Po jednym krótkim telefonie w dnu wczorajszym, mój długi weekend rozpoczyna się już dziś. Ponieważ będzie trwał do poniedziałku, włącznie z poniedziałkiem, to niniejszym będę przez 6 dni ciągiem poza pracą. Ostatnia taka rozpusta miała miejsce ze 3 lata temu (w maju na wolnym byłam 5 dni).

Tak więc, siedzę i piję kawę, maluję pazurki na wściekły różowy kolor i zaraz wskakuję w bloki startowe i ruszam. Dziś niespodziewanie szybki, krótki i mam nadzieję, w końcu sensowny, wypad do Krakowa. Niestety nie będę mieć czasu pomachać Adasiowi. Wrócę w środku nocy, a jutro będę odsypiać.

Jutro wieczorem  kino, a pojutrze – się okażę, co pogoda sobą zaoferuje.