demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: na-końcu-świata

Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie*… może nie zaraz cały świat, ale na pewno czas, z którym ogólnie to ostatnio mi nie po drodze. Mam tę przypadłość, że często coś zrobię, a dopiero później się zastanawiam nad konsekwencjami swoich pomysłów. Na szczęście ich kreatywność szkodzi co najwyżej mnie samej i ewentualnie mojemu budżetowi. Chociaż z drugiej strony jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Co najwyżej nie mam czasu. Co z innej strony, o tej porze roku jest raczej norma niż czymś nadzwyczajnym. Dobra, już nie będę więcej bredzić. Nie piszę, bo zdecydowanie nie mam o czym. No jakoś tak wyszło. Najpierw czekam żeby był spokój, żeby wypracować jakiś constans, na mało emocjonalnym poziomie, a kiedy to osiągam, to zaczynam marudzić. Taki mój urok. No więc mam swój emocjonalny constans, więc i potrzeba pisania diametralnie spadła. Bo ileż można pisać o szafie, która w końcu trafiła na miejsce i jest, wielka, ogromna i całkiem ohydna, ale za to jedyna wymiarowo nadająca się do wstawienia. Przeżyje. W tej cenie, to jeśli weźmie mnie fantazja, albo jakaś karkołomna inspiracja, to może ja obkleję, albo pomaluję, albo jeszcze inną wizję na nią znajdę. Tak więc zostawiając szafę w spokoju, a właściwie w korytarzu wersalowym, zostawię kilka obrazków z minionej soboty.

Marudząc nadmienię tylko, że normalnie to jednak pogoda płata psikusy, a widoczność bywa, że potrafi człowieka doprowadzić do lekkiej nerwicy. Miało być pięknie, przestraszyło, że będzie jak zawsze, a wyszło nieoczekiwanie dobrze. po prostu – miniona sobota była magiczna i wnerwiająca jednocześnie, ale przede wszystkim była złota i czerwona bukami.

Bieszczady witały nas zachmurzonym niebem z niskim pułapem chmur i mgłami w dolinach, oraz bardzo rześkim powietrzem. Przełęcz Przysłup to właściwie jest takim naszym progiem z wieżą widokową, więc jeśli komuś się wydaje, że dokładnie takie ujęcia już tutaj były, to ma rację. Zmienia się całe otoczenie w kolorach i świetle, ale miejsce jest dokładnie to samo.

Pędząc dalej, z lekkim zapędzeniem, prawie minęłyśmy wypalanie węgla drzewnego w retorach. Prawie robi wielką różnice, jednak, nie dane było nam się rozkręcić fotograficznie, gdyż nie byłyśmy przygotowane na tę okoliczność. Przydał by się 4-pak jakiegoś chmielowego wspomagania negocjacji fotografowania lub nie określonych widoków. Jeśli wybieracie się w Bieszczady, to rzucie jeden taki do bagażnika, nigdy nie wiadomo kiedy sprawdzi się jako nieplanowana waluta w handlu wymiennym.

Sobotni cel podróży – Chatka Puchatka, gdzieś tam na szczycie majaczy. Po dobrze ponad 20 latach i raczej nie szybko znowu. Tłok na szlaku bywa męczący, a nawet bardzo męczący, deprymujący i ogólnie, szkoda klawiatury, bo i tak większość literek mam powycierane już.

Widoki z okolicy Chatki. Nad Caryńską się powoli przejaśnia.

Chatka została daleko w tyle, a przed nami Szare Berdo i widok na Smerek

Wracając ze Smerka, spotkałyśmy jedną taką Panią. Pierwszy raz w życiu widziałyśmy się oko w oko. Bardzo nie lubi szumu przesłony w aparacie, drażni ją trzask migawki. To jeden z głównych szlaków, mocno oblegany. Byłam zdziwiona, że właśnie tutaj przyszło nam się spotkać, przecież tyle spokojnych traw i południowych stoków za nami, i ani jednego spotkania, a tu październikowe popołudnie…

Wszystko co dobre się kończy. Czas pozostawić za sobą widoki i przestrzeń. Dzień się kończy, czas wracać do codzienności i do domu.

