiele czasu na myślenie nie jest zdrowe.  Człowiekowi „niechcący” przychodzą do głowy różne rzeczy. To akurat, te różne rzeczy, nie są dobre. Często prowadzą do robienia głupot. Niektórych głupot lepiej nie robić, bo rachunki bywają zbyt wysokie. Nie sprawdzałam na sobie, ale wystarczająco się napatrzyłam po okolicy. Wysokie rachunki są tym co mnie odstręcza. Nie lubię przepłacać. Nie czuję takiej potrzeby. Nie lubię również płacić cudzych rachunków, a właśnie mam takie wrażenie, że tak jest od jakiegoś czasu. Ciąży mi to niemiłosiernie. Staram się nie myśleć, ale są chwile, kiedy zwyczajnie nie mogę. Mam dosyć. Ktoś gdzieś napierdolił, a ja płacę jego życiowe rachunki. A nawet jej nie lubię i mało ją znam. Właściwie to nie znam, ale to nie ma znaczenia. Wkurza mnie to, że ona ma w dupie co robi z własnym życiem, a rachunki płacą wszyscy na około. Oczywiście ona jest bez winy, oczywiście…

W czym problem? Problem w tym, że nie umiałam wyczuć sprawy na czas i dałam się wciągnąć w mataczenia. Mam żal do siebie, że pozwoliłam sobie utknąć w czymś, czego zawsze unikałam. Zawsze było jakieś albo, albo. Coś kosztem czegoś, coś w zamian za coś. Ten jeden raz w życiu nie zachowałam ostrożności. Jeden raz.

Mogłabym teraz tracić czas i zastanawiać się nad prozaicznym „dlaczego”. Sęk w tym, że nie znam odpowiedzi. Zna ją inna osoba. Jednak ta osoba nie chce się podzielić swoją wiedzą.

Być może nieco bredzę, ale nie całkiem. nie chodzi przecież o to aby napisać wprost. Ja wiem o czym piszę i to mi wystarcza. Tak, ta notka jest tylko dla mnie i tylko moja, jest taką formą krzyku bezgłośnego. Krzyku niemocy i bezsilności. Nie lubię być bezsilna. Nikt nie lubi. Użalanie się nad sobą jeszcze bardziej mnie wkurza. Więc tak, jestem teraz wkurzona na siebie, bo dzisiejszego popołudnia nie dopilnowałam swoich myśli. Pozwoliłam im płynąć. Znów uciekły. Dziś nawet zmęczenie nie pomogło.

Problem w tym, że przez chwilę poczułam się bezpiecznie. Pozwoliłam sobie myśleć, że jestem bezpieczna. Zapełniłam sobie dni do maksimum. Nowe wyzwania, nowe obowiązki, zero czasu na czucie i na myślenie… a jednak. Lekki „zonk”. Wszystko to złudzenia. Mogę sobie narzucić milion spraw do zrealizowania, a jednak, wystarczy jedna chwila i wszystko wraca. Rzuca mnie o ziemię i skręca z bezsilności, a wystarczyłoby kilka minut rozmowy…

Czas to bardzo skuteczne lekarstwo, jednak jego działanie jest złudne, zwodnicze i bardzo, bardzo powolne.

Pomimo permanentnego deficytu czasoprzestrzeni, kilka chwil na spacer musiałam znaleźć. Niestety, moje rozliczne zajęcia mają jedną wspólna wadę – wszystkie są właściwie siedzące. Nigdy nie szczyciłam się wyjątkowo okrągłymi pośladkami, ale obecnie chyba uległy całkowitemu spłaszczeniu. Jeśli nawet jeszcze nie do końca, to już raczej jest do tego bliżej niż dalej. Każda chwila, którą można więc wykorzystać na to żeby się poruszać jest na wagę złota. Nawet jeśli to tylko spacer po bliskich okolicach, popołudniem niedzielnym. Lepsze to niż nic. Odrobina dotlenienia zawsze się przyda. A niedzielne popołudnie wyglądało mniej więcej tak:

wczoraj przyszła zima

12

Zdecydowanie jesień należy pożegnać już w tym roku. Poprzedni weekend był ostatnim przyjemnym, a miniony był paskudny. W prawdzie u nas orkan niespecjalnie narozrabiał i miał mniejszą siłę niż przeciętny halny, ale zacinający deszcz i zimy wiatr nie nastrajały do wychodzenia spod kocyka. Wczoraj towarzystwo deszczu zostało zamienione na nieco mniej przyjemną wersję opadów. Mamy za sobą pierwszą śnieżycę w tym roku. Na razie śnieg zszedł, co najwyżej wyższe rejony Beskidu niskiego były porankiem lekko przyprószone i wyglądały niczym po-pudrowane cukrem pączki.

Ostatnio brakuje mi nieco czasu na pisanie (o przyczynie braku czasu będzie innym razem), a i na myślenie nie mam go za wiele. Niestety określenie „nie za wiele” to jednak za mało jest, a raczej – nadal za dużo czasu. Choć zdecydowanie odnotowuję poprawę w zakresie ilości durnych pomysłów i durnych pokus. Spokojnie, ani durne pomysły nikomu nie szkodzą, ani durne pokusy (najczęściej wiążące się z niewychodzeniem z kuchni i objadaniem się rzeczami uznanymi dotychczas jako „niejadalne” … tak, zdecydowanie tymi mało zdrowymi). Nie zmienia to stanu rzeczy, zgodnie z którym, mam obecnie niepohamowany apetyt na orzechy ziemne, czy też jakiekolwiek inne, które wpadną mi przypadkiem w rękę. pochłaniam w każdych ilościach.

Tak więc dzień mija mi za dniem w tempie niesamowitym, od czasu do czasu dając wolne popołudnie lub dzień, dzięki czemu łapię oddech i oglądam głupie seriale dla nastolatek. Jestem w pędzie i chyba to odpowiada mojemu organizmowi. Przestój, kojarzy mi się ze stagnacją. Przestój to coś zgoła odmiennego od spokoju. Spokój można odnaleźć również w pędzie. Jutro za to będzie czas na zatrzymanie się, na to by może pomyśleć o czymś, czego unika się na co dzień. Popatrzeć na to co za mną, co przede mną, i co przed każdym z nas. Powspominać tych wszystkich, których już tutaj nie ma, a których niestety z każdym rokiem przybywa, porozmawiać z tymi którzy są, a którzy może kiedyś wspominać będą nas…

buro i ponuro

24

Nadspodziewanie październik nieco nas rozpieścił rekompensując niedostatki września. Niestety, wszystko co dobre, wcześniej lub później się kończy, więc i piękna pogoda październikowa odeszła. Może nawet nie odeszła tyle, co wyszła na przeciw listopadowym ponurym oczekiwaniom. Tak na ostatek, w miniony weekend, jeszcze łapanie ostatnich chwil na wędrówki. Zamglonego słońca, mgieł snujących się nad dolinami i wiszących w powietrzu niczym woal, co nieco deprymuje kiedy ma się aparat w ręce… ale są bardziej deprymujące rzeczy. Należy do nich roztrzepanie, które w moim przypadku zaczyna osiągać apogeum. Po prostu sama siebie nie poznaję w pewnych aspektach koncentracji, gdyż dolega mi totalna dekoncentracja. Tak, znowu wzięłam w teren aparat bez baterii. Brawo ja. Mniejsza z większym, skutek jest jeden, z sobotnich widoków pełnych mgieł i tajemniczych kształtów nic nie będzie, bo zostają tylko na chwilę w mojej własnej pamięci, ale za to z niedzielnego wyjścia, kilka obrazków do pokazania się znajdzie. Zwłaszcza, że to kolejny weekend z sentymentami w tle. Chyrowa po 22 – 23 latach. Niby tak blisko, a czasem tak daleko, a szkoda, bo pięknie, czyli tym razem Beskid Niski.

Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie*… może nie zaraz cały świat, ale na pewno czas, z którym ogólnie to ostatnio mi nie po drodze. Mam tę przypadłość, że często coś zrobię, a dopiero później się zastanawiam nad konsekwencjami swoich pomysłów. Na szczęście ich kreatywność szkodzi co najwyżej mnie samej i ewentualnie mojemu budżetowi. Chociaż z drugiej strony jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Co najwyżej nie mam czasu. Co z innej strony, o tej porze roku jest raczej norma niż czymś nadzwyczajnym. Dobra, już nie będę więcej bredzić. Nie piszę, bo zdecydowanie nie mam o czym. No jakoś tak wyszło. Najpierw czekam żeby był spokój, żeby wypracować jakiś constans, na mało emocjonalnym poziomie, a kiedy to osiągam, to zaczynam marudzić. Taki mój urok. No więc mam swój emocjonalny constans, więc i potrzeba pisania diametralnie spadła. Bo ileż można pisać o szafie, która w końcu trafiła na miejsce i jest, wielka, ogromna i całkiem ohydna, ale za to jedyna wymiarowo nadająca się do wstawienia. Przeżyje. W tej cenie, to jeśli weźmie mnie fantazja, albo jakaś karkołomna inspiracja, to może ja obkleję, albo pomaluję, albo jeszcze inną wizję na nią znajdę. Tak więc zostawiając szafę w spokoju, a właściwie w korytarzu wersalowym, zostawię kilka obrazków z minionej soboty.

Marudząc nadmienię tylko, że normalnie to jednak pogoda płata psikusy, a widoczność bywa, że potrafi człowieka doprowadzić do lekkiej nerwicy. Miało być pięknie, przestraszyło, że będzie jak zawsze, a wyszło nieoczekiwanie dobrze. po prostu – miniona sobota była magiczna i wnerwiająca jednocześnie, ale przede wszystkim była złota i czerwona bukami.

Bieszczady witały nas zachmurzonym niebem z niskim pułapem chmur i mgłami w dolinach, oraz bardzo rześkim powietrzem. Przełęcz Przysłup to właściwie jest takim naszym progiem z wieżą widokową, więc jeśli komuś się wydaje, że dokładnie takie ujęcia już tutaj były, to ma rację. Zmienia się całe otoczenie w kolorach i świetle, ale miejsce jest dokładnie to samo.

Pędząc dalej, z lekkim zapędzeniem, prawie minęłyśmy wypalanie węgla drzewnego w retorach. Prawie robi wielką różnice, jednak, nie dane było nam się rozkręcić fotograficznie, gdyż nie byłyśmy przygotowane na tę okoliczność. Przydał by się 4-pak jakiegoś chmielowego wspomagania negocjacji fotografowania lub nie określonych widoków. Jeśli wybieracie się w Bieszczady, to rzucie jeden taki do bagażnika, nigdy nie wiadomo kiedy sprawdzi się jako nieplanowana waluta w handlu wymiennym.

Sobotni cel podróży – Chatka Puchatka, gdzieś tam na szczycie majaczy. Po dobrze ponad 20 latach i raczej nie szybko znowu. Tłok na szlaku bywa męczący, a nawet bardzo męczący, deprymujący i ogólnie, szkoda klawiatury, bo i tak większość literek mam powycierane już.

Widoki z okolicy Chatki. Nad Caryńską się powoli przejaśnia.

Chatka została daleko w tyle, a przed nami Szare Berdo i widok na Smerek

Wracając ze Smerka, spotkałyśmy jedną taką Panią. Pierwszy raz w życiu widziałyśmy się oko w oko. Bardzo nie lubi szumu przesłony w aparacie, drażni ją trzask migawki. To jeden z głównych szlaków, mocno oblegany. Byłam zdziwiona, że właśnie tutaj przyszło nam się spotkać, przecież tyle spokojnych traw i południowych stoków za nami, i ani jednego spotkania, a tu październikowe popołudnie…

Wszystko co dobre się kończy. Czas pozostawić za sobą widoki i przestrzeń. Dzień się kończy, czas wracać do codzienności i do domu.

