Przymusowe wakacje, choć nie planowane wcześniej, to chyba pierwsze od trzech lat. Normalnie się ogarnąć nadal nie mogę. Niby w domu, a jednak dopiero dziś mój człowiek zatrybił, że nie idziemy do pracy i spokojnie możemy pospać, do której nam się podoba. Może nie do końca aż tak, ale do takiej dziewiątej to spokojnie możnaby było, ale nie, nic z tych rzeczy. Nie mniej i tak kwadrans po ósmej, to całkiem niezły wynik, zwłaszcza po tym jak ubiegły tydzień i miniony weekend budziłam się około 5 z minutami. Niestety, w poniedziałek koniec dobrego i czas wrócić do codzienności. Lekko nie będzie. Powroty po kilku dniach nieobecności nigdy nie są fajne i zawsze objawiają się nawałem roboty do nadrobienia.

Tymczasem zwyczajnie nawet nie włączam Tośka. Sama nie wiem, czy to z lenistwa, czy to z braku cierpliwości, czy to zwyczajnie z braku wewnętrznej potrzeby do bycia on-line.

Cóż, z innej strony, jeszcze kilka takich dni, a nabawiłabym się odleżyn. No bo co można robić kiedy na zmianę leje i wieje? Nadrobiłam zaległości czytelnicze, o czym na dniach czas skrobnąć najwyższy, gdyż w ferworze zajęć wszelkich, powąchałam tylko dwie nowe okładki i z frustracją odłożyłam na półkę, aż do bieżącego tygodnia. Odrobiłam kilka kg, których z mozołem pozbywałam się przez większą część wiosny.

Jedno czego się nie nabawiłam w ostatnich dniach, to opalenizna. Pozostaje mi albo balsam z samoopalaczem, abo solarium, bo ta lampka na niebie schowała się za chmurami i nie ma większej ochoty na wychodne i dogrzanie mojego, i nie tylko mojego, człowieka. Tak, jasne, w ubiegłym tygodniu był czad komando i tylko jeden mały problem, w postaci braku możliwości siedzenia na słońcu. O leżakowaniu na słońcu to nawet nie było co marzyć, stanie zaś pominę, gdyż w staniu na słońcu frajdy nie ma żadnej, a już tym bardziej jej nie ma, gdy w około same nagrzane do czerwoności mury.

Nastawiłam dziś na małosolne. Pierwsze w tym roku. Już się doczekać nie mogę. No i jeszcze sezon ba bób został rozpoczęty… i tak… pamiętam o tym, że miałam pilnować lekkostrawnego jedzenia i się go trzymać, ale… pomyślę o tym później… lub jak mawiała Scarlett… pomyślę o tym jutro… czyli zwyczajnie kiedyś, jak złapię natchnienie, a teraz sobie po prostu rapacholin na deser aplikuję i jest git. Znaczy byłby, gdyby  to słońce było, bo tak to, to nawet w chaszcze nie ma kiedy iść z Perełką, bo leje, a Perełka deszczu nie lubi, więc siedzimy niepocieszeni w domu i czekamy weekendu bez wody lejącej się z nieba.