Obecna pogoda mnie wykańcza. Zafundowała mi lekkie przeziębienie. Doprawdy, po ostatnich dwu sesjach z antybiotykami, moja odporność leży i kwiczy albo całkiem zwiała gdzieś. Nie wiem gdzie, w każdym bądź razie – daleko. Nie o pogodzie jednak będzie.

Obiecałam jednej znajomej, że kupie jej coś i wyślę. Żeby zakupów dokonać musiałam potupać do miasta. Potupałam sobie wolnym kroczkiem, zaklinając rzeczywistość w kwestii pogodowej, co wiązało się z brakiem parasolki. Niepewnie co i raz spoglądałam w niebo, i kiedy już, już dochodziłam do celu, zaczęło kropić. Blisko już było, więc zaoszczędziłam sobie zmoknięcia. Co kupić miałam, to i kupiłam. Droga do domu za to pełna pokus była, gdyż chmury zapędziły mnie do galerii handlowej. Oj. Na szczęście sezon wyprzedażowy już przemija i jesienna kolekcja wkracza, ale, rzutem na taśmę, jeszcze nabyłam cieniutki sweterek typu narzutka w kolorze miętowym. Z pozostałych ciekawych drobiazgów nie było już rozmiaru… same S pozostawały… czyli nie jest tak ze mną źle… a jak widać, chudzielców nie jest znowu w okolicy aż tak wiele, skoro to jedyny rozmiar jaki uchował się na końcówkę wyprzedaży.

Korzystając z mało przyjaznej aury, jaka rozciągała się za drzwiami galerii, wstąpiłam jeszcze do księgarni. Oj. To nie było dobre posunięcie. Ogólnie to ja księgarnie stacjonarne omijam szerokim łukiem. Stołuję się głównie w antykwariatach lub w jednym książkowym dyskoncie internetowym. Przypomniałam sobie bardzo mocno dlaczego tak jest. Ferwor kolorów, grubych okładek, ciężkiego papieru, często kredowego albo innego wysokogatunkowego jest porażający. Porażające, dla mojego portfela, są też ceny. Zdecydowanie też, gdy większość książek się otwiera to królują w nich obrazki, rysunki, zdjęcia, a treść… treść jest w odwrocie. Może jestem zwichrowana, ale tęsknię do książek zawierających treść. Szary papier mi nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też niepozorna okładka, oraz mizerna waga książki. Nie przeszkadza mi, jednym zdaniem, PRLowskie pochodzenie książki. Nie mogę się jakoś przekonać do tych nowomodnych, grubych, ciężkich i kolorowych z małą ilością treści (dodam, że szukałam książki może nie popularno-naukowej, bo te to obecnie już tylko chyba w księgarenkach uczelnianych lub na internetach, ale jednak czegoś więcej niż typowego poradnika).

Uciekłam pomiędzy kolejne pułki. Z cichą nadzieję, wyszukałam dział fantasy, niestety i tu przerażenie mnie dopadło. Wszędzie grube okładki, błyszczący papier, na diabła pana co kilka kartek powpychane rysunki rodem gdzieś z mangi albo imitujące komiksy. Jestem rozczarowana. Bardzo. Przytłoczona też jestem. Przytłoczona kolorami i grubością oraz ciężarem papieru. Przerażona jednakowością okładek. Wszystkie na jedną modłę skrojone. Spokojnie, po okładce poznasz gatunek, ale na pewno nie dowiesz się niczego o książce. Żaden bohater nie przebije się na plan pierwszy żeby się z Tobą przywitać, żadne miejsce nie zachęci aby je bliżej poznać. Od czapy uśmiechnięte twarze dziewczyn… czasem nawet jedna do drugiej podobna jak by tą samą osobą były tylko w innym ujęciu… a może i są to zdjęcia tej samej osoby wykupione przez różne wydawnictwa, do różnych tytułów, albo … no nie wiem – wiem, że są bazy zdjęć, więc pewnie to z takiego miejsca.  Napisy, tytuły, autorzy – każdy gatunek też ma swoją czcionkę, albo ich zestaw. Też bez odniesienia do treści. W horrorze tytuł obowiązkowo musi krwią ociekać… inaczej się nie da. Nawet jeśli w treści nawet jednej kropli krwi nie ma.

Uciekłam, uciekłam szybko, kiedy przemiła skądinąd, Pani pracująca w tej księgarni, zaproponowała około 10 letniej dziewczynce książkę, której bohaterka jest w podobnym do niej wieku, ma dwóch braci, którzy przekręcają jej imię, a ona tego bardzo nie lubi i w związku z tym robi braciom różne złośliwości…  poległam (czytany głośno fragment, wyrwany z kontekstu w prawdzie, ale jednak, powalił mnie na kolana, a później na glebę). Słysząc o takiej książeczce, oczywiście kolorowej i pełnej rysunków, zaczęłam się cieszyć, że w tym wieku Młody nie miał jednak wielkiego pociągu do literatury. Gdyż zdaje się, że treść książek dla dzieci, a przynajmniej dla dziewczynek, jest daleka od tego jakie wartości chciałabym przekazać własnemu dziecku. Ja rozumiem, że trzeba umieć się bronić, ale złośliwością? Podstępem? Manipulacją? Tego uczyć 10 letnie dziewczynki? Może później się nie powinno dziwić, że mamy krnąbrne, naburmuszone, przekonane o swoim idealizmie, a z drugiej strony głęboko zakompleksione, pokolenie młodych ludzi. Może jednak warto aby osoby piszące dla dzieci trzy razy się zastanowiły o czym i jak piszą. To na prawdę jest duża odpowiedzialność, a nie tylko biznes… Jak dla mnie, ta książeczka była przepisem na znęcanie się nad ludźmi – przepisem napisanym nieco infantylnym językiem, ale jednak, przepisem podanym dziecku na tacy… a skoro bohaterka może tak postępować, to… czemu ja nie? Drobny szczegół, który zdaje się umyka dorosłym, dzieci mają inny system postrzegania rzeczywistości, bardziej dosłowny, nie operują na abstrakcji. Jeśli coś zostało napisane, to zostało napisane i tak jest. Dla dzieci, ta fikcja literacka, jest rzeczywistością. Świadomość, że książka jest czyjąś fantazją, zmyśleniem, niczym realnym przychodzi później, a obecnie mam wrażenie, że coraz później i kiepsko jest się w tym połapać nawet nastolatkom, które, przynajmniej teoretycznie, fikcję i abstrakcję powinny mieć już zupełnie opanowaną. Strach się bać co będzie dalej.