* – cytat z Wodeckiego – początek „pszczółki Mai”

niechybnie zima idzie

8

Niechybnie i niezaprzeczalnie. Nie da się już udawać, że jeszcze będzie ciepło. Malowniczy przymrozek porankiem zmusił dziś do skrobania szyb w autkach nie jednego kierowcę w okolicy, więc już nie tylko kurtki czas z szafy powyciągać, ale też odszukać czas rękawiczki, szaliki i czapeczki. Buty zostawiam jeszcze przejściowe, ale chyba doinwestuję swoją szufladę z bielizną w zakresie ciepłych skarpet. Przydadzą się bez wątpienia i to już lada chwila.Do czapeczek, szaliczków, rękawiczek i innych zimowych akcesoriów dobrze by było dorzucić jeszcze jakiś sweterek.

Brak szaliczka jednak ma swoje minusy, bo wieje po szyjce, a do tego dorzuciwszy jeszcze brak sweterka i posiadanie krótkawego bawełnianego wdzianka (spokojnie, nie latam z nerkami i gołym brzuchem na wierzchu, nie ten target wiekowy, odrobinę wyczucia jeszcze posiadam), kończy się zziębnięciem, ogólnym rozbiciem, suchym nosem (zwiastującym katar) oraz ciężką głową. Tak więc jednak czas przeprosić się z zimową szafą. Dobrze jest też zaopatrzyć się w zimowy zapas witamin oraz może czas wrócić do porannego picia ziółek.

Poza tymi wszystkimi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi i czasoprzestrzennymi, to dziś jestem w stanie tylko myśleć o tym, żeby było już po 20, żebym trafiła do swojego wyrka i mogła odespać ostatnie dni. Doprawdy, zarywanie nocy z powodu oglądania serialu, przed bardzo upierdliwym tygodniem, jest godne politowania i żałosne. Można przecież obejrzeć odcinek, dwa lub więcej nawet, ale zakończyć oglądanie o godzinie innej niż 2 rano, zwłaszcza gdy wie się, że powrót dziecięcia nastąpi między 5 – 6 rano i że dziecię owo będzie matkę budziło gdyż… jego klucze zostały na kuchennym stole. Pozostawienie drzwi nie zamkniętych nie wchodzi w grę… psi bydlaczek będący mieszkańcem Włości umie sobie z klamką radzić bez większych problemów… zaś nocne wietrzenie domostwa o tej porze roku, przy tych temperaturach… średnia przyjemność dla pozostałych mieszkańców.

Jak więc widać na załączonym obrazku (opisie) u mnie nie dzieje się nic ciekawego. Nie żeby nie działo się zupełnie nic, ale ciekawe to jest średnio. Bo co ciekawego może być w tym, że kupiłam stolik bez śrubek (na które czekam i mają być do odebrania najpóźniej w piątek) oraz, że jutro lub po jutrze przyjedzie w końcu moja Wersalowa szafa do korytarza, czy w tym, ze muszę kupić już i natychmiast jakieś posłanie dla Młodego gdyż jego dotychczasowe łoże wyzionęło ducha i nie podlega kolejnej reanimacji więc sobotę zapewne spędzę na wpuszczaniu się w kanał ratalnych zakupów. Jest jeszcze opcja przewiezienia na powrót jednego łoża z Wersalu na Włości, tylko trochę kiepsko z transportem, gdyż nic mi do głowy nie przychodzi konstruktywnego. Przydało by się jakieś kombi, albo coś.

No i tak mija dzień za dniem. Jeden podobny do drugiego jak krople wody. Więc o czym tu pisać?


  • RSS