demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z okresu: 6.2017

deficyt czasu

8

W ubiegłym tygodniu czasoprzestrzeń robiła jakieś dziwne eksperymenty, to dodając, to gubiąc mi dzień. To samo było również z mniejszymi jednostkami czasoprzestrzeni. Doprowadziło to tylko do niejakiego braku ogarnięcia i rozgarnięcia, w tym co, kiedy i jak robię. Po prostu zapanował jeden wielki chaos. Zdaje się, że dla odmiany, będę mieć sporo czasu na odreagowanie tego chaosu w bieżącym tygodniu, jednak, cóż, poza internetami. Może nawet nie tyle całkiem i zupełnie poza, co w mocno okrojonym zakresie i tylko z Heńka, co wygodne nie jest, a przy okazji jest niestety całkiem kosztowne. Niestety nie udało mi się jeszcze dotrzeć do mojego operatora celem przywołania go do porządku w zakresie pakietu internetowego do telefonu…

Nie mniej, nie o tym chciałam. Chciałam tylko napisać, że przez kilka dni, będąc poza siecią, nazbiera się mi pewnie sporo zaległości czytelniczych, acz wrócę. Czy się to komuś podoba, czy nie – to wrócę. Za kilka dni.

Wiecie co – liczę na to, że te upały afrykańskie zapowiadane na drugą połowę tygodnia, jednak do nas nie dotrą, bo takie 39 Celsjusza, kiedy człowiek siedzi w 4 ścianach jest lekką przesadą, a jeszcze większą, kiedy wiesz, że pomieszczenia nie są klimatyzowane, a kiedy dorzucisz do tego wysoką wilgotność, skoro w komplecie planowane są burze, to… nie, no, tropiki i strefa równikowa, to może inną „razą”, kiedy nie będę miała przymusu siedzenia w 4 ścianach.

podniesione ciśnienie

4

Nic mi tak szybko i skutecznie nie podnosi ciśnienia, które z natury mam niskie i niemrawe mocno, jak pogawędki z płcią przeciwną. W jednej chwili ledwie się we mnie życie kolebie, czuję się jak mucha w smole, która prawie dogorywa, a ledwie chwila dwie później, raptem jeden telefon i dwa zdania później, moje serce chce mi wyskoczyć uszami i krew we mnie prawie wrze.

Podziwiam od lat, jak wrażliwą częścią mężczyzny jest jego ego. Nie muszę mieć jednego określonego obiektu. Właściwie, na którego by nie popatrzeć, to wszędzie ten sam efekt. Cacy jest, do czasu, do kiedy nie uzna, że sprawy idą w kierunku zgoła odmiennym niż ten, który był przez Mężczyznę przewidziany. Oj, zaczyna się wówczas klęska ciszy, albo, foch gigant, albo: „Co Ty sobie do cholery myślisz kobieto!!!!!” (Często jest to dosłowny cytat z Mężczyzny, czasem jednak bywa, że słowa choć inne, to znaczenie niosą dokładne właśnie zacytowane). Często objawy te występują w różnej konfiguracji, acz w jednym pakiecie. Często również po „Co Ty sobie …” następuje nieprzerwane tokowanie. Przebić się przez tę lawinę słów nie jest łatwo. Człowiek czuje się w tedy niemal jak himalaista zasypywany przez lawinę. łapie powietrze, z nadzieją na przebicie się przez ten rwący potok słów, ale nadziej, jak wiadomo, bywa płonna. Kiedy w końcu uda się przebić z jednym zdaniem, warto pamiętać aby było ono krótkie i niosło jeden, precyzyjny komunikat. Takie streszczenie problemu. Następnie, dobrze jest, powtórzyć ten znaczeniowy „wytrych” kiedy tylko jest to możliwe. Grunt to nie wpaść na pomysł kontr-tokowania, bo ani to nie rozwiąże problemu męskiej dumy, ani nie przerwie lawiny, a na pewno zagwarantuje focha „for ever” czyli ocean ciszy na wiele dni.

Używając wytrycha, można otworzyć tę bombę i powoli, z saperską dokładnością i sapersko-stoickim spokojem, argument, po argumencie, rozbroić zegar bomby urażonej męskiej dumy i urażonego męskiego ego.  Uf. Ostrożnie należy się po rozbrojeniu tej bomby, wycofać na z góry upatrzone pozycje, inaczej, można niechcący na nowo uzbroić ładunek, a to już jest zupełnie mało zabawne, gdyż może prowadzić do focha nr 2 lub nr 3, czyli „for ever, ever, ever”… a to już nie są przelewki, i zdarzają się znajomości, które tego nie wytrzymują.

