Nadspodziewanie październik nieco nas rozpieścił rekompensując niedostatki września. Niestety, wszystko co dobre, wcześniej lub później się kończy, więc i piękna pogoda październikowa odeszła. Może nawet nie odeszła tyle, co wyszła na przeciw listopadowym ponurym oczekiwaniom. Tak na ostatek, w miniony weekend, jeszcze łapanie ostatnich chwil na wędrówki. Zamglonego słońca, mgieł snujących się nad dolinami i wiszących w powietrzu niczym woal, co nieco deprymuje kiedy ma się aparat w ręce… ale są bardziej deprymujące rzeczy. Należy do nich roztrzepanie, które w moim przypadku zaczyna osiągać apogeum. Po prostu sama siebie nie poznaję w pewnych aspektach koncentracji, gdyż dolega mi totalna dekoncentracja. Tak, znowu wzięłam w teren aparat bez baterii. Brawo ja. Mniejsza z większym, skutek jest jeden, z sobotnich widoków pełnych mgieł i tajemniczych kształtów nic nie będzie, bo zostają tylko na chwilę w mojej własnej pamięci, ale za to z niedzielnego wyjścia, kilka obrazków do pokazania się znajdzie. Zwłaszcza, że to kolejny weekend z sentymentami w tle. Chyrowa po 22 – 23 latach. Niby tak blisko, a czasem tak daleko, a szkoda, bo pięknie, czyli tym razem Beskid Niski.