demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: Pani na włościach

Zwyczajnie – wyżreć z lodówki lub z szafki coś co termin ważności ma w głębokim poważaniu i żyje właśnie trzecim życiem. Dodając do tego drobny szczegół w postaci humorzastego żołądka. Tak więc w ramach fantazji (i wyjadania z lodówki różności, bez sprawdzania terminów przydatności do spożycia), nie pomna na to co dohtory mówiły (dieta lekkostrawna, produkty jak najmniej przetworzone oraz częściej i w małych ilościach), nażarłam się tego co wpadło mi w ręce i jeszcze samo nie uciekało. Dziś trzeci dzień kiedy moje flaczki mają ochotę mnie udusić. Dobrze, że nie potrafią wyjść ze mnie na zewnątrz, bo zważywszy na to ile metrów flaczków ma każdy z nas, to duszenie mogłoby być bardzo efektowne i mocno widowiskowe… nie mniej jednak, od środka też radzą sobie niezgorzej. Mogłabym rozważać, czy to nie jakiś rotek, ale nie… nie tą razą. Zaleta jest tego taka, że mam posprzątaną lodówkę na włościach i część szafek, a przy okazji się nażarłam. Jednak, nim ten niecny czyn popełniłam (a skłonności do tego rodzaju zachowań destrukcyjnych mam widocznie genetyczne po Matce Rodzicielce, którą notorycznie pilnujemy przed „dojadaniem” resztek), to poszłam sobie byłam, z niejaką A., na szybkie łapanie tego co jeszcze w tej jesieni jest do złapania. Raptem prawie „za dom”, blisko, bliziutko, prawie za bramę, no może rzut beretem dalej, a jednak i tak przyjemnie dla oka.

brak energii

11

Bynajmniej nie tej elektrycznej, a życiowej. Są takie miejsca, które „wysysają” z człowieka energię doszczętnie i całkiem. W tych miejscach człowiek jest wiecznie zmęczony, wiecznie coś jest nie tak jak być powinno, wiecznie są pretensje, żale i inne ale. Do siebie, do bliskich, do innych, do świata. Zrobienie czegokolwiek kreatywnego jest abstrakcją. To chore miejsca i człowiek w nich tez w jakiś sposób czuje się chory.

W moim życiu jest takie jedno miejsce. Zwyczajnie, kiedy tam jestem, zapominam o tym jak potrafi wysysać z człowieka energię. Dopiero w takie dni jak dziś, kiedy jestem od jakiegoś czasu z daleka od tamtego miejsca, widzę jego destrukcyjne działanie. Spada ze mnie jakiś ciężar, czuję się lepiej, nie boli mnie głowa, potrafię się uśmiechać. Może przesadą byłoby napisanie, że świat jest piękny, ale na pewno jest lepszy. Mniej dołujący. Mniej ścinający.

Dla odmiany są miejsca, do których chętnie bym wróciła i już nigdy z nich się nie oddalała. W nich świat jest naprawdę piękny. Nie są to w prawdzie ani mistrzowskie dzieła architektury krajobrazu i wnętrz, nie są to przecudne widoki, ale samopoczucie w tych miejscach sprawia, że świat jest piękny. Żal mi jednego z takich miejsc, bo takiego spokoju w sobie doświadczyłam tylko tam. To miejsce było, jak ukochany dom, do którego wraca się po bardzo, bardzo długiej nieobecności. Marzy mi się, że jeszcze kiedyś spotkam w swoim życiu takie miejsce, w którym będę się czuć tak wyjątkowo dobrze.

Tym czasem, przede mną dziś pierwsza noc na nowym materacu. Oczywiście, że go rozpakowałam. Przecież nie będzie stał pod ścianą, aż się pozbieram na wyszukanie majstra stolarza, który mi stelaż wedle mojego projektu zmajstruje. No chyba, że sama go sobie zmajstruję przy pomocy jednego z marketów budowlanych, który oferuje usługę cięcia płyt na wskazane wymiary. Posiada tez w ofercie różne przydatne drobiazgi niezbędne do zmontowania łóżka. Jednak bez napinki i na spokojnie – w swoim czasie i łóżko będzie, choć sam materac też jest niczego sobie. Może mógłby być nieco twardszy, ale nie ma co marudzić. Nie każdy sypia na desce z odrobiną gąbki, a tak obecnie przedstawia się stan mojego legowiska na Włościach, więc wypaśny materac w Wersalu – to jest nie byle co.

