Dylematy mojej szafy związane były z bardzo mocno określonym wyjściem z domu. Nie była to randka, a przynajmniej nie w tradycyjnym znaczeniu. Miałam randkę z muzyką i to z muzyką, którą bardzo lubię, i która, słuchana bez końca, zupełnie mi się nie przejada, nie przesłuchuje i nie mam jej dosyć. Co więcej, co raz to odkrywam w niej coś nowego, choć już wydaje mi się, że wszystko w niej wyszukałam, a tu masz. Nagle słowa nabierają dla mnie nowej siły, nowego znaczenia, bo pozwalają mi sobie uzmysłowić coś co wcześniej mi umykało. To niesamowite wrażenie, kiedy po raz kolejny słuchasz tej samej piosenki, a nagle, tekst przestaje być zwyczajnym tekstem piosenki, a zaczyna mieć sens. Sens który był tak blisko, tyle razy słyszany, a tak bardzo ulotny, nieuświadomiony.

Takie czary możliwe są tylko w sprzyjających okolicznościach. Takie czary to tylko w magicznym ogrodzie. Takie czary to tylko z Dobrymi Duchami i Angelą (wiem, jestem monotematyczna, ale obiecuję, że w najbliższym czasie to już ostatni raz). Po fatalnej pogodzie i prawie nieodbytym koncercie w ramach Karpackich Klimatów, przemoczonym człowieku do ostatniej nitki i poważnym, muzycznym niedosycie. Przecież tyle dobrych dźwięków miało być, a tu deszcz? No jak to to tak? Trudno było mi się pogodzić z tym, że zostałam z niczym, kiedy miałam chrapkę na tak wiele. Przypadkiem zaś znalazłam informację, że Angela jeszcze będzie mieć jeden koncert, choć znacznie bardziej kameralny, przed końcem lata i dłuższą przerwą. Przypadkiem wielkim, gdyż informacja była o tym na FB, a ja, jak wiadomo, FB nie posiadam. Napisałam, zapytałam, czy jeszcze jedna osoba się tam gdzieś wpisze? Udało się.

Wyobraźcie sobie więc letni, wilgotny i może nieco chłodny wieczór, przesycony zapachem drzew, wilgotnej trawy, palonego ogniska. Wsłuchajcie się w szepty osób, w szum żyjącego ogrodu, w cykające świerszcze i w strojone instrumenty. Zapatrzcie się w ogniki świec i gwiazdy powoli pojawiające się na niebie.

Powyższe zdjęcia pochodzą z profilu FB o adresie https://www.facebook.com/AngelaGaberTrio/

oraz poniżej wypstrykanki z mojego Henia (Henio to jednak przede wszystkim telefon, a nie aparat)

No i jeszcze dodam, że tego się nie da opisać, i że ja tam byłam, miód i wino piłam (na co jest dowód (w sensie że szarlotka była pyszna, a gorąca kawa mieszała zapachy i przypominała człowiekowi, że to nie sen, że jednak jest na ziemi tu i teraz)).