Geniuszem, albo się jest, albo się bywa. Zarówno w pozytywnym znaczeniu, jak i w negatywnym.

Po ubiegłotygodniowym wyjeździe, dopadła mnie niemoc i zmęczenie wielkie, które się objawiło w noc z wtorku na środę bólem ucha. Do rana zrobił się z tego stan zapalny ucha środkowego. Normalka u mnie, żadne tam halo. Sęk w tym, że tą razą żadnych kropelek nie miałam na stanie w Wersalu. Do rana jednak dorwałam. Rano uzupełniłam braki, dokonałam aplikacji stosownych medykamentów. Dzięki czemu w czwartek już wszystko zmierzało do dobrego, ale w piątek zyskałam natchnienie. Natchnienie polegało na tym, że skoro byczyłam się w domu (znaczy w teorii, bo w praktyce to jednak może z godzinę tego by uzbierał), to pozałatwiawszy to i owo, postanowiłam udać się do fryzjera celem doprecyzowania terminu koszenia zarośli. Cóż, trzeba mieć fantazję, żeby z zapaleniem ucha usiąść na fotelu i się strzyc, a później, zamiast grzecznie do domu, to jeszcze w plener. Być może wszystko by mi się upiekło, gdyby nie ten plener właśnie. Szczególnie, że nie byłam przygotowana na deszcz i spore ochłodzenie.

Tak więc sobota i niedziela mija mi z malowniczo obolałą prawą połową twarzy oraz głuchotą na prawe ucho, gdyż to co już przechodziło, to się wróciło i to z nawiązką. Zdaje się, że samo się nie będzie chciało rozejść, i nie jestem przekonana, czy się nie skończy wizytą u dochtora oraz kolejną receptą… choć może i nie… chyba przejdę się do ogrodu i poszukam jednej, czy dwu roślinek i może wpierw zakropię sobie świeżym sokiem ucho… gdyż kolejnych antybiotyków chciałabym jednak uniknąć…

Jak widać więc posiadam fantazję prawie, że bezgraniczną… ale za ten rodzaj fantazji się akurat płaci, skłamałabym jednak twierdząc, że następnym razem się zastanowię nad tym co robię nieco dłużej i dokładniej, gdyż pewnie raczej dokonam tylko szybkiej i pobieżnej analizy oraz podejmę ryzyko. Tym razem ryzyko było nieopłacalne… Tak więc  brawo ja! :|