Mieszkanie w bloku z wielkiej płyty bywa upierdliwe. Pomijając „Matkę Boską Okienną” (w skrócie MBO), z której mężem i samochodem miałam przeboje jakiś czas temu, łącznie z wzywaniem policji i udowadnianiem, że jełop, znaczy mąż MBO, szuka frajera, który mu pomaluje auto, którym to autem sam kogoś, gdzieś na mieście uszkodził. Oczywiście dzień dobry sobie nie mówimy i koncertowo się ignorujemy, gdyż jest on głęboko niepocieszony, że nie chciałam przyjąć na siebie darmowego malowania jego samochodu. Tym bardziej, że niewiele wcześniej taki prezent sprawiłam innemu sąsiadowi. Z owym sąsiadem mówimy sobie dzień dobry i to jak najbardziej. Byłam winna to zapłaciłam, ale za darmochę, bo ktoś chce, to ja prezentów nie robię. Świętym Mikołajem nie jestem, mogłabym w prawdzie być Mikołajową, ale niestety nie znam żadnego Mikołaja. Prezenty więc robię komu chcę i kiedy chcę. Obce chcenia są zupełnie poza obszarem moich zainteresowań.

Do rzeczy. Kolejna sąsiadka, tym razem z mojej dziury wejściowej, ba z mojego pionu, i nie ta co mnie zalała ubikację, ale ta wyżej, początkiem sierpnia, w dni gorące, czekała na mnie ewidentnie. Jak wracałam z pracy ona siedziała i zagadywała. Takie tam, o wszystkim i o niczym, o pogodzie, o żaleniu się na zdrowie i innych takich, aż dnia trzeciego, przeszła do sedna sprawy. Otóż, cały ten wstęp z dni poprzednich, był próbą wybadania moich preferencji religijnych. No bo składki trzeba pozbierać na kościół i może jakieś kwiatki, albo sprzątanie… Sprawę ucięłam krótko, że jak tu pomieszkuję, tak w tym kościele nigdy jeszcze nie byłam i nie czuję potrzeby wykładania na obcy dla mnie kościół. Coś tam jeszcze próbowała się przebić nieśmiało, że przecież tu mieszkam, i że przecież moja poprzedniczka płaciła. Niestety, rozbiła się o mur. Mur tym większy, że zupełnie mnie nie interesuje co robiła, a czego nie robiła poprzednia mieszkanka tego mieszkania.

Kolejnego dnia, pomimo nadal panujących afrykańskich upałów, sąsiadka już nie siedziała na ławeczce kiedy wracała z pracy, ani następnego tygodnia, ani w ogóle od tamtej rozmowy. Ławeczka stoi nieobsadzona osobą mojej sąsiadki w godzinach mojej obecności w domu. Podpadłam znaczy się, Pacz Pani, a taka milutka się wydawałam. Dołączyłam do tych z trzeciego piętra i nowych z czwartego (później ode mnie się wprowadzili, więc to oni zyskali miano nowych, bo zwyczajnie są nowsi).

Tak to, kolejną sąsiadkę mam z głowy. Na kawę nie zapraszam, ciasteczek nie rozdaję, datków na kościół płacić nie chcę. Dzień dobry też mówię wybiórczo…ciężki ze mnie przypadek, zdaje się, że zupełnie nie blokerski.