demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: kuchnia i piekarnik

Znowu przytyłam. Niechby to świstło. Mam ochotę szpetnie kląć i sarkać na cały świat. Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że zaczynam tyć od samego wdychania powietrza. Aż tak znowu sobie ostatnio przecież nie pofolgowałam. Może i trafiła się jakaś czekolada, czy inny słodycz, ale bez przesady. Dużo tego nie było. Do tego staram się nie podjadać i pakować do jedzenia w miarę dużo błonnika. W sensie, że dużo trawy staram się jeść. No. Wodę piję. Tylko z ruchem jest niejaki problem. Przychodzę do Wersalu i zalegam. Obiadek, laptosiek lub książka i kanapa. Brak mi motywacji na to żeby się ruszyć gdziekolwiek. Siedzę więc i nic nie robię, nic w sensie ruchu, a później jeszcze bardziej nic nie robię, bo kładę się spać, a w pracy też nic nie robię, bo siedzę za biurkiem i tylko paluszki i mózg ćwiczę, a zadek rośnie i rośnie, i przestać nie chce. Zwyczajnie, brakuje mi motywacji. Zdaje się, że to kryzys mi się włączył… zaraz zacznę oglądać sportowe samochody, nie daj BUK liściasty – motocykle, a później… strach się bać co może mi jeszcze do tego siwiejącego łba przyjść…

Na pocieszenie trzeba zjeść: Sałatka zielona z żurawiną i gruszką.

Składniki: pół sałaty lodowej, 1/3 miksu salat lub roszponki, 3 średnie ogórki konserwowe, pół ogórka zielonego (lub jeden mały gruntowy), pół puszki cieciorki, 50 g żurawiny ciętej, 50 g słonecznika łuskanego (można podprażyć na patelni), pół papryki czerwonej, jedna gruszka, pół kulki mozzarelli (nie konieczne), mały kubek jogurtu naturalnego, łyżka majonezu. Sól, pieprz. Płatki kukurydziane – jeśli ktoś lubi.

Przygotowanie: sałatę, ogórki, paprykę, gruszkę i mozzarellę  siekamy i wrzucamy do michy, dodajemy żurawinę, cieciorkę i słonecznik. Jogurt mieszamy z łyżką majonezu, dodajemy soli i pieprzu ile lubimy. Mieszamy zieleninę z jogurto-majonezem i wcinamy. Do tego jeszcze można posypać to wszystko płatkami kukurydzianymi – uwaga – uzależnia! (Zdjęcia nie zdążyłam zrobić… zjadłyśmy nim pomyślałam o pstryknięciu fotki).

dynia przejmuje kuchnię…

14

Ogólnie to z dynią miewam różne przejścia. Na pewno, jeśli chodzi o zupę, to zostałam przez rodzinę zobowiązana do nie popełniania jej nigdy więcej. Mnie tam ona smakowała, a że im nie bardzo. Może i nie prezentowała się klasycznie, i pełnoziarniste kluski kładzione nie do końca współgrały z całością, ale oj tam, oj tam. Zupka wyglądała sobie tak.

Cóż, mogę im zamarynować dynię do słoika w kosteczkę i do dodatków do mięs. Pewnie szybciej im przypadnie w takiej wersji do gustu. O dyni z gruszką, czy jarzębiną w marynacie to wspominać chyba nie muszę? Też, właściwie tylko ja się takimi specjałami delektuję. Nic nie poradzę, że takie mało podatne na rozmaitości żywieniowe stado przypadło w moim udziale. Wszystko to nic, gdyż czas na eksperymenty nastał.

Jakiś czas temu, niejaki G., wspomniał coś o nalewce właśnie z dyni, że pił, degustował, i że ona dobra jest. Jak G. mówi, że dobra, to pewnie dobra, bo podobno na trunkach się zna. Znaczy nie mam pewności, gdyż aż tak dobrze G. to ja nie znam, ale nie w tym rzecz. Rzecz jest w nalewce. Nalewce z dyni. Choć raczej powinnam chyba napisać: nalewce NA dyni. Jest tu chochlik niejaki, gdyż nalewka ta ma mało wygodny dla cierpliwych okres dojrzewania. Jednak, czemu by nie. Niech leż, jeść wówczas nie woła.

