Wszyscy na około chudną. Na grandę i na potęgę, w kilogramach sporych, a ja? Ja zdaje się raczej mam inne tendencje. Szczytem sukcesu jest utrzymywanie wagi na stałym poziomie. Niestety zaczynam dostrzegać przyczynę powyższego stanu rzeczy. Otóż, mało ruchu oraz kolejna wielka paczka ciastek czekoladowych owsianych, która znajduje się w mojej szufladzie pracowego biurka, na pewno nie wpływają na sukcesywne zmniejszanie masy ciała. Liczyłam, tak po cichu, że jednak owsiane, z kakao to będą całkiem zdrowe i mało tuczące, no bo owsiane wiadomo, że musi być zdrowe. Otóż niekoniecznie, jak widać. Zapewne nie bez winy pozostają orzeszki ziemne, które nadal pasjami i w hurcie pochłaniam.

W weekend przypomniałam sobie, jak to jest mieć kaca tytoniowego. Nie, nie wróciłam do nałogu. Nic z tych rzeczy. Do stanu kaca doprowadziło mnie około 160 km z palaczem na siedzeniu pasażera. Normalnie jeden papieros był odpalany prawie od swojego poprzednika. Oj. Niestety warunki atmosferyczne, w postaci mgły gęstej i mocno nierównomiernej, uniemożliwiały jazdę z szybkością większą niż przyzwoita… zapewne na taką bym sobie pozwoliła, gdyż droga była prawie pusta, bo i pora mocno wieczorna. Nic to jednak. Przeżyłam. Młody też dal radę. Nie mniej jednak, w maju, albo się nigdzie nie ruszę, albo… pojedziemy sobie z Młodym bezczelnie osobno. Chociażbyśmy mieli busem jechać. Zwłaszcza, że w jedną stronę nie mogłam słuchać, jak kierowca katuje auto, a w drugą, kiedy sama je prowadziłam, musiałam wdychać kosmiczne ilości dymu papierosowego.

To jednak jeszcze nie było najgorsze. najgorsze okazało się to, co po powrocie do domu zastałam. Otóż, człowiek wraca sobie zmęczony trudnymi warunkami na drodze, oraz otumaniony z braku tlenu, uwędzony dymem tytoniowym, ma jedna słuszna wizję: wanna i spać, a tu… a tu niestety, możesz pomarzyć. Marzenia dobra rzecz. Zwłaszcza te o kąpieli, czy chociażby zmyciu makijażu. Tylko ta kobieta mnie zrozumie, która mocno utuszowane rzęsy próbowała kiedykolwiek zmyć woda mineralną… Nadmienię, że jest to niewykonalne w przypadku tuszu wodoodpornego. Pomogły chusteczki nawilżane i krem oraz to, że nie przerażało mnie witanie poranka w postaci „pandy”.

Starość nie radość. Kiedyś „panda” oznaczała, że zabawa była długa i dobra, dziś oznacza, że powrót do domu został uwieńczony awarią rurociągu, wielką dziurą w ziemi na chodniku, w miejscu gdzie magistrala doprowadza wodę do nas i do sąsiadów oraz zupełną Saharą w kranie. Kac zaś potwierdzał przyczynę „pandy”, czyli dobrą zabawę, dziś oznacza, że droga była długa i wędzarnicza. Zdecydowanie wolałam poprzednią wersję, ale w sumie, dla niewtajemniczonych, zawsze mogę jeszcze poudawać, że jednak impreza była wystrzałowa… choć była to zwyczajna (i miła rzecz jasna), ale jednak rodzinna i wyjazdowa nasiadówka.

Co do tytułu, to nie wiem jak u Was, ale u mnie, poranek dzisiejszy nie był miły. Przywitało mnie takie białe co nie bądź leżące na trawniku oraz tworzące na chodniku mokrą i burą breję. Z resztą, od rana, z nieba leci jakieś paskudztwo, ohydztwo i sama nie wiem co. Ni to śnieg, ni to deszcz. Mokre i paskudne. Zimne i wilgotne. Człowiek ma ochotę zawinąć się w kocyk i zapaść w sen, przeczekać do bardziej klarownej aury, która przyniesie zimę jak należy albo, co bardziej mgliście dziś ie jawi – wiosnę, we własnej osobie.