demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: na-końcu-świata

Człowiek zupełnie nie jest przyzwyczajony do słońca. Słońce człowieka rozbija, rozkłada na łopatki, rozleniwia i przyprawia o totalnego „Niechcieja”. Resztką sił, zupełnie z ostatniego magazynu, z jego ostatniego zakamarka, wyciągnięta siłą, zmuszam się do pracowania. Najchętniej to posiedziałabym sobie w okularach przeciwsłonecznych gdzieś na słoneczku, pomachała nóżką w ciżemce (balerinka letnia) i popatrzyła na chmury i niebo, myśląc sobie o życiu jako takim ogólnie i szczególnie – czyli takie melancholijne dywagacje o wszystkim, o niczym i o jeszcze bardziej czymś, o czym jeszcze nie wiem. Nie wiem w sensie, że myśli to czasem potrafią na takie manowce nawiać, że człowiek w najśmielszych snach tego przewidzieć nie jest w stanie. Sprawy nie poprawia drobny szczegół w postaci tego, że dziś mamy piątek. Słoneczny i ciepły piątek. A robota „patrzy na mnie” i łypie, i zagląda, i się panoszy jako ten wyrzut sumienia. Z ciężkim westchnieniem się jednak za nią zabieram, gdyż we wszystkich swoich wadach, ma jedną zasadniczą zaletę – kiedy człowiekowi już jakimś cudem uda się na niej skoncentrować, to spokojnie przesiedzi dniówkę i czas szybciej płynie, i weekend się szybciej zaczyna. No dobra – nie szybciej, ale wydaje się, że szybciej, a weekend to weekend jest.

Być może mój „Niechciej” bierze się z tego, że ja swój weekend rozpoczęłam w pewnym sensie już wczoraj. Poszłyśmy bowiem z A. na koncert KSU. Zdradzę wam teraz tajemnicę. Choć to żadna tajemnica, gdyż ludzi było sporo, ale po prostu poszłam na ten koncert w różowej bluzie z kapturem. Co i tak nie jest niczym wielkim, bo lata temu, pierwszy raz będąc na ich koncercie, choć nie mam pewności, czy można to nazwać koncertem, bo to inne czasy były, w każdym bądź razie, wówczas udałam się w takie miejsce, gdzie wszyscy byli na czarno i w glanach… w prawie białych dżinsach z kokardkami, w jasnym T-shircie i w białych tenisówkach. Więc wczorajsza, różowo – pudrowa (czyli bardzo, bardzo jasny róż) bluza to dla mnie żadne halo. Normalka można by rzec. Co więcej – z daleka dojrzałam kolegę… tylko dlatego, że był ubrany we wściekle pomarańczową koszulkę i odcinał się od tłumu. Nie o kolorach ciuchów chciałam jednak.

Kiedyś, na tym pierwszym, nie było do pomyślenia zobaczyć naszych rodziców, nie było też małych dzieci, a wczoraj… wczoraj to chyba był jakiś taki zew tęsknoty za tym co odchodzi i nigdy nie wróci. Panowie w średnim wieku z brzuszkami i przerzedzonymi czuprynami wszelkiej długości, w czystych czarnych ubraniach, w przymaławych kurtkach skórzanych… Obok ludzie w wieku naszych rodziców, z pustym wzrokiem i średnio zainteresowani muzyką, która zupełnie nic im nie mówi, bardziej zainteresowani tym by jednak wyjść z czterech ścian blokowiska. Młodzi rodzice z małymi dziećmi, wychodzący po drugim kawałku żeby położyć do łóżek swoje pociechy.  No i jeszcze młodzi ludzie – tacy jak my kiedyś, a jednak zupełnie inni. Młodzi ludzie, którzy po prostu przyszli, bo grają, bo trochę mocnej gitary, bo można poskakać pod sceną w kolorowych podkoszulkach, albo i bez, w markowych butach i spodniach w kantkę… glany? No co ty człowieku?! Kto dzisiaj w tym chodzi!? A czy są takie może ze znaczkiem „najka” lub innego „adidasa”? I do tego – te teksty, które kiedyś zupełnie inaczej człowiek odbierał. Z perspektywy czasu, to co porywało duszę, teraz zamieniło się tylko w niezbyt porywający tekst piosenki, który bardziej przeszkadzał muzyce niż jej pomagał. Tak, ja wiem, że czas płynie, że te „dzieścia” lat z hakiem temu wszyscy byliśmy inni, inne były czasy, inna rzeczywistość, inne problemy. Tak na prawdę, to był inny zespół.To był inny zespół i my byliśmy inni.

