Było sobie gdzieś letnie lato, kiedy to świeciło słońce, było ciepło za dnia i nocą, a deszcz padał co najwyżej raz na kilka dni, albo i raz na kilka tygodni. Słoneczko sobie świeciło, ludzie chodzili opaleni, zadowoleni i pełni witaminy D. Ogólnie uśmiechnięci i mili. Gdzieś kiedyś tak było. Nie pytajcie kiedy i nie pytajcie gdzie. Nie wiem tego. Tak tylko słyszałam, że tak było. Słyszałam też, że w krainie tej, owoce wszelkie mają przyjazne ceny i smak pełen słońca, ale to wszystko to ledwie powiastki ludzkie, i tak na prawdę nie wiem, czy coś z tego prawdą jest, czy to samo ludzkie bajanie, by zająć dziadki i siebie w pochmurne, burzowe popołudnia i wieczór, i nie, że to mamy jakieś jesienne długie i słotne wieczory, rak dobre na bajanie bajek. To wszystko długimi, chmurnymi lipcowymi popołudniami, kiedy człowiek już przez okno niewiele widzi, bo zasnuwa je deszcz lub brud i tak na zmianę.

Tak, zdecydowanie, jeśli idzie o konkurs na najbrudniejsze okna we wsi, to te w Wersalu nie mają sobie równych. Zwłaszcza kuchenne. Jest z nim niejaki jednak problem, gdyż, kiedy już jestem w Wersalu to pada, a kiedy nie pada i okno mogłabym umyć, to mnie zwyczajnie tam nie ma. pogoda miesza mi szyki nie tylko jeśli idzie o mycie okien, ale też przestawia wszelkie plany wędrówkowe, dlatego chaszcze podziwiam przez szyby samochodu. Podziwiam jak przechodzą od młodej, soczystej i intensywnej zieleni, przez ferwor kwiatów, do powoli, coraz bardziej, wysychających, żółciejących łanów, tu i tam co najwyżej skoszonych lub przyciągających niebieskością bodziszka łąkowego, który rozpanoszył się niemiłosiernie w okolicy, a za którym, to ja nieszczególnie przepadam akurat. Zadziwiające jest to, że lipiec jest, a krwawnik i wrotycz zaczynają kwitnąć na całego, a przyznać muszę, że bywało iż minionymi laty, blisko połowy sierpnia, był jeszcze problem spory z wrotyczem, bo dopiero zaczynał kwitnienie, a teraz? W tym roku zdaje się już przekwitnie do tego czasu.

Tak więc przez pogodę, ale i przez lenistwo co chwilę coś mi umyka, a ja się łapię, że młodsza się nie staję, tym bardziej, że B. przysłał mi zdjęcia, które zrobił jakieś 12 lat temu… zeskanowane rzecz jasna. Tak, byłam wówczas piękna i młoda, i szczupła, i krótkie włosy miałam, i Młody był taki jeszcze niewyrośnięty i dziecinnie okrągły i gładki. No i tak do mnie co chwilę dociera, że ten czas zapieprza, nie pyta mnie o zdanie, a do tego, nic już, z tego co było, nie będzie, a ja zamiast wziąć się za siebie i cieszyć się i korzystać z tego co przede mną, stoję z rozdziawiana buzią, i pytam siebie i wszechświat – jak to tak? To już? Tule czasu? Tyle lat… Mam też ochotę krzyknąć „zwolnij do cholery, zwolnij!” tyle, że wiem, że to niewiele da… więc niemo krzyczę tylko w sobie, i staram się panować nad tym szaleństwem poczucia przemijającego czasu i uciekających bezpowrotnie chwil…