demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: rodzicielski zamęt

obiecałam kiedyś

6

Zanim zastanowię się czy tutaj wracać, czy poszukać nowego adresu, czy wyprowadzić się na dobre z wirtualnego świata… gdyż, ale, bowiem obiecałam kilku wytrwałym Zaglądaczom przedstawić sierściucha. Oto Tośka vel Znajda… wierna wielbicielka Młodego, który mając słabość do blondinek… oddał swój czas i serce czarnuli – oto ona.

pochwalić się chciałam…

10

To chude i bez umiaru długie, w niebieskim – to moje jest, a to co to moje ma na szyi to jest nie białe, a żółte. Etfu. Złote znaczy się. Pierwsze takie. Więc wiecie, no – cała urosnełąm na prawie te 2 metry co to, to moje ma i spuchłam z dumy, że… no sami sobie wyobrazić możecie jak bardzo :) … to w piątek miniony było. :)

…w czym? w STRZELANIU :P (tak, to ten jegomość co to WFu nie lubi, ale przecież strzelanie, to nie WF… tak mówią, ja się nie znam)

zawody strzeleckie – listopad 2014

Zazwyczaj nie mieszam się w nic takiego, ale tym razem może jednak warto. Bo zawsze warto walczyć o życie małego dziecka. Bo tu już nie tylko o samo zdrowie idzie. (Wiecie, jakby ktoś mógł u siebie wrzucić obrazek, a jak ktoś jeszcze coś z sakiewki wytrząśnie…).

 

I jeszcze link…

Wracam dziś sobie na Włości niemal usmażona w Ferdynandzie, wchodzę na apartamenta i … dzień dobry mówi mi pełen zlew w kuchni oraz Sajgon w łazience. No to pięknie, sobie myślę, wakacje jak nic. Pełną parą i na całego, ale żeby w jasnych portkach iść na gokarty kiedy jest po deszczu????!!!! Normalnie, opadło mi wszystko co opaść mogło. Sis jeszcze mi mówi, że: Wiesz siostra, zapomniałam Ci wcześniej powiedzieć, ale jak przylazł to przepłukałam to raz i namoczyłam w proszku. Nie żeby to wiele dało, ale choć co może.”

No do jasnej ciasnej Anielki! Stary, durny koń. Nie ma tak dobrze, żebym ja tarmosiła te portki, a on się gdzieś łajdaczył w najlepsze, bo w domu sprawcy bajzlu, rzecz jasna, nie ma. Nie wie też nikt gdzie sprawca się podziewa. Myślę sobie – profilaktycznie, wybył, aby wrócić jak matce już szał przejdzie. O nie. Nie ze mną takie numery Bruner.

Dzwonię. Jego fart, że odebrał, choć wczoraj podobno telefon mu się popsuł… Po stanie garderoby, śmiem podnosić teorię, że zapewne był zamoknięty z lekka i zaprany asfalto-gumą… No i gdzie jesteś synusiu? No nie daleko mamusiu. No to synusiu do pięciu minut widzę Ciebie w domeczku.

Był po 3 minutach. Oczywiście że mamrotał, marudził i psioczył, ale koszuleczkę ściągną, na kolanka przed wanną padł i szczoteczką, marudząc i zawodząc, zaczął portki tarmosić. Marudzeniu nie było końca. Po pięciu minutach, pełnych marudzenia, na kolanach przed matką o litość błagał. Cóż, skłamałabym gdybym twierdziła, że sprawy inny obrót przyjmą. Obstawiałam 3 minuty tarmoszenia, a więc 2 ponad stan było. W gratisie. Tak. Wynegocjowałam zamiatanie podłóg na terenie CAŁYCH apartamentów.

Co do portek zaś. Podjęłam jednak nierówną walkę z plamami z błotka asfaltowego. Próba nie strzelba, na powodzenie liczyłam umiarkowanie, więc się nie szczególnie rozczarowałam brakiem spektakularnych efektów. Jednak kiedy weźmie się pod uwagę gabaryturę Nielata i jak trudno jest zdobyć dla niego przyodziewek, walka była warta świeczki. Na randkę już w tych portkach raczej nie pójdzie, ale… kto go tam wie… po kole do sklepu jeszcze się nadadzą.

