Na około obserwuję. Wszyscy mają czegoś dosyć. Czegoś lub wszystkiego. Dziwne stany myśli i dziwne ciągotki. Wszystkim na około doskwiera brak słońca i uśmiechu pewnie też. A ja? Ja mam nadzieję, że tego słońca jeszcze jakiś czas nie będzie. Mnie jest dobrze. Nie żeby nie mogło być lepiej, ale nie jest źle. To już coś. Pewnie do najbliższego PMSa, ale co tu się martwić na zapas. Po co.

Gdyby nie to pitolenie ptasie za oknem, to już po prostu byłoby super i git. Inną sprawą jest, że bardzo chętnie posiedziałabym zupełnie gdzie indziej niż w pracy, ale to już kwestia lenia. Może poniedziałkowego, a może ogólnego, ale leń nie ma wiele wspólnego z dziwnymi nastrojami. Raczej przyczyną jego jest permanentny niedosen wynikający z tych piekielnych, sobotnio – niedzielnych zajęć, które to mają na celu podnieść moje kwalifikacje, a jak na razie tylko wykańczają moje zdrowie fizyczne.

Nie mniej, mam już wizję wypocin niezbędnych do napisania w ramach zaliczenia tego etapu dodatkowej edukacji, tylko że… no NIE CHCE MI SIĘ… właściwie, to gdyby mi się tak chciało jak mi się nie chce, to kurcze… wyprawa na księżyc mogłaby się odbyć choćby jutro…