Z kuchnią mam problem niewielki, wiążący się z brakiem dostatecznej ilości szafek na „przydasie”, które już zdążyłam przygarnąć. Jak nic, szafka we wnęce nabiera mocy priorytetowych i nawet są postępy w jej realizacji, właśnie mam poprzycinane tekturki i działam nad rozplanowaniem półek… tak obecnie tekturkowych, ale wizualizacja przestrzenna jest o niebo dokładniejsza niż choćby przestrzenne, ale jednak rysunki, na papierze…

- 10 w Rio

10

Trochę znudzona jestem już tym mrozikiem. W nocy cały czas spada temperatura tak mocno, że -10 wydaje się być całkiem przyjemnym ciepełkiem. Kiedy idę sobie do pracy, mój nos i policzki odczuwają całkiem dotkliwie te -9 jakie się zrobiło w trakcie kiedy szorowałam zęby. Później niby jest lepiej, gdyż koło południa wszystko pływa, ale kiedy wychodzę z fabryki, wszystko znowu zaczyna malowniczo zamarzać i szczypać w nos i policzki.

Do tego moja zielona, materiałowa, dychawiczna szafa, właśnie dogorywa. Odmawia dalszej współpracy i czas jednak wybrać się na zakupy szafowe. Cóż, zostanie mi do końca miesiąca jakieś 100 PLNów w kieszeni, ale co tam. Gorzej bywało. Rachunki w tym miesiącu mam popłacone, żadnych zobowiązań zaległych, więc to prawie rarytas jest. Może wiele szaleć się nie da, ale z głodu nie umrę. Do tego może jakoś ruszę moje zapasy podskórne, które się nie chcą odczepić ode mnie w żaden sposób. Tak więc czas ruszyć po nową szafę. Nowa pralka dotarła cała i zdrowa, a do tego zupełnie fajna… tylko jakoś nie mam co do niej wepchnąć, bo jakaś taka wielka się okazała. Wielka w sensie pojemna i moje ubrania w niej po prostu giną.

Wczoraj zaś miałam ochotę niepomierną na schabowego. Bo tak i już. Tylko, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam tłuczek do mięsa w Wersalu. No i zamiast sprawdzić to zaraz po powrocie do domu, to oczywiście, przypomniałam sobie teraz. Czyli znowu nie sprawdzę, ale jest pocieszenie, jeśli na Włościach mam jeden tłuczek, to istnieje prawdopodobieństwo, że w Wersalu też ma… gdyż miałam dwa w swoim czasie. Niestety istnieje też możliwość, że jeden z nich skończył jako rozpałka do pieca na Włościach, gdyż niepomiernie mnie wkurzał, był mało praktyczny, a do tego jeszcze, cały drewniany był.

No i na takich dylematach mija dzień za dniem. Życie się toczy powoli od poranka do poranka, po drodze zbierając bardzo poważne dylematy, jak to w co się ubrać (w co jeszcze się mieszczę), czy co sobie zrobić na obiad. Zdecydowanie lodówka by mi się przydała, chociaż pewnie dopiero wówczas moje dylematy nabrałyby chłodnego wydźwięku…  cisza, spokój i stagnacja – dobrze mi tak, może nudna i chwilami przygnębiająco, ale dobrze. Mam prawie ten swój wymarzony spokój, tuz w zasięgu ręki, a że okazał się pusty i samotny? Widocznie wszystko ma swoją cenę.