Nalewka na dyni (nie sprawdzona degustacyjnie, więc, tak jak i ja robię, tak i chętni, mogą ją robić w ciemno… no dobra… posiłkowałam się jednym z forów tematycznych, podobno dobrych, chyba największym w tematyce, aktywnym i postanowiłam zaryzykować, w końcu taka dynia to 0,99 za kg.

Składniki 1: 1 szt dyni 1 – 1,5 kg (mała znaczy się i nasza polska, okrągła, zwykła bania, w kolorze pomarańczowym); 1 litr wódki czystej; 1 x 100 ml spirytusu (lub 200 ml); opcjonalnie, dla maniaków imbiru 1 cm świeżego imbiru (osobiście testuję wersję bez imbiru)

Wykonanie 1: Dynię obieramy, czyścimy z pestek i kroimy w drobną kostkę. Wrzucamy do słoja, zalewamy spirytusikiem, dolewamy wódki tyle, aby całą dynię przykrył wlewany alkohol. Może być, że wódki nam zostanie, to zależy ile nam tej kostki dyniowej wyszło. Zakręcamy słój i odstawiamy w jasne i ciepłe, acz nie gorące miejsce, na minimum 3 tygodnie. Jak zapomnimy liczyć tygodnie i postoi ze 4, czy 5 też nie powinno nic się stać. Nasza praca wygląda na tym etapie tak:

Składniki 2: 1 szklanka (250 ml) wody, 0,5 kg cukru, 1 kawałek kory cynamonu, lub 2 – 3 ziarna kardamonu, lub 3 – 5 goździków – co kto lubi lub czysto bez dodatków (sama woda i cukier).

Wykonanie 2: Po odczekaniu 3 – 4 tygodni, gotujemy syrop z wody i cukru. Syrop możemy, acz nie musimy, wzbogacić o dodatkowe smaki za pomocą cynamonu, goździków lub kardamonu. Jeśli taką opcję wybraliśmy, to wrzucamy do gotującego się syropu przyprawy i zagotowujemy. Byle na małym ogniu, bo pryskający syrop lepiej żeby nas nie poparzył. Zlewamy nasz urobek z dyni do gara, dynię odsączamy, wyciskamy, tak żeby oddała nam możliwie najwięcej wchłoniętego przez siebie alkoholu. Łączymy syrop z dyniowym alkoholem, zostawiamy na dzień lub 2 dni słój już bez kwadracików dyni, żeby się cukier z syropu z alkoholem polubił. Po dwu dniach, przelewamy przez płótno, lub filtry do kawy, lub poczwórnie złożoną gazę (co tam mamy akurat pod ręką, a co nada się do wyłożenia na sitko) dla przefiltrowania i oczyszczenia z resztek dyniowych farfocli. Przelewamy do butelek, zakręcamy solidnie i zapominamy na 6 miesięcy o trunku, który żeby w oczy nas nie szczypał ustawiamy w piwnicy lub na dnie najciemniejszej szafki, do której najrzadziej zaglądamy… żeby nas nie korciło przed połową roku…

Ilość spirytusu, to 200 z nawiasu, nie jest przesadą, daje po prostu nam większe możliwości ustawienia najbardziej przez nas optymalnej mocy trunku, acz przesadzać też nie należy. Do tego warto pamiętać, że część mocy wlanego do słoja alkoholu zostanie rozrzedzona naturalnymi sokami owoców, czy warzyw, a do tego jeszcze dołączy nasz syrop, który też sprawi, że ostatecznie nasza nalewka pozbędzie się kolejnych procentów. Ilość syropu – tu każdy dobiera do siebie, pod swój smak, i pod swój gust. Ja lubię dosyć słodkie nalewki, A. lubuje się bardziej w wytrawnych. Więc spokojnie można sobie dopasować swoje upodobania smakowe.

A co z dynią która została? Ano można ją np. razem z gruszkami i cukrem na marmoladę usmażyć (podobno), do mięs dodać albo poszukać innych opcji jeszcze. Dam znać jak dojdę do tego etapu.