* – cytat z Wodeckiego – początek „pszczółki Mai”

fioletowy zawrót głowy

2

Brawo ja. Właśnie, po przeglądnięciu zawartości karty ze zdjęciami z minionego weekendu, chcąc ją skopiować, sprawiłam, że połowa zdjęć, a nawet więcej niż połowa, poszła w niebyt. Zdecydowanie, jak to bywa w takich okolicznościach przyrody, w niebyt udała się ta zdecydowanie lepsza część zdjęć. Czyli te bardziej ostre, bardziej precyzyjne w zamyśle, z lepszym światłem i tak dalej i tak dalej. Zostało to, co zostało, czyli to co w większości zapewne zostałoby całkiem wywalone, a dziś, spokojnie, przebierając w tym niezbyt licznym zestawie (co to jest 41 zdjęć), wybrałam kilka fioletek… nie, nie wszystkie fotki z weekendu były na fioletowo, na fioletowo były te, które się ostały po prostu.

Tym razem nie szłyśmy z A. na Cergową, na to za mało czasu było. Zwłaszcza, że plan był nieco inny niż przechadzki. Planem była tarnina oraz dzika róża. Zdjęcia oczywiście obu poszły się w niebycie rozpływać.

Jedno jedyne zdjęcie. Pan właśnie kończył pracę i była to ostatnia bruzda w orce na tym polu.

Czekałyśmy jeszcze z nadzieją, ale nasze czekanie próżnym się okazało.

Nieco mniej groźna wersja Barszczu Sosnowskiego. Zdecydowanie, późną wiosną, nie podeszłabym tak blisko, gdyż baldachy osłonięte są dosyć rozległymi liśćmi, a kontakt z nimi trudno zaliczyć do przyjemnych. Teraz są mniej groźne, choć profilaktycznie, na małe roślinki jednak uważam i bez długich spodni nie podchodzę,a i to ostrożnie.

Na koniec, jeden z niewielu ocalonych z pogromu, niefioletowych obrazów.

ostatni wieczór lata

14

W miniony piątek, po apelach od A., że lato odchodzi i ucieka już od nas, na szybko, złapałyśmy aparaty i ruszyłyśmy w miejsce znane i często odwiedzane, ale nadal i ciągle odkrywane na nowo i od innej strony fotografowane. Więc udało nam się jeszcze odchodzące lato złapać i prawie uprosić by zostało, ale w ostatniej chwili coś innego przyciągnęło jego uwagę i odeszło niepostrzeżenie, by mógł nas przywitać zimny, pochmurny i deszczowy poranek.

poweekendowe obrazki

12

Miniony weekend miał nastąpić później, ale nastąpił wcześniej… nie wiem, jak to zrobiłam, ale nabrałam przekonania, że planowany wypad ma mieć miejsce na koniec lipca, czyli 28-30… a prawda była o cały tydzień wcześniejsza…

Daleko, czy blisko to nie ma znaczenia – grunt, że coś się działo. Nie mniej jednak, po minionym weekendzie, powinnam sobie nałożyć zakaz zbliżania się do lodówki na najbliższy miesiąc lub nawet dwa. Mniejsza z większym. Kilka obrazków, bardzo ogólnych, bo przyznam, że nie bardzo miałam czas na robienie zdjęć.

Piątkowe późne popołudnie:

Sobotni poranek i dzionek

Kilka chwil niedzieli

Człowiek zupełnie nie jest przyzwyczajony do słońca. Słońce człowieka rozbija, rozkłada na łopatki, rozleniwia i przyprawia o totalnego „Niechcieja”. Resztką sił, zupełnie z ostatniego magazynu, z jego ostatniego zakamarka, wyciągnięta siłą, zmuszam się do pracowania. Najchętniej to posiedziałabym sobie w okularach przeciwsłonecznych gdzieś na słoneczku, pomachała nóżką w ciżemce (balerinka letnia) i popatrzyła na chmury i niebo, myśląc sobie o życiu jako takim ogólnie i szczególnie – czyli takie melancholijne dywagacje o wszystkim, o niczym i o jeszcze bardziej czymś, o czym jeszcze nie wiem. Nie wiem w sensie, że myśli to czasem potrafią na takie manowce nawiać, że człowiek w najśmielszych snach tego przewidzieć nie jest w stanie. Sprawy nie poprawia drobny szczegół w postaci tego, że dziś mamy piątek. Słoneczny i ciepły piątek. A robota „patrzy na mnie” i łypie, i zagląda, i się panoszy jako ten wyrzut sumienia. Z ciężkim westchnieniem się jednak za nią zabieram, gdyż we wszystkich swoich wadach, ma jedną zasadniczą zaletę – kiedy człowiekowi już jakimś cudem uda się na niej skoncentrować, to spokojnie przesiedzi dniówkę i czas szybciej płynie, i weekend się szybciej zaczyna. No dobra – nie szybciej, ale wydaje się, że szybciej, a weekend to weekend jest.