Zaś zwołanie go i tarcie i inne takie, łącznie z negocjacjami, nie miały na celu dręczenia, nieletnich, a pokazania, że bycie dorosłym, to nie zwalnia od myślenia, a nawet więcej – obejmuje pewne reguły, a jedną z nich jest: w tym naszym duecie, to ja rządzę i ster trzymam. Niech przypadkiem się mu inaczej nie wydaje. Zwłaszcza, że jeszcze kazanie go czeka o wychodzeniu z domu bez opowiadania się gdzie lezie… cóż, do 11 sierpnia jeszcze kilka dni zostało, a i później… lekko nie będzie. Taki lajf, albo jak kto woli, za jedną ważną panią: NO SORRY, taki klimat…

jak nie urok to sraczka

4

Normalnie, to Nielat któregoś dnia po prostu nie przeżyje. Jak sobie gawiedź jeden coś umyśli to uparty jak tysiąc mułów i osłów stado do kompletu. Tłumacze, że czas na kombinowanie już minął, że do końca roku zostało ledwie dwa tygodnie i że siedzenie w domu to na prawdę nie jest droga do dogadywania się z nauczycielami. Zwyczajnie śmierdzi to na kilometr kombinatoryką stosowaną. Tłumaczę dalej dziadowi jednemu, że takich jak on to nauczyciele na pęczki przez lata widzieli i jak mi nie wierzy, to niech sobie policzy ilu jest ich teraz w szkole, ilu w ich klasie kombinuje, a później ile klas jest w szkole… No i wyszło mu, że nie taki cwany jest jak się mu zdaje. Tylko, że choć sam doszedł do tego wniosku, to nadal w to nie wierzy. Normalnie, jutro nie będzie, że zmiłuj się, i że nieczuła mam jestem. Jak nic, nie będę brać poprawki na ból w szyi (to takie tłumaczenie na dziś, że krzywo spał i że boli, i że śmierdzący maścią do szkoły nie pójdzie) tylko nakopię do zada tak, że przez te 14 dni do konferencji, na zadzie franca jedna nie usiądzie. Na baczność pisał w zeszytach będzie. Do tego zaś, chyba sama poszukam mu jakiejś roboty na budowie na wakacje… jak pozapieprza cały dzień, przez całe wakacje to może coś mu się w tym pustym, upartym łbie naprostuje. Normalnie, udusić to mało.

… a prawdopodobnie chodzi o to, że nie wiedział, że na dzisiejsze zebranie się nie wybieram, bo wszystko obgadałam w ubiegłym tygodniu z Wychowawczynią, i znam oceny, oraz frekwencję i jej schematy… i gdyby zacietrzewiona pała słuchała co do niego mówię, to by to wiedział i nie musiał kombinować… normalnie, jeszcze chwilę, gdyby nie pewne znaki szczególne, i zaczęłabym się zastanawiać, czy mi go w szpitalu nie podmienili, a tak… zaczynam się zastanawiać, po kim on taki mało kreatywny w kombinatoryce szkolnej jest… bo na pewno nie po mnie.

Komputer od jutra, jak tylko przyjadę do domu, idzie do kontrolingu… znaczy zasilacz ląduje w pokoju u Sister, to jest pod kluczem i poza zasięgiem Nielata. Osobiście jak jeszcze raz usłyszę słowo FARMA, albo FEJS to go witką wierzbową przegonię nieprzyzwoicie przyzwoicie, a wierzba rośnie i na ogrodzie Włości i nad rzeką jej nie brak… kto wie – może nawet pozwolę mu wybrać przedmiot tortur.