Kolejne wspomnienie i jeśli jeszcze kiedyś trafię na ich koncert, to… nigdy więcej tego nie zrobię na trzeźwo. Alkohol pozwala jednak lepiej słyszeć echa przeszłości, pozwala wyciągać z uśpionych zakamarków pamięci te uczucia, które czas zepchną w niepamięć, o których pamiętanie nikt się już nie kusi na co dzień. Życie toczy się dalej. Można te wspomnienia przywołać z daleka na chwilę, a później – niech wracają, skąd przyszły, aż odejdą całkiem w zapomnienie. Bo tak, tu nie o zespół chodzi, z czasem są coraz lepsi muzycznie, chwała im, a o to chodzi co wnosił wówczas w nasze emocje, w młode serca w tamtej rzeczywistości. W rzeczywistości z magnetofonem na kasety, bez telefonów komórkowych, bez internetów. Nawet kiedy słuchało się ich w białych dżinsach pijąc jabola lub kiepskie piwo z butelki… wszystko przemija, a tamtej dziewczyny już dawno nie ma.

Kim byliśmy wówczas, a kim jesteśmy teraz i gdzie są te wszystkie sprzeciwy, protesty i nasze plany… świat kiedyś należał do nas, a dziś? Ile dziś możemy, a ile chcemy, zgnuśniali, zapasieni, wygodni. Czasem tylko próbujemy się wepchnąć jeszcze w starą kurtkę skórzaną lub starą dżinsową katanę z naszywkami wyciągane z dna szafy… wcisnąć się, jak w starą skórę, żeby raz jeszcze poczuć coś z tamtych dni. Poczuć teraz, kiedy coraz mniej czujemy i coraz mniej nam się chce – sprawdzić, czy to co pamiętamy, to prawda, nasz sen, a może tylko złudzenie…

pada sobie śnieg

4

Temperatury oscylujące w okolicach zera, z tendencją do poniżej zera mamy ostatnio. Wczoraj wprawdzie było piękne słońce, ale dzisiaj nic po nim nie zostało. Zamiast pięknego słońca mamy pięknie prószący śnieżek i mam niejakie wrażenie, że w tym roku, zima może postanowiła sobie za punkt honoru uzupełnić niedobory śniegu z minionych lat. Bo tak to było, że kiedy w kraju śnieg miał się dobrze, u nas, na końcu świata coś tam czasem podsypało, ale żeby jakoś dużo, czy żeby jakoś z zacięciem na dłuższe leżakowanie, to nic z tych rzeczy miejsca nie miało. Tym czasem, wczorajszy poranek w drodze do pracy wyglądał o taaak:

Zdjęcia zawdzięczamy Heńkowi, a jak wiadomo Heniek nie jest mistrzem jakości dodatkowo miał utrudnioną mocno sprawę, gdyż musiał zdjęcia robić przez szybę jadącego samochodu. Spokojnie, siedziałam na miejscu pasażera, więc obsługa Heńka była bezkonfliktowa.

P.S. Nadal jeszcze aktualne jest to co pisałam w poprzedniej notce. Ładnie proszę i WIELKIE DZIĘKUJĘ za wsparcie :) … znaczy jak moje opowiadanie Wam się nie podoba zupełnie i są inne które bardziej w wasz gust trafiają, to spokojnie, focha miała nie będę :) , myślę jednak, że nowe osoby dodadzą odrobinę świeżości w tej zabawie. :)

Jeszcze sprzed 2 tygodni nawet. Więc dziś nadrabianie zaległości obrazkowych. Tym bardziej, że nie mam dziś weny do pisania. Senność za to przemożna mnie męczy. Nie wiem doprawdy na jakie licho w weekend budziłam się przed czasem, a nawet dzikim świtem, a kiedy przyszedł poniedziałek, to budzik niczym zmora z horroru mnie wyrywał ze snu.

Tak więc piątunio sprzed 2 tygodni. Taka chłodna rozgrzewka wieczorna, na małym wypadzie za miasto z aparatem. Tamtym razem to bardziej jako kierowca niż fotograf robiłam, bo brak statywu i niestety, wiek perełki, nie dają większych szans na powodzenie.