Być może mój „Niechciej” bierze się z tego, że ja swój weekend rozpoczęłam w pewnym sensie już wczoraj. Poszłyśmy bowiem z A. na koncert KSU. Zdradzę wam teraz tajemnicę. Choć to żadna tajemnica, gdyż ludzi było sporo, ale po prostu poszłam na ten koncert w różowej bluzie z kapturem. Co i tak nie jest niczym wielkim, bo lata temu, pierwszy raz będąc na ich koncercie, choć nie mam pewności, czy można to nazwać koncertem, bo to inne czasy były, w każdym bądź razie, wówczas udałam się w takie miejsce, gdzie wszyscy byli na czarno i w glanach… w prawie białych dżinsach z kokardkami, w jasnym T-shircie i w białych tenisówkach. Więc wczorajsza, różowo – pudrowa (czyli bardzo, bardzo jasny róż) bluza to dla mnie żadne halo. Normalka można by rzec. Co więcej – z daleka dojrzałam kolegę… tylko dlatego, że był ubrany we wściekle pomarańczową koszulkę i odcinał się od tłumu. Nie o kolorach ciuchów chciałam jednak.

Kiedyś, na tym pierwszym, nie było do pomyślenia zobaczyć naszych rodziców, nie było też małych dzieci, a wczoraj… wczoraj to chyba był jakiś taki zew tęsknoty za tym co odchodzi i nigdy nie wróci. Panowie w średnim wieku z brzuszkami i przerzedzonymi czuprynami wszelkiej długości, w czystych czarnych ubraniach, w przymaławych kurtkach skórzanych… Obok ludzie w wieku naszych rodziców, z pustym wzrokiem i średnio zainteresowani muzyką, która zupełnie nic im nie mówi, bardziej zainteresowani tym by jednak wyjść z czterech ścian blokowiska. Młodzi rodzice z małymi dziećmi, wychodzący po drugim kawałku żeby położyć do łóżek swoje pociechy.  No i jeszcze młodzi ludzie – tacy jak my kiedyś, a jednak zupełnie inni. Młodzi ludzie, którzy po prostu przyszli, bo grają, bo trochę mocnej gitary, bo można poskakać pod sceną w kolorowych podkoszulkach, albo i bez, w markowych butach i spodniach w kantkę… glany? No co ty człowieku?! Kto dzisiaj w tym chodzi!? A czy są takie może ze znaczkiem „najka” lub innego „adidasa”? I do tego – te teksty, które kiedyś zupełnie inaczej człowiek odbierał. Z perspektywy czasu, to co porywało duszę, teraz zamieniło się tylko w niezbyt porywający tekst piosenki, który bardziej przeszkadzał muzyce niż jej pomagał. Tak, ja wiem, że czas płynie, że te „dzieścia” lat z hakiem temu wszyscy byliśmy inni, inne były czasy, inna rzeczywistość, inne problemy. Tak na prawdę, to był inny zespół.To był inny zespół i my byliśmy inni.

Kolejne wspomnienie i jeśli jeszcze kiedyś trafię na ich koncert, to… nigdy więcej tego nie zrobię na trzeźwo. Alkohol pozwala jednak lepiej słyszeć echa przeszłości, pozwala wyciągać z uśpionych zakamarków pamięci te uczucia, które czas zepchną w niepamięć, o których pamiętanie nikt się już nie kusi na co dzień. Życie toczy się dalej. Można te wspomnienia przywołać z daleka na chwilę, a później – niech wracają, skąd przyszły, aż odejdą całkiem w zapomnienie. Bo tak, tu nie o zespół chodzi, z czasem są coraz lepsi muzycznie, chwała im, a o to chodzi co wnosił wówczas w nasze emocje, w młode serca w tamtej rzeczywistości. W rzeczywistości z magnetofonem na kasety, bez telefonów komórkowych, bez internetów. Nawet kiedy słuchało się ich w białych dżinsach pijąc jabola lub kiepskie piwo z butelki… wszystko przemija, a tamtej dziewczyny już dawno nie ma.

Kim byliśmy wówczas, a kim jesteśmy teraz i gdzie są te wszystkie sprzeciwy, protesty i nasze plany… świat kiedyś należał do nas, a dziś? Ile dziś możemy, a ile chcemy, zgnuśniali, zapasieni, wygodni. Czasem tylko próbujemy się wepchnąć jeszcze w starą kurtkę skórzaną lub starą dżinsową katanę z naszywkami wyciągane z dna szafy… wcisnąć się, jak w starą skórę, żeby raz jeszcze poczuć coś z tamtych dni. Poczuć teraz, kiedy coraz mniej czujemy i coraz mniej nam się chce – sprawdzić, czy to co pamiętamy, to prawda, nasz sen, a może tylko złudzenie…

Wieś której nie ma

8

Wiosna nadeszła, czas rozpocząć sezon włóczenia się po chaszczach. Wyprawa na koniec końców świata w planach była od jakiegoś czasu, sęk w tym, że a to pogoda, a to inne przypadki krytyczne plany nam krzyżowały. Zgodnie z zasadą co ma wisieć – nie utonie, wycieczka nasza doszła w końcu do skutku. Wieś na końcu końców świata, której nie ma to Krywe. Kilka słów można poczytać w Wikipedii, więc daruję sobie pisanie, a podzielę się obrazkami.