sorbet truskawkowy

10

Nie bardzo mam o czym pisać. Przecież nie będę opowiadać, jak Nielat stał się klasowym idolem i prawie szkolną gwiazdą „filmową”. Przypomnę, że bił się pod kamerami (3 różne – tak, że ujęcia z każdej strony). Cóż, możliwym jest, że nawet po zachowaniu mu nie pojadą (Nielatowi, bo kolega K. ma zagwarantowane naganne i bez dyskusji). Dlaczego? Otóż, może się okazać, że zamiast obniżenia zachowania, dostanie miotłę do ręki i pozamiatać będzie miał podwórko przed szkołą… I bardzo dobrze. Dlaczego? Z prostej przyczyny, stopnie i zachowanie na papierze Nielata średnio interesuje, i na pewno takiej nauczki na długo nie zapamięta, ale już takie bieganie z miotłą po podwórku, czy warsztatach… czy szkolnym korytarzu, czy też inne prace w ten deseń – to już jak najbardziej. Zwłaszcza, że sprzątanie to nie jest to co Nielaty lubią najbardziej na świecie. Spokojnie, to nie „zła” szkoła ma takie kosmiczne pomysły. To wredna i wyrodna matka, czyli ja, zadeklarowała, że nie ma nic przeciwko takiej karze. Rzecz jasna w rozsądnym zakresie. Nie wchodzi w grę wyręczanie przez pół roku osób, które pobierają za takie, czy inne czynności, wynagrodzenie, ale te 3 dni z miotłą – dobrze zrobią na rozgrzaną głowę i szalejące hormony. Oczywiście lepsze byłoby rąbanie drewna (Nielat z kolegą K, gdyby tak z przyczepkę średnią metrów bukowych porąbali do kominka… mieli by dosyć bójek na kilka lat) gdyż wymaga więcej wysiłku niż miotła, czy grabie, ale obawiam się, iż Dyrekcja bałaby się powierzyć im do użytkowania ostre i niebezpieczne narzędzie, bo to nigdy nie wiadomo co im do głowy strzeli.

Tak więc, jak zwykle, wygląda na to, że Nielat spadnie na 4 łapy. W prawdzie nie urodził się w czepku, ale niedzielny, słoneczny poranek jak widać bardzo mu służy.

Dziś znowu mam lekcję „migania”. Doprawdy, więcej czasu zajmuje mi zastanawianie się co ja tam robię, niż cokolwiek innego w tej kwestii. Na video z lekcjami migania patrzę niejako tępym wzrokiem, a mózg mój przejawia odrzut pamięciowy i nie jestem w stanie pojąć prostych znaków i zdań. Co będzie dalej? Staram się myśleć pozytywnie, ale nie idzie mi to najlepiej. Jednak, cóż, ja nie dam rady? JA? Jak to, ja nie dam rady? NIE MA TAKIEJ OPCJI.

W ramach pocieszenia czeka na mnie w lodówce na Włościach duży kubełek sorbetu truskawkowego. Wolałabym malinowy, ale skoro nie było malinowego, niech będzie i truskawka. Wiem i pamiętam, że cukier robi mi źle, ale… w końcu też coś z życia mieć muszę.

Z rzeczy innych, to ćwiczę czekanie. Nadal toczy się kilka spraw w których jedyną rzeczą jaką mogę zrobić, jest właśnie czekanie. Oczywiście, chciałabym wiedzieć już na czym stoję i co mnie czeka, ale jak widać, wszystko w swoim czasie. Wóz, albo przewóz – coś się mam nadzieję, pozytywnie wyklaruje i będę wiedziała na czym stoję, ale jedno jest pewne – bez względu na to co się wyklaruje, koniec z weekendowym obijactwem. Czas coś ze sobą zrobić, a nie tkliwić się tylko jak to raptownym charakterem notorycznie sobie funduję kolejkę górską i koncertowo mieszam w życiu prywatnym. Czas się skoncentrować na życiu zawodowym, mniej czasu na prywatne histerie zostanie i może będę w stanie opanować swoje emocje i będę mniej „w gorącej wodzie kąpana”. Suma summarum, może uda mi się wówczas najpierw zastanowić, a później mówić, albo przynajmniej może zdążę się w ogóle zastanowić, zanim zacznę cokolwiek robić. Normalnie, z tą raptownością to sama siebie nie poznaję… BA. Normalnie ja, a jak nie ja…


  • RSS