demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy z okresu: 5.2017

Niby nic wielkiego. Raptem kilka stron wydruku do poprawki. Żadnego wymyślania, żadnego kombinowania. Szlifowanie. Tu przenieść, tam wyrzucić, tu dwa zdania dopracować. Bułka z masłem. Pół godziny, no może godzina roboty. Godzinę to już siedzę i się w to patrzę jak sroka w kość. Siedzę, patrzę i wymyślam sobie zajęcia zastępcze. Ma to też swoje dobre strony, gdyż milion drobiazgów wymagających uporządkowania, nagle trafia na swoje miejsce. Czyli dzieje się coś, na co brakowało czasu zazwyczaj i nie było pilne. Nadal też pilne nie jest, ale za to jest mniej upierdliwe i wymaga mniej inwencji niż te kilka stron z poprawkami do naniesienia.

Gdybym miała czarodziejską różdżkę to machnęłaby nią w jakiejś magicznej konfiguracji powietrznych esów floresów i sprawa byłaby załatwiona, a tak, to siedzę i patrzam, patrzam i siedzę, a poprawki w żaden sposób się nie chcą same zrobić. Żadne zaklęcia biurowe, ani żadne wizualizacje i inne cuda i dziwy tego stanu nie chcą zmienić. Normalnie to leżą te kartki i leżą i łypią na mnie czerwonymi literkami w miejscach do korekty i poprawek, i łypią. Chyba jej w końcu obrobię, bo coś mi się cierpliwość do tego ich łypania kończy, a i rzeczy mniejsze, zastępcze też jakoś się znacząco uszczupliły i możliwy jest ich brak lada chwila, i nie zostanie mi już nic innego do zrobienia, po za tymi kilkoma stronami, do których za grosz nie mam zacięcia.

UPDATE 14.20

Jak ja to czułam całą sobą, że to ani szybko, ani łatwo nie pójdzie… chciej człowiecze zmienić jedno zdanie i wpadnij na pomysł żeby p[oczytać jak się to ma do zapisu wypocin warszawki… pacza człowiek, a tu zmiana na koniec 2016 i pół roboty apiat – od nowa, bo co było to do kosza…

niedosen

2

Senność dzisiaj mam okropną. Senność z winy operatorów komórkowych. Nie, żaden amant nocami do mnie nie pisze, ani nie dzwoni. Ludzie kontaktują się ze mną w rozsądnych porach, tylko operatorzy telefoniczni w nierozsądnych porach dostarczają takie wiadomości MMS chociażby. Koleżanka moja A. wysłała mi w okolicach 19 godziny, z psem spacerując, fotkę sarenki, ale operator dostarczył ją… tratatadam (werble i inne takie): 5,5 godziny później, kiedy ja spokojnie sobie spałam, ale żeby było ciekawiej, to tę samą fotkę koleżanka moja wysłała po 19 drugi raz (rozmawiałyśmy i mówię jej, że nic nie dostała, więc ją dawaj – raz jeszcze wysłała), i ta druga fotka dotarła do mnie o godzinie 3 nad ranem. Zaiste co człowiek zasnął, to go wybudzali, a starczyłoby, żeby ten „gołąb” pocztowy na bieżąco wiadomości przekazywał, a nie zaliczał 5,5 w porywach do 7 godzin obsuwy.

Inną sprawą wpływającą na jakość snu minionej nocy jest ilość pogryzień przez owady wszelkie żrące. Już w sobotę na ogrodzie przypuściły atak zmasowany. Takich gigantycznych komarów to ja w życiu jeszcze nie widziałam. Mutanty komary normalnie. Muchy jakieś takie dziwne też, i też nie małe, i też gryzące, to już jakaś nowinka przyrodnicza owadzia. Wczoraj zaś zdecydowanie, kolejna armia owadzia, przeżyłam kolejny atak na swoją osobę. Wszystko co było w trawie, chciało sobie ze mnie posiłek zrobić. Jak widać jednak nie dałam się. Za wielka jestem zwyczajnie, ale sen bywa utrudniony, kiedy człowiek podświadomie się drapie… po rękach i po nogach, i po szyi, i po policzku, i po czole. Istna stołówka. Co kto lubi, na co kto ma ochotę. Warto jednak po trawie się szwendać.

