demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: do zapamiętania

Dwadzieścia lat temu, wczesnym porankiem w okolicy godziny 7.35, po nieprzespanej połowie nocy, powitałam na świecie jednego małego wielkiego człowieka. Ogólnie już wówczas nie należał do najmniejszych, ale już wówczas zapowiadał się na zdystansowanego do wszystkiego w otoczeniu. Zaraz po jednym krótkim „łłłeeeee”, najspokojniej w świecie zapadł sobie w drzemkę mając gdzieś wszelkie medyczne poczynania jakie toczyły się wobec jego osoby. Następne „łeee” zwiastowało pusty brzuszek. Tak też zostało mu do dzisiaj. Nie ma najmniejszych problemów ze spaniem we wszelkich okolicznościach przyrody oraz należy zadbać aby był najedzony i… wszystko jest jak być powinno. Ot taki, mały wielki prezent na moje własne kolejne święto.

Wszystkiego dobrego syneczku.

dwa zdania do zapamiętania

6

Młody dziś pierwszy raz w życiu był oddać krew. Zważywszy, jaką grupę krwi posiada, myślę, że Panie w stacji krwiodawstwa były więcej niż zadowolone z jego obecności.

Marudzili tylko nad jego wagą podobno. Jakoś im się nie dziwię. Sama nad tym ubolewam od prawie zawsze. Na razie jednak taki jego urok. Przyjdzie i na niego czas, jak przyszedł i na jego ojca.

Z mojej strony, mam za to z głowy marudzenie o badaniach kontrolnych, bo badania krwi wyszły młodemu dobrze, może nie su[er rewelacyjnie, ale dobrze, wszystko w normach i zdrowy jest. Jeden siwy włos na matczynej głowie mniej.

gaszenie pożarów

18

Wracając do ubiegłego tygodnia, to poza wymienionymi czynnościami około ferdkowymi i około pralkowymi, czas dzieliłam jeszcze pomiędzy szpital (atak epilepsji młodszego PP), policję (donos na pana hrabiego), kuratorów (rozmowy na „wysokim” szczeblu) i sąd (Wersal można oddać bez walki lub przynajmniej spróbować zawalczyć o swoje). Udało mi się dotrzeć do pracy w poniedziałek na chwil oraz w czwartek na dzień cały… Jak dalej tak pójdzie, to zacznę gryźć i wyć. Bynajmniej nie do księżyca.

Dziś też na grande przemieszczanie się z Wrsalu na Włości busem, bo… bo to, bo tamto, bo siamto i owamto. Bo się ochrona przyczepiła w sklepie (owszem bezpodstawnie, ale to nie powód do reakcji takiej ostrej). Bo kuratorka dzwoni (nie kuratorka akurat, ale szkoda mi czasu na tłumaczenie, że tam mają jedno wyjście na miasto, a ona ma źle numer opisany, a kuratorów jest kilku). Bo dzielnicowa dzwoni i chce… coś chce…

Albo moja Rodzicielka zacznie wizyty u psychologa, który jej pomoże uporać się z traumą minionych lat, albo ja wyląduję w wariatkowie z braku możliwości odreagowania stresów i frustracji… tych własnych, moich i tych w spadku po reszcie rodziny…

Zamknięty krąg zależności emocjonalnej, manipulacji, uzależnienia, współuzależnienia i degradacji psychicznej, okraszone zestawem chorób o które nikt nie prosił. Próbuję żyć własnym życiem. Super. Tyle, że mi nie wolno. Mam to gdzieś. I tak będę żyła własnym życiem, mam do tego prawo. Nie jestem partnerem własnej matki. Jestem jej dzieckiem. Nie jestem ojcem moich braci. Jestem ich siostrą.

Tymczasem po prostu jestem i gaszę pożary. Jej pożary. Jej niepanowanie nad emocjami. Jej nerwicę.  Nie dla niej to robię, tylko dla siebie. Prościej i łatwiej jest mi gasić zarzewie niż dogaszać zgliszcza. Ona czuje, że odchodzę mentalnie, więc dostaję nowe i nowe, i nowe zadania. Abym była, nie odeszła, trwała. W tym samym miejscu, zawieszona w czasie, gdzie nie ma przyszłości, jest tylko wszystko zaklęte w przeszłości. Dostaje ataków klaustrofobii we własnym życiu.

Nie cofnę się już. Nie teraz, gdy powoli zaczęłam układać sobie ścieżkę. Kiedy zaczynam się uczyć o tym co tu i teraz, odrywać się od przeszłości, rozkładać ją na czynniki pierwsze i rozumieć, oswajać ją i widzieć, że nie muszę się z nią godzić, ale walka też nie ma sensu. Powoli przestaję się szarpać z przeszłością. A tego właśnie nie mam wg niej prawa zrobić. Nie mam prawa rozliczyć przeszłości, mam ją pamiętać, mam w niej trwać. To prawo, prawo do godnego i samodzielnego życia, więc nadałam sobie sama, bo chce iść do przodu. Zobaczyć co będzie dalej. Bogatsza przeszłością, nawet tą poranioną, idę do przodu. Już to zaczęłam i nie pozwolę sobie przerwać, nie dam się ściągnąć z tej drogi… już nie. Nie tym razem. Nie jej.

