W piątek urwałam się nieco wcześniej z fabryki, gdyż Młody piszczał o odbiorze Złomka od mechanika… na co nie miał kasy, a co kosztowało mnie 3,5 setki… bo się bak rozciekł i trzeba było go wymienić. Jak ma chwile pojeździć Złomkiem, to na nowy, a nie na stary, który za chwilę może znowu rozcieknąć. Baki w tiktakach tak mają. Sama kiedyś przerabiałam, dawno, jak sama miałam tiktasia.

Tak więc, Złomka odebrałam i w domu, na Włościach wylądowałam o porze więcej niż przyzwoitej jak na piątek. Porozglądałam się, popatrzyłam po kątach i za okno, i upchnąwszy to i owo do pralki, zabrałam się za podwórkowe roboty. Od 16 do ciemkowatości. No i git, podgoniłam nieco, ale sterta patyczków do pociachania na zimową rozpałkę dopiecową nadal sobie hihrała ze mnie. Łypała na mnie patykami, gałązkami i żywicznymi wysiękami. Wredna taka była. Nic nie mówiąc, odwróciłam się, a w głowie mej niecny plan się rodził. Sobota miała być niezbyt pogodna, ale bez deszczu podobno, już ja się rozprawię z tymi patyczakami! Jako się pomyślało, tako się zrobiło. Od 10 z minutami do 19 z hakiem czasowym, a wszystkie te łypiące na mnie patyczki zostały poszatkowane, powiązane i zniesione pod dach. Teraz to sobie schną i zimy czekają, a ja się nie wkurzam, że trawą przerosną.

W sobotę, w ramach patyczkowania, zawarłam bliższą znajomość ze stadem winniczków. Normalnie cała byłam szczęśliwa, że choć raz w roku widzę więcej ślimaków z wiadomym adresem zamieszkania, z własnym „M”, niż tego gluciastego, bezdomnego tałatajstwa, co wyżera cały ogródek.

Z prac polowych, to jeszcze muszę drutu zakupić, i winogron ujarzmić, co go to Matka Rodzicielka w dziwnym miejscu posadziła, oraz na mikro patyczkach próbowała osadzić. Pewnie koło weekendu, jak pogoda pozwoli, to się z nim uporamy z Młodym, bo inaczej ciemno to widzę.

Bilans powekendowy jest taki, że mam obrobioną część ogrodu na Włościach, wybity palec serdeczny lewej ręki (nie pytajcie, nie mam pojęcia i nie przypominam sobie jak to się stało), odwinogronowane ogrodzenie oraz całkowity ból wszystkich (a nawet WSZYSTKICH) stawów jakie są w moim człowieku. Ból stawów tak mnie na koniec soboty zmasakrował, że zwyczajnie, ledwo się doczołgałam do łóżka, i to bez przenośni. Zupełnie dosłownie. Przekonana byłam, że to pozimowe zastanie, ale śmiem twierdzić, że to nie jedyny powód mojego samopoczucia. Tylko nie wiem, czy już teraz chcę wiedzieć co jeszcze, czy raczej wolę nie wiedzieć.

W związku z powyższym, niedziele spędziłam na zaleganiu z książką w ręce, przy czym, w tak zwanym między czasie, gdzieś pomiędzy śniadaniem i obiadem, machnęłam trzy koszyczki rogalików drożdżowych. Tak, tak, z tymi bolącymi nadgarstkami, łokciami i wybitym palcem. Wszystko to dlatego, aby móc sobie powiedzieć, że takie rogaliki, to przecież nie słodycze, więc można ich dużo i jeszcze więcej…  jedz, jedz, a zadek rośnie.

No i jeszcze odkryłam, że kiedyś wkładka butów męskich o długości 26,5 – 27 cm to był rozmiar 40, a obecnie jest to rozmiar 42… tak więc przymierzyłam sobie całkiem fajne buty sportowe jednej znanej marki, a że męskie… no cóż nie wiem dlaczego, ale na końcu świata przywożą rozmiarówkę do numeru 39… więc nie wiem skąd te młode dziewczyny biorą buty, bo nie z naszych sklepów, chyba, że to one wszystko już wykupiły. tak, ja wiem, że niespełna 3 tygodnie temu kupiłam sobie podróbki airmaksów… kwestia w tym, że się rozwaliły, pękły i raczej nie nadają się do chodzenia. No i oczywiście, że wiem, że mam 50 par innych butów, ale białych sportowych nie mam żadnych.