słodka uległości…

10

W upodobaniu do słodyczy jestem trudnorefolmowalna. Trzy godziny walczenia z pokusą i… paczka ciasteczek, grunt, że przynajmniej zbożowych, została otwarta i zaraz zniknie z powierzchni ziemi. Nie pomogła owsianka, nie pomogła ani marchewka, ani kalarepka, ani pietruszka. Nie pomogło tez picie kolejnych szklanek wody. Cały mój człowiek, z werwą godną lepszej sprawy, zaczął mi wewnętrznie skandować: cukier, cukier, CUKIER. Uległam dziadowi.

Jak pyszne są ciasteczka, które zwyczajnie nie są najsmaczniejsze, kiedy ulegasz tej pokusie, tylko ten zrozumie, kto ma skłonności masochistyczne i się jak ja katuje próbami ograniczenia zjadania cukru.

Tak więc i tym razem wizja wbicia się w jedną taką sukienkę nic nie pomogła, gdyż mój człowiek stwierdził, że przecież mam kilka innych, w które wejdę bez problemu. Bez problemu, czyli bez katowania się. Jak widać moje samozaparcie w kwestiach słodyczy leży i kwiczy, zwija się ze śmiechu gdzieś na jakiś wczasach. Najpewniej gdzieś gdzie  jest ciepło, sucho i słonecznie… czyli po prostu daleko i gdzieś, gdzie mnie nie ma.

Jest okrutny i dojmujący. Ceny bywają powalające, albo z choinki urwane, a do tego zazwyczaj nie ma tego co akurat sobie człowiek wymyślił, i co akurat człowiek chciałby kupić, bo zazwyczaj jest to po prostu, w najlepszym razie, coś innego lub zwyczajnie za wielkiego do metrażu przewidzianego do meblowania. Jakość gotowców zazwyczaj koreluje z ich ceną, ale z drugiej strony, założenie jest takie, że nic nie jest na zawsze, więc jak się rozpadnie, to kupię nowe. Z jakością zamówionych sprzętów jest nieco lepiej, ale i cena nieco wyższa. zamawianie ma tę racje bytu, że można pogrymasić, że chce różowe, albo niebieskie, albo zielone i koniecznie 5 cm krótsze, wyższe, szersze, dłuższe (wybrać właściwe wedle własnej potrzeby lub możliwości). Przechodząc jednak do rzeczy.

Od jakiegoś czasu poszukuję różnych sprzętów. Nieco rozczarowana (jednak w przedziale uprzednio zakładalnym i dopuszczalnym) materacem, doszłam do wniosku, że zakup narożnika jednak omijał będzie Internety. Niestety okazało się, że będzie omijał również markety z meblami, gdyż ten za szeroki, ten z jednym pojemnikiem, ten w niewłaściwym kolorze, ten… oj długo i dużo można by. Oj. Potupałam i zamówiłam zrobienie. Będzie za tydzień. Ło matko – tak już? No bo w marketach to czas realizacji nawet do 5 tygodni… Ło matko, ale ja na zaliczkę nie ma – dobra, da pani co pani ma, a jak nie ma to zapłaci całość przy odbiorze. Ło matko – a wniesiecie mi na górę? Wniesiecie.