 

słowo się rzekło

18

Zdjęcia chociaż są bez retuszu – i tak poprawiają faktyczny „urok” Włości. Tak więc – zapraszam. ;) Drzwi wejściowe i korytarz…

Skoro już weszliśmy do środka, to przed nami rozpościera się widok na łazienkę, ale do niej… wrócimy nieco później, z uwzględnieniem jej niewątpliwych atutów dekoracyjnych w postaci rur i przecudnej urody płytek (które to pieszczotliwie nazywam ohydkami). Proszę również o zwrócenie uwagi na lewy, górny róg zdjęcia… czyż rury od gazu nie są przepiękne?…

Drzwi po lewej prowadzą nas do … zielonego gaju, a właściwie, na dzień dzisiejszy to już betonowy gaj, ale był zielony…

Zbliżamy się do kuchni… załom korytarza

Kuchnia, kuchnia, kuchnia… :(

Wychodząc z kuchni, po lewej mamy najważniejsze siedzisko w każdym mieszkaniu…

Łazienka… ta „Beretta” podobno jest dobrym i poczciwym przepływowym ogrzewaczem wody. Ma jeden mankament – nie umiem nałożyć osłony na nią w taki sposób, aby nie odmawiała współpracy i nie wygaszała świeczki… tak, tak… mamy tu do czynienia ze świeczką… niestety żadnego biegania po baterie, ale kiedyś… kiedyś mam zamiar to zmienić :P

Opuśćmy więc łazienkę, czas przejść na salony…

i lekki widok, przez podwójne drzwi na sypialnię, a przynajmniej na to co kiedyś nią ma się stać

No więc jest to tak. Nie dosyć, że nie mam telewizora, to jeszcze nie mam również internetu. O ile tego pierwszego braku nie odczuwam, o tyle brak tego drugiego może nie jest wyjątkowo doskwierający, ale jednak, kiedy nagle okazuje się, że po pilnym telefonie nie możesz sprawdzić tego, czy owego, to już zaczyna być drażniące. Myślę jednak, że jest to kwestia przyzwyczajenia.

Brak telewizora daje zaskakująco wiele czasu na różne różności. Przychodzę z pracy, zjem coś, przebiorę się i biorę się za robotę. Ponieważ nie mam napinki i goniących terminów, to pracuję sobie na spokojnie. Taka godzinka demolki na spokojnie powoduje, że robota idzie sprawnie i spokojnie. Owszem, nie da się uniknąć kurzu, stukotów i tym podobnych, ale kiedy brak telewizji w pobliżu, nic tej pracy nie przerywa. Nie ma, że napinka, bo za chwile program lub serial, nie ma że wiadomości i tym podobnych. Pracujesz aż skończysz, a później luz. Spokojnie idziesz do wanny, a później okazuje się, że w sumie to możesz sobie jeszcze film na kompie obejrzeć, albo książkę poczytać, czy też popracować nad nową wiedzą, ot tak dla relaksu. Może to i monotonne, ale wyciszające i do wiosny mam nadzieję najgrubsze roboty porobić, tak abym mogła może jednak przekonać siebie do długich, samotnych spacerów, bo siłownia, czy basen obecnie są postrzegane jako dobra luksusowe i nie szczególnie potrzebne. Pan Doktor pewnie by fuczał, ale wierz cie mi, demolka boazerii i innych dziwnych elementów mojej hacjendy daje odpowiednią ilość ruchu wszelkim partiom mięśni. Do tego, na zakupy, czy do pracy chadzam na piechotę. Tak więc, na brak ruchu nie narzekam.

Na brak rozmów również, gdyż na ten przykład, przedwczoraj nie zrobiłam dokładnie nic, gdyż popołudnie miałam jako sesję telefoniczną. Nie, nie że nagle ja obdzwaniałam cały świat, to świat sobie przypomniał o mnie i dzwonił. Nielat także jeszcze pewnie chwile będzie się do obecnej sytuacji przyzwyczajał, więc godzinna pogadanka to nic nadzwyczajnego. Przecież musi opowiedzieć co gdzie i jak się dzieje.

No i tak to jest. Poszczególne dni różnią się tylko materiałem jaki ściągam ze ścian w dane popołudnie. Aczkolwiek to też nie tak do końca. Gdyż wczoraj, jakoś tak wyszło, że ściągając boazerię w kuchni odkryłam pod nią kolejne pokłady tapet. Normalnie to tapety już zaczynają mi się śnić po nocach. Jeszcze trochę, a dostanę do nich takiej awersji, że nikt, nigdy nie namówi mnie już do tego aby jakiekolwiek kupić z myślą o własnym mieszkaniu…

Jutro postaram się nie zapomnieć tej karty od aparatu i w końcu wstawić te fotki :).


  • RSS