Uf.

Tym razem bombę uzbroiła Matka Rodzicielka (która nie powiedziała wczoraj, że pewne terminy się pozmieniały i weszły na tor kolizyjny) oraz miniony, ubiegłotygodniowy wypad do grodu Kraka (który właśnie wywołał terminarzowy tor kolizyjny), na moje szczęście ta bomba była możliwa do zdalnego rozbrojenia, dodatkowo, odległość daje niezaprzeczalną przewagę strategiczną, gdyż łatwiej jest się wycofać, po rozbrojeniu bomby, na „z góry upatrzone pozycje” szybko i sprawnie eliminując możliwość ponownego uzbrojenia bomby.

poniedziałek we wtorek

2

Rozpoczynanie tygodnia we wtorek ma swoje dobre strony, zwłaszcza, gdy jest to tydzień, który dla większości trwać będzie 6 dni pracujących. Mój będzie trwał pięć. Czyli normalnie. Oczywiście, że wolałabym mieć wolną sobotę, ale wyszło, jak wyszło.

Te kilka wolnych dni minęło tak szybko, że nawet nie wiem kiedy i tak sobie myślę, że jednak przydał by mi się dłuższy urlop. Oj przydałby mi się jak nic. No zobaczymy, może akurat, że mi się zbierze na siedzenie na urlopie, zwłaszcza, że mam go jakby co-nie-co w zapasie z ubiegłego roku, nie wspominając o tym bieżącym, który sobie zapewne pozostawię na rok przyszły.

Niestety kolejne plany wyjazdowo-urlopowe rozbijają się albo o nieodpowiednie terminy, albo o bajońskie ceny, albo o brak wolnych miejsc lub ostatecznie o brak wystarczającej ilości chętnych do wypoczynku zorganizowanego. W takich chwilach jak ta bardzo doskwiera mi brak mobilności. Owszem, można by pociągiem lub innym publicznym środkiem komunikacji, można by zarezerwować zdalnie jakieś noclegi, ale wolność wynikająca z braku konieczności spoglądania na zegarek, gdy przemieszczasz się własnym środkiem transportu – jest trudna do przecenienia. Ot: siadasz i jedziesz gdzie chcesz. Byleby tylko pamiętać, że jednak, niestety, przychodzi ten dzień, kiedy trzeba wrócić z urlopu. Każdego – nawet tego długiego.

Tymczasem, razem z A. przeglądamy różne informacje szukając jakiegoś miejsca, w które mogłybyśmy się wybrać, nie mordując sobie budżetu, gdzie byłyby jeszcze wolne miejsca, oraz gdzie to wszystko, przynajmniej trochę, współgrałoby z naszymi zainteresowaniami. Tu ograniczeniem bywam niestetyż ja, jednak to A. ma większe zdolności manualne w paluszkach i ładniej ryzuje (pomnę, że ja nie rysuję, ani nie malują zupełnie). Do tego, to ja nie miałabym nic przeciwko temu aby jakiś jeden dzień leżeć cały w jakiś przyjemnych okolicznościach przyrody (czytaj: słońce, woda, plaża albo dużo zielonej trawy). Znaczy się, mogłabym dłużej, nawet dwa lub trzy dni, ale u A. jeden dzień to wszystko co jest w stanie wytrzymać w bezczynności. Więc nie grymaszę, bo przecież, kompromis się przydaje.

A co do minionego weekenedu, to wiele nie ma o czym pisać, gdyż  poza sprzątaniem na Włościach, wiele nie zrobiłam. Nawet w trawie nie poleżałam, bo kiedy ja na to akurat miałam i czas i chęć, to pogoda mało sprzyjająca była po temu. Znaczy nikt mi nie bronił, przecież mogłam wziąć się śpiworem okutać (Młody ma taki do -10) i sobie jak ten kokon w trawie poleżeć. Mogłam też szałas sobie zrobić, żeby przy okazji leżenia kokoniego woda z nieba na nos mi nie kapała. Tak więc możliwości miałam wiele, ale chęci do tej postaci krowienia raczej żadnych. W grodzie Kraka też rewelacji nie było, bo pomijając, że szybko, krótko i w określonej sprawie, to szybki szoping też mało owocny (tylko jedna bluzia z wyprzedaży w jednej z sieciówek), a liczyłam na jakieś sandały, gdyż tu czuję pewne braki i silne niedobory. Na pocieszenie kupiłam sobie za 20 PLNów ciżemki w owadzie…

Jedyna udana sprawa to wyjście do kina na „Zwyczajną dziewczynę”. Jeśli jeszcze nie widzieliście to warto poświęcić czas na ten film. Mnie się podobał. Co więcej, bardziej wrażliwe serduszka z tendencją do mokrych oczu, jak najbardziej będą mieć możliwość przeczyszczenia kanalików łzowych. Tak więc chusteczki jak najbardziej wskazane są do trzymania pod ręką, gdzieś blisko.