To obok, w większym słoiku to u mnie akurat już nie dynia, a aronia z głogiem. Aronia sklepowa w tym roku niestety, a głóg nadrzeczny plon pospacerowy… i nieco inna metoda uzyskiwania, nieco dłuższa chyba, ale kwestia zabawy i sprawdzenia, czy metoda ma wpływ na smak, to ostatnio moje zajęcie. No i jeszcze nalewka z głogu jest fajna dla tych co to miewają problemy z nadciśnieniem i podobno ogólnie dla sercowców… więc wiecie… może jakaś wycieczka do lasu?

arbuzowe lato

4

Sezon truskawkowy powoli przemija, a na miejsce truskawek wchodzi arbuz. No i dobrze. Choć może nie dobrze, bo uzależnia. Potrafi człowieka przyciągnąć, wciągnąć i rzucić na fotel pod parasolem lub drzewkiem zielonym. Zastanawiałam się, czy podzielić się z wami patentem arbuzowym, czy zachować go samolubnie dla siebie, ale co mi tam. Nie będę sknerą i się podzielę.

„Arbuzowe szaleństwo”

Arbuz – około 1,5 kg (ilość mocno umowna, i zależna od tego co pod ręką,a  proporcje nie są też bardzo sztywne, a w praktyce – z upodobaniem powinny się schodzić) – trzymany w lodówce powinien być, aby się schłodził.

Składniki: 1/3 szklanki wody; 2/3 szklanki cukru; 1 cytryna lub limonka, listki mięty lub natka pietruszki (zieloność i ilość zieloności wg upodobania); cydr lub wino musujące białe lub różowe (dobrze schłodzone w lodówce); kruszon lodowy; zielona lub niebieska parasolka do drinków… opcjonalnie – rum biały , na dolewkę i wzmocnienie smaku. :)

Wodę wlewamy do małego rondelka, wsypujemy cukier i gotujemy syropek, aż się cukier rozpuści. Arbuza obieramy z zieleniny i zostawiamy samą czerwoną część, wywalamy pestki i blendujemy na miazgę, pulpę, czy co tam, razem z sokiem z limonki i miętą lub pietruszką.  Przelewamy do dzbanka, dodajemy syropu tyle aby uzyskać pożądaną słodycz. Dolewamy alkoholu (1 szklanka + 1 kieliszek rumu), jeszcze dolewamy alkoholu, dosypujemy lód kruszony, mieszamy i sprawdzamy, czy proporcje nam odpowiadają… jeśli tak, to pijemy w najlepsze, jeśli nie to dorzucamy tego, czego najbardziej nam brakuje w smaku. :)

Wierzcie mi, wchodzi lepiej niż zimne piwo. Zwłaszcza pite po obiedzie, acz niekoniecznie tylko po obiedzie, bo okazać się może, że aż do kolacji od obiadu, tylko z przerwami na uzupełnienie dzbanka. Rada: składniki można mieć przygotowane zawsze pod ręką, ale mieszanie, najlepsze daje efekty zaraz przed podaniem. Rzecz jasna, lepiej blenduje się w blenderze kielichowym, ale ręczny też daje radę. Sprawdziłam.

Smacznego :)

P.S. Dzień na złapanie temperaturowego oddechu, bo od jutra podobno znowu wraca piekiełko. I dobrze. Szkoda tylko, że akurat bez urlopu jestem. Tyle, że do braku urlopu można się przyzwyczaić, kiedy nie ma się go kolejny (drugi) rok z rzędu. :(

pokrzywa rządzi

2

Słowo się rzekło – kobyłka u płota. Obiecałam pokrzywy Zmorce, więc są i pokrzywy. Co jej żałowała będę. Podzielę się. W końcu tak zaszalałam, że cały zlewozmywak pokrzyw nazbierałam. Zdjęcia może nieco nie ostre, ale za to obiekt… jeszcze dziś na rącach czuję, a rękawiczki miałam przy zbieraniu.

Tak więc pokrzywy nazbierałam, obrałam i zmieliłam, a później zupę z nich nawarzyłam, i zjadłam, aż się mi uszy trzęsły i boczki z radości kolebały.

Składniki zupki: 1 marchewa spora, 1 pietrucha spora, 2 – 3 ząbki czosneczku, kostka rosołowa drobiowa (albo rosołek z niedzieli), liście* pokrzywy tak z 1 litr (zbaneczek litrowy pełen listków lekko ubitych), śmietana (u mnie jogurtowa), sól, pieprz wedle gustu. Opcjonalnie 1 gałązka świeżego lubczyku, 1 jajko, 2 łyżki siemienia lnianego (nie konieczne, ale ja ostatnio mam do niego słabość i w hurcie, do wszystkiego dodaję).