Tak więc za tydzień będę posiadaczką narożnika w wybranym przez siebie kolorze, bez boczków i innych szmerów bajerów, a za to będę szczuplejsza o sporo gotówki. Jak nic, na trawie będę musiała oprzeć swoją dietę. Pokrzywy takie dorodne, więc jakoś dam radę. Krwawnik jeszcze też sensowny. Szczaw rośnie na łące. Ogarnę to jakoś, gdyż skoro pozbyłam się piniądzorów, to mam wrażenie, że owa wycieczka co to pod znakiem zapytania urlopowo stoi, nagle okaże się, że się odbędzie. O tym, że lodówka gdzieś jeszcze między czasie może wypłynąć, też pewna jestem, bo wiecie – tak to jest, że wszystko na raz i człowiek się zastanawia jak to pogodzić, i później się okazuje, że się da pogodzić, może na styk i na grubość włosa, ale się da – i ile satysfakcji człowiek ma że sobie poradził?! Tak więc mam wrażenie, że kilka wyzwań logistycznych w najbliższych tygodniach mocno przede mną. Dam radę. Jak zawsze.

Udało nam się z A. złapać w sobotę nieco pogody. Oczywiście, kiedy już byłyśmy gotowe do wyjścia, nadciągać zaczęły dziwne chmury, ale obyło się bez mokrych niespodzianek, niestety jednak, na północy, niebo mało przyjazne okazało się dla zdjęć plenerowych. Jednak, kto, jak nie my, da radę sobie w chaszczach? Stare, dobrze znane miejsca, a za każdym razem wyglądają zupełnie inaczej.

Do tego, miałam nowe zabawki do przetestowania. Ten kto zgadnie co to za zabawki były – może dostać na @ adres wybrane zdjęcie w oryginale, czyli takie całkiem surowe, jakie zostaje ściągnięte z karty pamięci na dysk. Co więcej, może sobie zażyczyć dowolne zdjęcie, które tu kiedykolwiek było (jeśli było mojego autorstwa) lub zdać się na mój wybór. No więc, sobota prezentowała się tak:

Człowiek zupełnie nie jest przyzwyczajony do słońca. Słońce człowieka rozbija, rozkłada na łopatki, rozleniwia i przyprawia o totalnego „Niechcieja”. Resztką sił, zupełnie z ostatniego magazynu, z jego ostatniego zakamarka, wyciągnięta siłą, zmuszam się do pracowania. Najchętniej to posiedziałabym sobie w okularach przeciwsłonecznych gdzieś na słoneczku, pomachała nóżką w ciżemce (balerinka letnia) i popatrzyła na chmury i niebo, myśląc sobie o życiu jako takim ogólnie i szczególnie – czyli takie melancholijne dywagacje o wszystkim, o niczym i o jeszcze bardziej czymś, o czym jeszcze nie wiem. Nie wiem w sensie, że myśli to czasem potrafią na takie manowce nawiać, że człowiek w najśmielszych snach tego przewidzieć nie jest w stanie. Sprawy nie poprawia drobny szczegół w postaci tego, że dziś mamy piątek. Słoneczny i ciepły piątek. A robota „patrzy na mnie” i łypie, i zagląda, i się panoszy jako ten wyrzut sumienia. Z ciężkim westchnieniem się jednak za nią zabieram, gdyż we wszystkich swoich wadach, ma jedną zasadniczą zaletę – kiedy człowiekowi już jakimś cudem uda się na niej skoncentrować, to spokojnie przesiedzi dniówkę i czas szybciej płynie, i weekend się szybciej zaczyna. No dobra – nie szybciej, ale wydaje się, że szybciej, a weekend to weekend jest.

Być może mój „Niechciej” bierze się z tego, że ja swój weekend rozpoczęłam w pewnym sensie już wczoraj. Poszłyśmy bowiem z A. na koncert KSU. Zdradzę wam teraz tajemnicę. Choć to żadna tajemnica, gdyż ludzi było sporo, ale po prostu poszłam na ten koncert w różowej bluzie z kapturem. Co i tak nie jest niczym wielkim, bo lata temu, pierwszy raz będąc na ich koncercie, choć nie mam pewności, czy można to nazwać koncertem, bo to inne czasy były, w każdym bądź razie, wówczas udałam się w takie miejsce, gdzie wszyscy byli na czarno i w glanach… w prawie białych dżinsach z kokardkami, w jasnym T-shircie i w białych tenisówkach. Więc wczorajsza, różowo – pudrowa (czyli bardzo, bardzo jasny róż) bluza to dla mnie żadne halo. Normalka można by rzec. Co więcej – z daleka dojrzałam kolegę… tylko dlatego, że był ubrany we wściekle pomarańczową koszulkę i odcinał się od tłumu. Nie o kolorach ciuchów chciałam jednak.