Poranek w Bieszczadach i nowa wieża widokowa – przełęcz Szczerbanówka.

Jadąc jednak na koniec świata i to o tej porze roku, nie zbaczając zbyt wiele z trasy, odwiedziłyśmy Rezerwat śnieżyc w Dwerniczku (Dwerniku). Przy takich okazjach, powoli, zaczynam żałować, że nie posiadam zestawu do zdjęć makro dla mojej Perełki. Raczej myśleć o nim też już nie będę, bo szybciej jednak perełka następcy się doczeka niż zestawu do makro. Do sedna jednak. Śnieżyca wiosenna we własnej roślince.

Czas wrócić na wytyczony na ten dzień szlak… a po drodze… tak, zgadza się, nadal są miejsca, gdzie w Bieszczadach jeszcze śnieg sobie zalega i ma się prawie w najlepsze.

Krywe to w sam raz wędrówka na początek sezonu. Bez ostrych podejść, niezbyt daleka, w sporej mierze po drodze która dawno, dawno temu, zbudowana chyba przez żołnierzy w latach sześćdziesiątych, i wówczas po raz pierwszy i ostatni widząca asfalt, nie jest technicznie wymagająca, ale potrafi naprawdę dobrze wytknąć pozimowy brak kondycji. Jednak sama wieś, która przeczekawszy wojnę, Rosjan i Niemców, zakończyła swój byt 1947 za sprawą akcji Wisła.

Dwie stare grusze, prawdopodobnie wspomnienie po kolejnej wsi, której nie ma – po Hulskiem. Hulskie ma ruiny po młynie nad Sanem, jednak nie zdecydowałyśmy się na szukanie ruin z powodu braku oznakowań w terenie oraz wieści z Internetów, że w okolicy zamieszkuje mało komunikatywny jegomość, co to turystów lubi przegonić z użyciem ostrych narzędzi gospodarskich. W sumie się mu nie dziwię. Jeśli decydujesz się na mieszkanie na końcu świata, z dala od ludzi, gdzie najbliższy sąsiad mieszka kilka kilometrów od Ciebie, to chyba jednak nie po to, aby nagle tłumy deptały ci po działce pod oknami. Poszłyśmy więc dalej, do celu naszej wędrówki.

No proszę, obserwują nas nawet drzewa :)

… oraz ciekawostka przyrodnicza … Wawrzynek wilcze łyko spotkany w przydrożnych zaroślach.

Kiedy kilka godzin później, dotarłyśmy do naszego środka transportu, ogólnie czułyśmy, że zima była długa i obfita w brak kondycji, przynajmniej u mnie. Jednak za porozumieniem stron, postanowiłyśmy jeszcze jedną atrakcję lokalną odwiedzić. Też ledwie rzut kamieniem, albo beretem, od naszej trasy. Ogólnie niby atrakcja, ale specjalnie to nie byłoby po co przyjeżdżać, a tak przy okazji, to można… zwłaszcza, że z tych młyńskich ruin jednak zrezygnowałyśmy.  Tym razem to potok Hylaty i wodospad, który jest jego częścią.

… gdzie jest kamienny „dinozaur”?

… i na koniec drogi do domu… zaklęty Książę… było nas trzy, a żadna jakoś się nie pokwapiła do całowania. Widać dobrze nam jest, tak, jak jest.

Po drodze jeszcze tylko mały postój na dokarmianie i pierwsza w życiu pizza z zielonym, surowym ogórkiem oraz pomidorem posiekanym jak od siekiery. Ciasto było dobre, ale ten pomidor siekierowany i ten surowy, zielony ogórek (może faktycznie trzeba było jednak wybrać pobliską „Siekierezadę”)… gdyby było ostrzeżenie to zamówiłybyśmy bez tych dodatków najpewniej, gdyż wyboru nie było wielkiego, ani w odniesieniu do knajp, ani w odniesieniu do dań, acz ceny – zdecydowanie już z pełni sezonu. Tym samym sezon na szwendanie się uważam za otwarty.


  • RSS