Zupę robi się tak: bierzesz sobie garneczek 3 litrowej pojemności, dla wygody mieszania, a nie żeby tyle zupy gołej gotować. Do ganeczka wlewasz tak z 1,5 litra wody, gotujesz w tym marchewę i pietruchę w kawałkach wygodnych do zblendowania. Z wywaru wyławiasz miękkie warzywa, a wywar zostawiasz – bo to twoja odstawa zupy jest. Pokrzywowe listki sparzasz gorącą wodą i blendujesz razem z czosneczkiem, marchewą i pietruchą, dodając do blendowania (jeśli trzeba) nieco wywaru z marchewy i pietruchy. Wywar, lub cienki rosołek, na kuchenkę, do wywaru przelewasz pulpę zmiksowanych pokrzyw i warzyw, jeśli nie było rosołku z niedzieli dorzucasz kostkę rosołową, zagotowujesz i doprawiasz solą i pieprzem. Jak złapiesz smak, to zabielasz wedle preferencji – śmietana z mąką, sama śmietana lub tak jak ja lubię najbardziej: śmietana z jajkiem + łyżka mąki jaglanej. Zagotowujesz, wyłączasz i wlewasz do miseczki.

Z czym podawać? Ja akurat z ryżem brązowym wczoraj jadłam, ale groszek ptysiowy, grzanki, jajko na twardo, bywa że makaron podobno dorzucają. Sama mam zakusy aby dziś sprawdzić soczewicę zieloną jako dodatek.

… i żeby nie było, że samymi pokrzywami człowiek żyje, to na drugie danie (i ja się dziwię, dlaczego boczki mi rosną i zrzucić ich nie mogę w żaden sposób… ale jak się po dwa dania wsuwa i jeszcze jakiś deserek… to chyba czas przestać się dziwić) … cukinia w cieście z hummusem. Pychota. Panierka pychota, bo cukinia, jaka jest, każdy wie.

Smacznego :)

* – liście do zupy, ale żebyście się nie ważyli wywalać łodyżek i tych mniej ładnych listków, które się trafić mogą. Do garnka z nimi drugiego, zalać wodą, zagotować, zdjąć z kuchni i  przestudzone są rewelacyjne jako płukanka do włosów, albo dodatek do kąpieli… nie pieni się w prawdzie, ale skóra woli pokrzywę od seksownej piany… seksowna to może być (a nawet powinna) bielizna, a nie szybka, wieczorna kąpiel…

blendero-ekspres

8

Tak. Tak to bywa. Tak to jest. Paczka przyszła jeszcze w piątek, a ja rozpakowałam ją dopiero wczoraj wieczorem. Zamiast rzucić się, zaraz po przyjściu z pracy. Rozerwać w dzikim amoku kartony i dobrać się do cudu wewnątrz tego wielgaśnego pudła, ja spokojnie zrobiłam obiad, zjadłam go, poczytałam ze 2 rozdziały książki i kilka takich tam drobnych pierdołek popełniłam, aż doszłam do chwili, gdzie zachciało mi się koktajlu. Już miała sobie odpuścić, pomna niechęci do czyszczenia ścian, gdy mnie olśniło, że w korytarzu nadal stoi wielgaśne pudło. Tak, że nadszedł i czas by przeglądnąć jego czeluście, gdyż było ogromne.

No i w jednym pudle, było drugie pudło, a w nim dopiero osłonięty tekturkami …

… i folią…

… mój nowy nabytek…

No i wdzięczna będę niezmiernie za podpowiedzcie co w tym cudzie techniki kuchennej można przygotować, poza koktajlami, bo te to akurat hurtem i o każdej porze dnia, a bywa, że i nocy… Zupy na krem zmiksowane pewnie też mogą być. No i to małe, obok, to do ziół… ma ktoś? Testował?

Powoli zaczynam się przyzwyczajać, do wieści typu: „Mamo skasowaliśmy samochód. Wylądowaliśmy… (tu wstaw właściwy model lub właściwego kolegę) w rowie, na znaku, w zaspie, na krawężniku* (*- niepotrzebne skreślić).