czytam, czytam i takie tam

2

Faktycznie, czytam różne większe i mniejsze brednie i poważne rzeczy. Prawie wszystko to co wpadnie mi w łapy i bynajmniej nie jest to literatura lekka, czy rozrywkowa, chociaż dla mnie akurat stanowi rozrywkę. Są książki, które czytam bo mnie interesują, bo ktoś mi je polecił, bo mnie zaciekawiła recenzja, bo wrzuciłam je do koszyka w bibliotece, a stały na moim ulubionym ostatnio regale. Nie jest tajemnicą, że tematyka ociera się o „czary mary”. Acz w stopniu nie większym niż programowanie neurolingwistyczne. Tak, zgadza się, moim zainteresowaniem obecnie jest to jak myślimy, postrzegamy rzeczywistość i dlaczego tak, a nie inaczej.Wszystko to dlatego aby wiedzieć, na ile tak na prawdę możemy wykreować swoją własną rzeczywistość i na ile tak na prawdę możemy kierować się własną wolną wolą oraz w jakim stopniu możemy zabezpieczyć się przed manipulacją z zewnątrz, oraz manipulacją własną. Tak, tak, sami siebie manipulujemy jeszcze skuteczniej, dokładniej i efektywniej niż manipuluje nami otoczenie zewnętrzne. Ogólnie to po prostu można napisać, że obecnie fascynuję się potęgą ludzkiego umysłu. Czytam więc różne książki, często gęsto autorów którzy pozostają w antagonistycznych układach wyznawanych poglądów. Tak więc i o dianetyce (to ci od scjentologii się nią kierują), i o coachingu, i o programowaniu neurolingwistycznym, o hipnozie, oraz rzecz jasna o Panu Zbysiu Freud-zie i jeszcze kilku takich tam. Czytam i świeckich i duchownych autorów. Czytam to i owo i uważam, że… Uważam, że właściwie powinno się czytać i dobre i złe książki. Złe, aby docenić te dobre, a te dobre, aby wiedzieć, które są tymi złymi. I dochodzę do wniosku, że niektórzy to zupełnie nie powinni brać się za pisanie książek, a już nie daj boże poradników, za kosmiczne pieniądze, bo są tak zadufani w sobie i tak przekonani o swojej nieomylności, że aż kłuje to po oczach. Nie lubię nie doczytać książki do końca. Z każą kolejną przeczytaną stroną, mam nadzieję, że autor jeszcze napisze coś ciekawego, zabawnego, albo po prostu, że napisze coś w sposób sensowny i wiarygodny. Wszak półka stała w dziale naukowym, a nie w beletrystyce, czy fantasy… no więc nie mogę. Tej jednej nie mogę do końca doczytać. Na 100 stronach wyłapałam tylko kilka akapitów, niebyt długich, sensownej treści, reszta, czyli jakieś 95 stron, to lanie wody i naciąganie czytelnika. Może nie na pieniądze, ale na marnotrawstwo czasu i energii i doprawdy, tym co próbuje ratować książkę jaką mam na myśli to cytaty poprzedzające treści poszczególnych rozdziałów. Reszta to dla mnie bicie piany i przyrost kasy w banku autorki.

Straszne jest to, że książka owa napisana jest językiem aspirującym do wywodów naukowych. Niestety tylko wywodów, a nie dowodów, czy merytorycznej dyskusji.

Po co więc o tym piszę, skoro nawet tytułu nie podaję? Z prostej przyczyny – dla pamięci własnej, że są pewne książki, dla których nie warto tracić czasu. Tytuł i autora mogę wskazać na mejla, gdyż reklamy nie mam zamiaru fundować tej pozycji. Unikać, unikać i jeszcze raz unikać. Nie powiem jednak, że sposób działania autorki, zwłaszcza przedstawianie siebie jako autorytetu i prekursora dziedziny w naszym kraju, daje dobry pomysł, na łatwy i szybki biznes… przecież poradnik są obecnie bardzo, bardzo popularne, a poradniki z pseudonaukowym zacięciem, to rewelacyjny zabieg marketingowy… szkoda tylko, że temat interesujący, racjonalny w argumentacji został spłaszczony i przedstawiony miałko oraz gratulacje za majstersztyk w unikaniu mówienia o problemach w realizacji tak genialnych założeń… niestety, nie wystarczy obejrzeć jeden film by stać się autorytetem…

update 12.00

Właściwie cały konsensus nurtującego mnie ostatnimi czasy problemu oddają dwa wpisy z jednego bloga. Treściwie, rzeczowo i bez bicia piany. Mniej niż pół strony po wydruku… a tyle sensu.

część I

część II

sny, dziwne sny

1

Właściwie nie pamiętam dzisiejszego snu. Pamiętam za to słowo, które było w nim ważne, i które miałam zapamiętać, i które od chwili przebudzenia plątało mi się po głowie tak upierdliwie, że sięgnęłam migusiem po tableta i zapodałam owo słowo magiczne wujkowi googlowi i… jest. Czyli nie jest to słowotwórstwo mojej podświadomości, tylko realny przekaz, ale… nadal nie wiem co ono znaczy, gdyż zupełnie nie naszym polskim słowem się ono okazało. Mało tego, nie jestem pewna w jakim ono jest języku. Obstawiam języki skandynawskie, ale pewności nie mam, to domniemanie na podstawie tego co mi wujek googiel szepną skrycie aż 3 wskazaniami.

Pozwoliłam sobie na skopiowanie jednego z trzech wskazanych przez wujka googiela dokumentów zawierających owo słowo. Nie przypominam sobie, abym z nim, czyli z tym słowem, miała kiedykolwiek do czynienia. Za wskazówki co ono znaczy, czy z jakiego języka pochodzi, będę wdzięczna. Słowo to brzmi: daktylista.

Nie mam całkowitej pewności, że jest to słowo właściwe, gdyż pamiętam je fonetycznie, oraz zapisałam je w znanym sobie alfabecie, więc niekoniecznie jest ono tym, co miałam zapamiętać. Dodatkowo, mam przekonanie, że miało formę żeńską, czyli w brzmieniu było zbliżone do: „daktylistka”. Nic więcej niestety nie pamiętam.


  • RSS