W to samo miejsce wróciłyśmy na jedną chwilę wczoraj. Przyciągnęła nas górka znajdująca się z drugiej strony drogi. Więc tak przy okazji, i za dnia kapliczkę sobie zapamiętałam na karcie.

podobno

7

Gdzieś tam w kraju mamy zimę. Ja nie wiem. U mnie za oknem szaro, buro i ponuro. Znaczy chmury są, coś z deszczu bywa, a do tego paćka błotno liścianą. Ciepło nie jest, ale samochodu odśnieżać, czy drapać szyb, nie trzeba. Więc źle nie jest. Nie zmienia to jednak faktu, że nie mam nic do jedzenia, a do sklepu mi się iść nie chce i już. Bo mnie to ostatnio nic się nie chce. Więc cóż… przecież kubek kawy to też jakieś jedzenie…

Zastanawiałam się, czy ta notka powinna być tutaj, czy na mieszkaniu. Doszłam do wniosku,że zasadnym byłoby właściwie mogłabym ją wkleić i tu, i tu, ale byłoby bez sensu. Jednak, ponieważ problem dotyczy zdziwienia i zadziwienia coraz większego grona osób – niech będzie i tutaj.

Otóż, każdy z nas przyzwyczaił się do pewnego poziomu i komfortu życia jaki zapewniają różne wszelkie udogodnienia, oraz umilacze czasu. Ilekroć ostatnio mówię, że nie posiadam na co dzień tego, czy tamtego, wywołuję osłupienie i niedowierzania na twarzach rozmówców (a ostatnio również i internautów ;) ). Jednak nadal nie wiadomo o co chodzi. W prawdzie, kiedy nie wiadomo o co chodzi, to chodzi podobno o pieniądze, i to właściwie w pewnej części się zgadza, choć nie bezpośrednio.

Otóż, mieszkając w Wersalu, wiodę iście spartański tryb życia, który notabene zupełnie mi nie przeszkadza, nie sprawia trudności i nie widzę w nim osobiści nic nadzwyczajnego. Jednak, to co zadziwia innych to, tu może pokuszę się o wypunktowanie, gdyż na liście znajduje się kilka rzeczy, które postaram się ułożyć od najbardziej zadziwiających, do takich, do przyjęcia. Nie znaczy to, że nie wywołujących zdziwienia.

1. Brak telewizora – już o tym wspominałam, jednakże, każdorazowo, kiedy gdzieś w trakcie rozmowy pada sakramentalne: „Wiesz, to jest (tu nazwa kanału) o tej godzinie.” Na co ja: „Wybacz, ale nie mam telewizora.”, Chwila ciszy i: „Nie masz tego kanału na dekoderze?”, „Nie, nie mam telewizora w ogóle.” … konsternacja i: „Jak to, to co Ty robisz jak wracasz z pracy?” – mam wiele zajęć :) … dodam, że nie mam telewizji również na Włościach i stanu tego nie mam w planach zmieniać. poza tym, zawsze w odwiedzinach tu, czy tam, nadrabia się braki telewizyjne…

2. Brak internetu – to też grubsza sprawa w dzisiejszym świecie. Zgadza się, nie mam internetu, bo nie mam komputera w Wersalu. Być może, kiedyś jednak mieć go będę, aczkolwiek, bardziej w związku z koniecznością niż chęcią, gdyż odwykłam i całkiem mi go już popołudniami nie brakuje… starczy to, co mam w pracy, czy też na weekendzie na Włościach… o ile nie zapomnę włączyć Tośka lub o ile mam na to czas.

3. Nie mam radia – no tak, można by założyć, że chociaż radio mam, skoro nie mam telewizji, ale tu też okazuje się, że można przeżyć bez tego cudu techniki. Właściwie to wystarczy mi o poranku to, że radio ma sąsiad, który mieszka piętro wyżej. Jedynka jest jak najbardziej ok i… nie mam problemu z ustawieniem głośności, jest w sam raz cicho.