Poprawka jest taka, że po zdarzeniu i załatwieniu spraw z nim związanych wraca się do domu, a nie do rana kombinuje co i jak. Tak więc po SMSie, że będę około 1 (w nocy), zupełnie się nie zdziwiłam, że o tej pierwszej Go nadal nie było. Natomiast poobdzierane czoło, które zobaczyłam około 2 w nocy już zupełnie mi się nie spodobało. Jeszcze mniej stwierdzenie: „Coś się nam chyba urwało, chyba sworzeń w kole, i wjechaliśmy do rowu, i wiesz samochód zawisł na zderzakach w tym rowie, a jak mną szarpnęło, to sobie otarłem o osłonkę przed słońcem czoło, no i chyba zaczynam czuć pas bezpieczeństwa. Nie ja prowadziłem.”

Tym razem bez krzyków. Zeeen. Pooglądałam, dopytałam, wysłałam do łóżka. Młodego i siebie. Oboje zasnęliśmy jak niemowlęta. On bo zaliczył prawie 2 doby bez snu, oraz adrenalina właśnie zeszła, ja bo jak Młody śpi za ściną pod własną kołdrą to na pewno kilka godzin spokoju na sen mogę poświęcić również ja. Porankiem również bez krzyków, bo co t krzyki dadzą. Na głupotę pomaga tylko umoczenie zadka, i zebranie własnych doświadczeń, inaczej się nie da (może się i da, ale nie koniecznie w odniesieniu do Młodego). Kolejne doświadczenie Młodego więc polega na tym, że nie tylko jego fantazja może doprowadzić do niebezpieczeństwa, ale również mogą do tego doprowadzić inni kierowcy oraz sprzęt, który jest tylko sprzętem, i nie ma co mu bezgranicznie ufać. Nawet jeśli kilka dni wcześniej samochód ów przeszedł przegląd i wbite ma to w dowodzie rejestracyjnym. Kolejną kwestią jest też dostrzeżenie roli doświadczenia w tym jak się człowiek zachowuje w trudnych sytuacjach.

Wszystko to jasne, i proste, do tego Młody dostał nakaz bycia w domu o 20 najpóźniej. Kolega A. ma to po ubiegłotygodniowych eskapadach. Młody od dziś. Kolega M., który był kierowcą minionej nocy… będzie sobie musiał zapracować na mandat, oraz na naprawę samochodu najprawdopodobniej. Jak również mocno tłumaczyć się rodzicom (gdyż miał być zupełnie w innym miejscu niż był) oraz właścicielowi samochodu (gdyż miał być zupełnie w innym miejscu niż był). Do tego kolega M. prawdopodobnie ma załatwiony bark. Tak więc myślę, że i temu panu fantazja na miejscu kierowcy wyszła bokiem, a fakt, że na jezdni może być oblodzenie, zwłaszcza w miesiącu lutym, zacznie być czymś oczywistym, a nie jakimś ogromnym zaskoczeniem.

W ramach ćwiczenia zen zostawiam Państwu przepis na „niby pączki”, które obłędnie wchodzą w każdych ilościach, oraz są obłędnie szybkie w przygotowaniu.

„Niby pączki”

Składniki:  paczka 400g serka homogenizowanego czystego, 3 lub 4 jajka (jeśli małe to 4 jeśli normalne to 3), 1 cukier wanilinowy, 1 płaska łyżeczka proszku do pieczenia, 1/3 płaskiej łyżeczki sody oczyszczonej, mąka 1,5 – 2 szklanki (tak aby ciasto miało konsystencję nieco luźniejszą niż ciasto na kluski kładzione, czyli nieco bardziej „płynne” powinno być), około 1 litr oleju do smażenia, cukier puder do posypania (lub drobny cukier z odrobiną cynamonu).

Przygotowanie: jajka, serek i cukier wsypać do miski i wymieszać mikserem, dodawać mąkę po łyżce, tak aby zyskać gęste, choć sprężyste ciasto. Rozgrzać olej i nakładać ciasto łyżką bezpośrednio do garnka z olejem. Smażyć na złoty kolor. Wyjmować na papierowe ręczniki, osączyć z nadmiaru tłuszczu, obsypać cukrem pudrem i wcinać. :) Smacznego.

Zdjęć nie będzie – nie zdążyłam zrobić. Pączusie zniknęły równie szybko jak się je robi. :)

No i nastawiłam sobie porterówkę, ale muszę ją dosłodzić, gdyż, za namową A. odpuściłam kolejną łyżkę miodu, a teraz jej brakuje. Zapomniałam, że A. preferuje mniej słodkie trunki, a nalewka, czy porterówka lubią być słodkie.  Za „karę” nakarmiłam wegetariankę pączusiami. ;)


  • RSS