Nie jest tajemnicą, że z Ferdynandem czas nastał na rozstanie. Nie powiem, mam do niego sentyment, ale koszt jego naprawy przekracza moje chęci wydatkowania na niego środków finansowych. To wygodny i przyjemny w jeździe samochód był. Dobrze się w nim siedziało, a dalekie podróże, też były nieuciążliwe z racji dostatecznej przestrzeni dla kierowcy i dla pasażerów. Żadne tam kolana pod brodą, co ma znaczenie, jeśli przełożyć, to na wizję składania Młodego na 3 części w innych samochodach. Tu Młody siedział jak Basza, z całym swoim 198 cm dobrodziejstwem inwentarza. Jak upierdliwy w trasie jest marudzący pasażer – każdy kierowca dobrze wie, a Ferdek sprawiał, że ten szczegół podróży mnie zazwyczaj omijał.

Tak więc, kiedy nadszedł czas rozstania, jakoś mi smutno i przykro, i w sumie to spędziliśmy ze sobą 7 ostatnich lat i blisko 150 tyś. km. oraz remont silnika i pomniejsze naprawy. Stłuczkę tu i tam, niewielkie, niegroźne, ale wspólne. Nie daliśmy się niejednej Bejcy, a i audice z nami taktycznie się nie mieściły w starcie na światłach. Trudno jest się nam rozstać. Tym trudniej, że na złomie, dają mi za Ferdka 600 PLNów. No to mało jest. Po 35 groszy za 1 kg. Nie wspomnę, że 1,5 roku temu (czy jakoś tak) 650 to ja za Tico dostałam… ot, życie.

Postanowiłam więc go sprzedać. Nie pierwszy raz. Gdyż pierwszy raz, to sprzedać go miałam,kiedy moja Rodzicielka się w zadku auta innego nim posadziła. Kazała mi go sprzedać, a że trafiło iż chcieli go za darmo, to skończyło się tym, że naprawiłam i jeździłam. Jeździłam i cóż, nie oszukujmy się, solanka go wykończyła. Rdza go zjada tu i tam. Parę innych rzeczy też jest zużytych. Ogólnie, jeśli ktoś jest nieco samodzielny samochodowo, to spokojnie można jeszcze na czas jakiś Ferdka zreanimować… kiedy odpadają koszty robocizny i konieczność użerania się z mechanikami.

Tak więc, postanowiłam Ferdka sprzedać. No i się zaczęło. Ja pierdziu. Faceci są niepoważni. Normalnie, N-I-E-P-O-W-A-Ż-N-I !!! W chwili, kiedy zorientują się, że mają do czynienia ze sprzedającą kobietą to… chcieliby za darmo! ZA DARMO! Już to przerabiałam poprzednim razem. Owszem, talent handlowy u mnie nie jest na poziomie spektakularnym, ale jednak go mam. Tyle, że jak widać, w naszym grajdołku, kobieta ma problem ze sprzedaniem samochodu, bo faceci mają problem z uświadomieniem sobie, że ta kobieta wie o swoim samochodzie dużo, umie odpowiedzieć na większość ich pytań i ogólnie to lubi samochody. Takie postępowanie jest domeną męską. Kobieta ma być uległa i nie znać się na motoryzacji, bo to męska dziedzina dominacji jest. Więc odbieram kolejny telefon i co? I cale życie z debilami! Na 8 telefonów, 2 były rzeczowe i nie stanowiły próby wyłudzenia za darmo, zaraz po tym jak okazało się, kto jest sprzedającym. To cwaniactwo i wywyższanie się po prostu rozpieprza mnie.

Przy jednym telefonie, czekałam tylko na hasło w gatunku i tonie: Baby to do pieluch i do garów, a nie do samochodów. Inny Pan, zawiedziony, że nie dam mu za darmo, rozłączył się bez zająknięcia się kulturą i obyciem. „Dziękuję”, czy inne zwroty uprzejmościowe – w języku niektórych Panów nie istnieją. Buraczarnia normalnie. Buraczarnia.

Tak, jestem idealistką, i tak, zdaje się, że Ferdek jednak trafi na złomowisko, końcem miesiąca, chociaż Młody doszedł do wniosku, że skoro za 600 mam go pchnąć na szrot, to może on sobie sprawdzi ile kosztowałoby go zreanimowanie Ferdka przy pomocy tatusiów kolegów, którzy są mechanikami od tego i owego, a resztę to on sam. Ma dziś się rozglądnąć co do możliwości i kosztów. W sumie, gdyby miał pod czujnym okiem sam coś przy nim domajstrować, i nim jeździć… przynajmniej wiedziałabym, co ten samochód może i nie umierałabym ze strachu co obcy złom może za numer wywinąć… bo nie ukrywajmy, wraz z własnym prawem jazdy w kieszeni Młody zachorował na posiadanie własnego samochodu. Samochód to koszty, więc to też może być mobilizacja do szukania pracy. Owszem, szuka, owszem już mógłby iść, ale jego marzeniem jest ten nieszczęsny kurs na koparkę, na który jest zapisany w UP. Problem w tym, że jakaś „ciemcia”, która ten kurs nadzoruje, ma problem z zebraniem 12 bezrobotnych aby go rozpocząć… doprawdy, 12 facetów szukać od czerwca i nie znaleźć? To dopiero trzeba być zdolną osobą! Lub cholernie być za karę w pracy i całkowicie nie nadawać się do wykonywanej roboty, kiedy w ciągu dnia rozmawia się z 30 albo i więcej osobami poszukującymi pracy… nie, no to trzeba mieć zdolności.

Tak więc, Ferdek nadal stoi pod brama, i nadal nie ma pewnej przyszłości. Chyba nikt na tę chwilę nie wie co go czeka. Ani on, ani ja, ani Młody. Sytuacja ulega dynamicznej zmianie.