No i tak właśnie wyszło, że mam dziś poniedziałek, chociaż przecież, tak na prawdę, jest wtorek…

Po jednym krótkim telefonie w dnu wczorajszym, mój długi weekend rozpoczyna się już dziś. Ponieważ będzie trwał do poniedziałku, włącznie z poniedziałkiem, to niniejszym będę przez 6 dni ciągiem poza pracą. Ostatnia taka rozpusta miała miejsce ze 3 lata temu (w maju na wolnym byłam 5 dni).

Tak więc, siedzę i piję kawę, maluję pazurki na wściekły różowy kolor i zaraz wskakuję w bloki startowe i ruszam. Dziś niespodziewanie szybki, krótki i mam nadzieję, w końcu sensowny, wypad do Krakowa. Niestety nie będę mieć czasu pomachać Adasiowi. Wrócę w środku nocy, a jutro będę odsypiać.

Jutro wieczorem  kino, a pojutrze – się okażę, co pogoda sobą zaoferuje.

co za dzień niedobudzony

4

Niby wstałam, niby się ruszam, niby oczy mam otwarte, ale to wszystko jest takie „niby”. Mój mózg postanowił dziś się nie obudzić. Został przytulony do poduszki, mając daleko gdzieś potrzeby i obowiązki mojego człowieka. Walka jest więc ciężka i trudna, gdyż zwyczajnie co staram się skoncentrować na czymś wymiernym, to przed oczyma roztacza się widok kocyka i podusi, i nie żebym poszła szczególnie późno spać, czy żeby budzik szczególnie wcześnie dziś dzwonił. Nic z tych rzeczy. Zwyczajnie, oczy mnie się dzisiaj same zamykają i tyle. Walczę i nie daję się, acz obawiam się też, że popołudnie będzie jednak wymiernie trudne. Trudne w zakresie samoobrony przed kocykiem i podusią, choć z drugiej strony – co mi szkodzi? W końcu mamy wyjątkowo długi weekend przed sobą, do którego trzeba się wyjątkowo dobrze nastawić. Pytanie tylko, czy pogoda sprosta zadaniu, bo mam chytry plan poleżakowania w jakiejś trawie razem z Perełką i oczywiście moimi zabawkami do perełki… potrzeba mi przecież czegoś na ścianę więc muszę zapolować.

Tak więc oddalę się do nierównej walki wykonywania obowiązków pomiędzy kolejnymi ziewnięciami i próbami dodzwonienia się do medyka celem wizyty (bo się mnie recepta jedna zagubiła, i jak ją znalazłam, to okazało się, że jest letko po terminie, a przydałoby mi się ja wykupić, gdyż bez niej to 50, a z nią to 15 PLNów, a ja zbieram na jakieś WYGODNE nowe buty letnie… bo tych mało wygodnych mam sporo… ).

Poproszę jeszcze tylko aby ktoś z tą klima na zewnętrznym przestał przesadzać, bo proszę, ja wiem, że sandały u mnie wyszły, ale jeszcze jakieś się trafią, a jak teraz zachodzę adidasowate obuwie, to w czym będę śmigała jesienią?

Zwyczajnie jestem z tego powodu zadowolona i staram się nie myśleć, że ten następny, tak w zamian, ma tych dni 6 do przepracowania. Choć akurat mój będzie miał 5, tyle, że zamiast wolnej soboty, to poniedziałek przedłuży mi nadchodzący długi weekend. Chociaż, kto wie, co będzie. W końcu następna sobota to jednak Sobótki… więc może by tak coś konstruktywnie ze swoim tłustym zadkiem zrobić, a nie kisić się na sofie i patrzeć w sufit.

