Taki ten tydzień dziwny.  Mało w nim równowagi. Trochę rzeczy do góry windą jedzie, a zaraz, niespodziewanie, coś pikuje w dół. Staram się jakoś na spokojnie ogarnąć temat i pilnuję, żeby mi się emocje nie próbowały zsynchronizować z górską kolejką zdarzeń. Bynajmniej do łatwych zadań to nie należy, więc powoli szczęka zaczyna mi chodzić, a jakieś złośliwe chochliki rozważają, czy już iść w pogo, czy jeszcze chwilę sobie darować. Na dokładkę, dzisiejsze spanie przy otwartym oknie, skończyło się bólem w lewej łopatce.

Dotarł do mnie też narożnik, ale… normalnie to muszę sobie do nich zadzwonić, gdyż poduchy są nie takiej jak chciałam, i nie takie jak zamawiałam. Niech to poprawią, bo się da. Myślałam, że jakoś przejdę nad tematem do porządku dziennego, ale jednak nie. Co popatrzę na te poduchy to mnie wkurzają, bo nie są takie jak miały być i zaburzają moją wizję. Do tego, na spokojnie, muszę jeszcze jedną rzecz obejrzeć, gdyż zdaje mi się, że jedna rzecz jest krzywa! No i w ten deseń wszystko w tym tygodniu przebiega właśnie. Niby wszystko jest dobrze i pięknie, a w szczegółach już lipton totalny.

Narożnik normalnie na styk… miał być szeroki na max 210 cm… jest na 213 cm. Jak widać, w Wersalu, każdy centymetr robi różnicę, a niekiedy nawet sporą różnicę. Niestety większość majstrów wszelkich tego niuansu nie ogarnia, a już wychodzą z założenia, że po prostu „baba se pewnie zmierzyć nie potrafi”….

Fotka dla Margareski – chodzi o szafkę, która zmieści się pod lustrem, na tym kawałku ściany. Jak widać jest to mikry kawałek ściany i ta jego mikrość właśnie stwarza niejakie problemy. Problemy dotyczą gabarytów jakie da się upchnąć na tej przestrzeni. Obecnie stoi tam sobie koszyk na kółkach, który doskonale sobą obrazuje konieczność półeczek, a jeszcze lepiej szuflad. ;)

O pozaplanowym malowaniu ubikacji będzie innym razem, gdyż mieszkanie w bloku dostarcza różnych atrakcji, a te i w tym tygodniu postanowiły mnie odwiedzić. Dla równowagi pozwoliłam sobie wpierniczyć całą tabliczkę czekolady i paczkę orzeszków… coś w końcu od życia mi się należy.