Niestety pogoda pokrzyżowała wszelkie sobotnie plany popołudniowo – wieczorne. Zamiast koncertu Angeli, był tylko jeden jego fragmencik. „Ludzie deszczu” wpisali się wyjątkowo dobrze w aurę. Wolałabym aby stali w sprzeczności z aurą. Wadada nie miała okazji nawet na chwile si zaprezentować. Tutaj wielki żal do organizatorów, którzy nie pomyśleli nawet przez jedną chwilę, że aura może się zmienić tak nagle i tak diametralnie. Diametralnie, gdyż z upalnego (ponad 30 stopni), słonecznego przedpołudnia, zrobiło się bardzo zimne i pochmurne popołudnie, aż w końcu luną deszcz, a temperaturę otoczenia ratowały (wciągały na poziom około 14 stopni) nagrzane wcześniejszym upałem mury i bruk. Rynek miasta okalają podcienia… wystarczyło tylko przenieść lub zabezpieczyć dodatkowe nagłośnienie (słabsze) właśnie na podcieniach, gdzie było sucho. Zwłaszcza, że akustykę podcienia mają ciekawą, a Angela ma całkiem mocny głos o bębnach Wadady nie będę nawet wspominać, bo tym dodatkowe głośniki nie są zupełnie potrzebne. Dodatkowo, w okolicy, jest kilka miejsc, które można było na taką awaryjną sytuacje zabezpieczyć i przygotować. Mam nadzieję, że okazje jeszcze jakieś się trafią, choć zapewne niezbyt szybko, gdyż Angela niedługo będzie miała nieco więcej obowiązków zupełnie niemuzycznych. Tym nie mniej, za te kilka utworów wielkie dziękuje Angeli się należy. Dla miejski rajców za to wielkie gwizdy dezaprobaty.

Rekompensata wieczoru to jedna rozmowa, wyjaśniająca stare zaszłości oraz poznanie przeuroczej Ag. Deszcz jednak daje nowe możliwości na komunikację międzyludzką. Straty: zupełnie przemoczona pomimo parasola i kurtki przeciwdeszczowej. Po wejściu do domu, z butów wodę wylewałam do umywalki, a skarpetki wykręcane były. Nieco więcej oporu stawiały przemoczone i przylepione do ciała dżinsy. Zaś sen, jak to sen, nie chciał przyjść, gdyż stopy miałam tak przemarznięte jak już dawno nie. Nawet minionej zimy tak zimnych stóp nie miałam. Sierpień mamy więc, gdzie to lata i dlaczego akurat tego wieczoru mi je ktoś zakosił?!