Ostatnio, gdzie się nie odwrócę, to coś mnie drażni. Pomijam internetowe braki podstaw gramatyki języka polskiego oraz marną ortografię na pierwszych stronach głównych serwisów naszego pięknego kraju, gdyż o tych kwiatkach to już kiedyś coś tam pisałam. Coś tam – bo więcej to nie bardzo jest o czym.  Zwyczajnie, liczy się ilość, a nie jakość. Poziom absurdu, co do tematyki, też osiąga, jak dla mnie, niebotyczne granice i bytuje już ze trzy galaktyki od ziemi. Niusy i sensacje rodem z piaskownicy pokazują sama już nie wiem co, bo do prawdy, jest milion rzeczy bardziej ciekawych niż to, że ktoś kupił sobie wózek dla dziecka już trzeci i w tym jest to kolejny za kilka tysięcy. Ma te tysiące to je wydaje, chciał to kupił. Mnie to rybka, ale ogólnie, to wielkie halo jakieś. O pisaniu wielkich i podniosłych tekstów, w zamiarze, nie koniecznie w praktyce, nie pomnę. Kreowanie, kreowanie i bum zderzenia z rzeczywistością, w której kreacja staje się manipulacją, rozczarowaniem i zawiedzionymi oczekiwaniami, a później… diabli wiedzą czym jeszcze. Nie znam się. Stara jestem. Stara i często zmęczona rzeczywistością, która coraz bardziej odrealnia się i zdaje się być przeniesieniem jakiś dziwnych imaginacji. Nie wiem tylko czyich i skąd – dokąd ma być przeniesiona, bo tu i teraz, to mam taką nadzieję, że tylko przejściowo. Tak na chwile, może dwie, bo jeśli na dłużej, to mało ciekawie to wygląda.

W niedzielę poszłam ze znajomą na ciacho i kawę. Niby taka kawiarnia „ą”, „ę” i bułkę przez bibułkę. Pół okolicy się zjeżdża na lans. Przykleiłam się do stolika, oraz przygarnęłam plamę na spodniach. Godzina mało lansiarska była, ruch mizerny, ale stan stolików? Pożal się Boże, a Ty człowieku zważaj gdzie i jak siadasz, i najlepiej miej przy sobie chusteczki, żeby przygotować sobie miejsce siedzące, które nie wpłynie negatywnie na stan twojej garderoby. Za ladą za to 3 znudzone młode osoby zajęte smartfonami. Klienci zdaje się to dopust boski i najlepiej żeby sobie już poszli. Na wszelki wypadek, aby pomóc im podjąć decyzje, to zimny sernik (bo na zimno i z lodówki) podać należy na gorącym talerzu. No cóż, nie czepiam się, wiem przynajmniej, że był czysty, świeżo wyciągnięty ze zmywarki, a że bita śmietana (której miało nie być, gdyż zwyczajnie nie przepadam za taką z pojemniczka) malowniczo rozpływała się po całym talerzu, choć to już właściwie inna bajka. Z własnego wyboru więcej wizyt w tym lokalu w planach nie mam.

Wczoraj zacny poniedziałek był. Dowiedziałam się, przeglądając paragon po zakupach, że kupiłam młodą, czerwoną kapustę… to bardzo interesujące było, gdyż moje zakupy nie obejmowały żadnej kapusty, a czerwonej to już zupełnie nie i to nie, że w dniu wczorajszym, ale czerwoną kapustę kupowałam ostatni raz ze 3 lata temu. Na dodatek nie dla siebie, tylko „przy okazji” bycia w sklepie. 4,50 PLNów mnie ta przyjemność, posiadania bez posiadania, kosztowała.

Dziś za to przyszła mi faktura za telefon. No i coś jest napierdzielone oczywiście, więc czeka mnie spacer do paniusi w salonie, że coś niekoniecznie faktura jest spójna z warunkami umowy. Ten brak spójności to jakieś 20 kilka złotych. No i jeszcze, dla odmiany po całkiem przyjemnych ostatnich trzech dniach, ktoś zakosił słońce i ładną pogodę. Też nie zapytał mnie o zdanie, a ja ubrałam sobie cienkie baleriny do pracy. Plus tego taki, że zapewne woda deszczowa będzie miała przez nie swobodny przepływ.

Marudzę, oj marudzę, ale chyba zdecydowanie, na te swoje lata, zaczęłam posiadać zupełnie klasycznego PMSa. Trudno, tyle kobiet z nim całe lata żyje, więc jakoś dam radę i ja. W końcu to tylko kilka dni w miesiącu.