4. Nie mam lodówki – przyznam, że niejako dość wygodne to urządzenie jest o tej porze roku, ale lodówek jest tyle na około, że da się bez niej przeżyć. Całkiem spokojnie. Zważywszy na małe opakowania, opakowania próżniowe i nie robienie zapasów, które później (nie raz jeden na Włościach) lądowały w psiej misce. Teraz to jedyne co mi doskwiera w związku z brakiem tego urządzenia, to to, że muszę sobie odmawiać sorbetów, gdyż są tak pakowane, że jestem w stanie tylko pół kubka zjeść na raz, a wyrzucać – cóż za marnotrawstwo niedopuszczalne! Lodówkę docelowo jednak planuję mieć. Choć może nie w najbliższej pięciolatce… ;)

5. Nie mam pralki – to jest też do przejścia i żaden problem, gdyż mam wodę bieżącą w kranie i BA – mam Bertę, czyli ta woda jest na dodatek jeszcze ciepła. Więc pranie (czy mycie) nie są z gatunku „Hardkore”, a wziąwszy poprawkę, że i tak wiele rzeczy od dawna piorę w łapach, celem wydłużenia ich żywotności, to cóż, brak pralki nie jest wielkim problemem. Jednak w związku z wrodzonym wygodnictwem, portki i bluzy dresowe i co tam jeszcze wpadnie mi w łapy, co piątek targam na Włoście i tam obwieszam balkon, zaraz po tym jak wcześniej przegonię kilka razy mój mały „słodki” automacik.

6. Nie mam piekarnika – a kuchenka, którą mam (po poprzednich lokatorach) ma sprawne tylko 2 z 4 palników. Piekarnik też ma, ale… wolę nie być odpowiedzialną, za wysadzenie bloku w powietrze. Jest to strata niepowetowana, gdyż mając sprawny piekarnik, mogłabym urozmaicić swój jadłospis (któremu i tak nic nie brakuje, a nawet ma się lepiej, gdyż wszystko jest świeże i w ilościach na raz przygotowane).

7. Ponadto nie mam: odkurzacza ( jest zbędny na obecnym etapie i miotła z mopem sprawdzają się rewelacyjnie), czajnika elektrycznego (nie wiem dlaczego – po prostu go nie mam, mam zwyczajny, nastawiany na kuchenkę i też żyję), miksera (mam ręczny ubijak i sztućce – wystarczy), patelni do naleśników (ubolewam, ale Nielat z nią sobie radzi częściej niż ja), oraz pieniędzy (więc powyższy stan, raczej nie szybko zmieni się w jakikolwiek sposób).

8. Nie mam kuchenki mikrofalowej (dopisane) – nie lubię, nie potrzebuję i nie widzę powodu do jej zakupu. Uwielbiam odgrzewać jedzenie na maśle, na patelni, aby było smacznie, niezdrowo i kalorycznie. Podgrzewanie? też nie bardzo widzę taką konieczność, bo rondelek mi wystarcza.

9. Nie mam zmywarki (dopisane) – tak bardzo jej nie mam, że nawet o tym nie pamiętałam, znaczy się jest mi zupełnie nie przydatna do życia i świetnie sobie radzę bez niej. Choć właściwie, na jedną, czy dwie osoby, to nie miałaby zbyt wiele do mycia… jeden, czy dwa kubki dziennie? Nie, jest mi zupełnie nieprzydatna, choć coraz więcej osób nie wyobraża sobie jej braku.

Co za to mam? Zdecydowanie zbyt wiele czasu na myślenie, odtwarzacz mp3, kilka kwiatków doniczkowych, szafę z materiału, puste ściany, czas na książkę, spacer, odpoczynek w ciszy i spokoju. Swój rytm i żadnego nadzorcy i poganiacza niewolników nad grzbietem. Chce mi się umyć podłogę, to ją myję, nie chce mi się – to mam ją gdzieś. Poza tym, dopiero w Wersalu widać jaki bajzelnik jest z Nielata… to znaczy, widać, bo na niczym się nie przewracam, o nic nie potykam, wszystko jest tam gdzie być powinno… niestety na Włościach, nigdy mi się tego nie udało utrzymać na czas dłuższy niż nieobecność (np. obozowa) Nielata. Więc zanim zaczniesz ubolewać nad tym, czego nie mam, zastanów się, czy ja to chce mieć, czy uważam za potrzebne. To co jest dla mnie konieczne – to mam. Mnie to starcza, ale nikogo nie mam zamiaru przekonywać do swojego sposobu postrzegania rzeczywistości. :) Każdemu wedle woli i potrzeb – tego sobie i wam życzę.


  • RSS