Nie o tym jednak chciałam. Znaczy się, nie o kiszeniu się na sofie, ani też o zaletach, choć bezspornych, bieżącego tygodnia. Chciałam o innych inszościach słów kilka popełnić. Problem tylko, że i tak źle, i tak nie dobrze.

No więc mój ogólny stosunek do nadużywania alkoholu jest jednoznaczny, mocno krytyczny i bezdyskusyjny. Nie ma takich argumentów, które zmieniłyby moje przekonania w tym temacie. Jednak, ostatnimi czasy, życie tak mnie manewruje, że zwyczajnie, mam ochotę stanąć z nim na przeciw i powiedzieć mu prosto w gały, żeby mi wprost powiedziało o co chodzi, a nie jakieś takie niejednoznaczne sytuacje. Niestety, jest to nieco jakby trudne, bo gdzie życie ma swoje gały, patrzały, czy inne części twarzy? Nie wiem. Jak się dowiem, to zapytam. Tymczasem bawię się w życiową ciuciubabkę ze swoimi przekonaniami, poglądami i innymi myślami. Na mojej drodze stają różni ludzie. No i dobrze. Problem w tym, że ostatnio bardzo wiele osób ma właśnie ten określony problem. Lepiej jednak brzmiałoby pewnie, że mieli ten problem, ale podobno jak się go już raz nabędzie, to ma się go do końca życia. Więc, są to osoby z tym problemem. Więc tak sobie siedzę, patrzę w niebo, macham bucikiem w kolorowe kwiatki i myślę, że życie – czego Ty ode mnie chcesz? Co chcesz mi powiedzieć? Mam się wziąć za bary ze sobą samą, z tą częścią przeszłości, którą zamknęłam na kłódkę w jakiejś szopie i wywaliłam kluczyk do kłódki sama nie wiem gdzie.

Mam ochotę krzyczeć: To nie ja piję, To nie ja mam z tym problem! W odpowiedzi słyszę sarkastyczne „Doprawdy?”. To, że nie piję, to jeszcze nie znaczy, że alkohol nie jest moim problemem. Jest, wypacza nadal wiele rzeczy w moim życiu. Jest granicą, za którą jest przepaść. Nie ma znaczenia, że to nie ja piję. Ktoś inny pił. Całe moje życie zostało tym naznaczone. To znam, więc może przyciągam takie osoby. Więc może, zamiast odwracać się, odgradzać grubym murem, jednak warto wykorzystać i te znajomości. Egoistycznie, podać do kogoś rękę, żeby samej nauczyć się przechodzić po wąskiej ścieżce nad przepaścią izolacji? Siedzę i myślę, co ja mam zrobić? Skreślić człowieka tylko dlatego, że miał odwagę zacząć walczyć sam o siebie, z własnej woli, nie z nakazu, nie z szantażu, tylko sam z sienie? Skreślić kogoś, tylko dlatego, że każdy dzień, nadal jest wyzwaniem i budowaniem rzeczywistości na nowo? Uciec, tylko dlatego, że nie umiem określić, powodów, dla jakich miałabym kontynuować znajomość? Uciec, bo to łatwiejsze niż po prostu być.

No i tak sobie myślę, że skoro takie rozterki mam gdy chodzi o zwykłe znajomości, to co by było gdyby chodziło o coś więcej? Czy wówczas miałabym siłę, czy uciekłabym jeszcze szybciej? Bo wiem jak to smakuje, jak wygląda od środka. No i co ja tak na prawdę wiem? Gówno wiem? Wszystko co wiedziałam, chyba czas przewrócić do góry nogami, postawić na głowie i jeszcze raz popatrzeć na życie, w którym są różne osoby, z różnymi problemami, a którym czasem pomaga to, że się po prostu jest, że się czasem odbierze telefon, że się pogada o wszystkim i o niczym. Kredyt zaufania to olbrzymie wyzwanie, z drugiej strony, może być ogromnym darem i siłą dla drugiej osoby. Poza tym, może warto docenić to, że ktoś umiał się przyznać, najpierw przed samym sobą, a teraz i przed znajomymi, że ten problem jest, że on go ma. Tym bardziej może warto, skoro wielu bierze nogi za pas, ucieka do swojego życia i zamyka się, bo… bo najczęściej nie wiadomo jak się zachować, o czym mówić, co robić… a recepta jest jedna… żyć normalnie i pozwolić drugiemu też żyć, nie rozdmuchiwać sztucznie problemu, ale też nie zamiatać go pod dywan. Równowaga, magiczne słowo, prosta teoria, trudna praktyka.


  • RSS