Kiedyś, na tym pierwszym, nie było do pomyślenia zobaczyć naszych rodziców, nie było też małych dzieci, a wczoraj… wczoraj to chyba był jakiś taki zew tęsknoty za tym co odchodzi i nigdy nie wróci. Panowie w średnim wieku z brzuszkami i przerzedzonymi czuprynami wszelkiej długości, w czystych czarnych ubraniach, w przymaławych kurtkach skórzanych… Obok ludzie w wieku naszych rodziców, z pustym wzrokiem i średnio zainteresowani muzyką, która zupełnie nic im nie mówi, bardziej zainteresowani tym by jednak wyjść z czterech ścian blokowiska. Młodzi rodzice z małymi dziećmi, wychodzący po drugim kawałku żeby położyć do łóżek swoje pociechy.  No i jeszcze młodzi ludzie – tacy jak my kiedyś, a jednak zupełnie inni. Młodzi ludzie, którzy po prostu przyszli, bo grają, bo trochę mocnej gitary, bo można poskakać pod sceną w kolorowych podkoszulkach, albo i bez, w markowych butach i spodniach w kantkę… glany? No co ty człowieku?! Kto dzisiaj w tym chodzi!? A czy są takie może ze znaczkiem „najka” lub innego „adidasa”? I do tego – te teksty, które kiedyś zupełnie inaczej człowiek odbierał. Z perspektywy czasu, to co porywało duszę, teraz zamieniło się tylko w niezbyt porywający tekst piosenki, który bardziej przeszkadzał muzyce niż jej pomagał. Tak, ja wiem, że czas płynie, że te „dzieścia” lat z hakiem temu wszyscy byliśmy inni, inne były czasy, inna rzeczywistość, inne problemy. Tak na prawdę, to był inny zespół.To był inny zespół i my byliśmy inni.

Kolejne wspomnienie i jeśli jeszcze kiedyś trafię na ich koncert, to… nigdy więcej tego nie zrobię na trzeźwo. Alkohol pozwala jednak lepiej słyszeć echa przeszłości, pozwala wyciągać z uśpionych zakamarków pamięci te uczucia, które czas zepchną w niepamięć, o których pamiętanie nikt się już nie kusi na co dzień. Życie toczy się dalej. Można te wspomnienia przywołać z daleka na chwilę, a później – niech wracają, skąd przyszły, aż odejdą całkiem w zapomnienie. Bo tak, tu nie o zespół chodzi, z czasem są coraz lepsi muzycznie, chwała im, a o to chodzi co wnosił wówczas w nasze emocje, w młode serca w tamtej rzeczywistości. W rzeczywistości z magnetofonem na kasety, bez telefonów komórkowych, bez internetów. Nawet kiedy słuchało się ich w białych dżinsach pijąc jabola lub kiepskie piwo z butelki… wszystko przemija, a tamtej dziewczyny już dawno nie ma.

Kim byliśmy wówczas, a kim jesteśmy teraz i gdzie są te wszystkie sprzeciwy, protesty i nasze plany… świat kiedyś należał do nas, a dziś? Ile dziś możemy, a ile chcemy, zgnuśniali, zapasieni, wygodni. Czasem tylko próbujemy się wepchnąć jeszcze w starą kurtkę skórzaną lub starą dżinsową katanę z naszywkami wyciągane z dna szafy… wcisnąć się, jak w starą skórę, żeby raz jeszcze poczuć coś z tamtych dni. Poczuć teraz, kiedy coraz mniej czujemy i coraz mniej nam się chce – sprawdzić, czy to co pamiętamy, to prawda, nasz sen, a może tylko złudzenie…


  • RSS