demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: listy nigdy nie wysłane

widocznie sobie blog…

2

… leci w kulki. Osobiście widzę fotki i na prawdę nie wiem dlaczego Wy ich nie widzicie. Sprawdzałam na dwu różnych komputerach z dwu różnych łączy. Żeby nie było. Również na telefonowym wifirifi w sieci jednej fastfudowej się wyświetliły. Doprawdy, nie rozumiem tego. Zwłaszcza, że podjęłam żmudną i monotonną procedurę wrzucenia ich również do blogowej zdjęciowej galerii i publikację z tegoż to miejsca… co nic nie dało niestety. Pozostaje mieć nadzieję, że onet się opamięta, i że „samo” się naprawi. Nie o tym jednak chciałam.

Wczoraj wieczorem, jakoże miałam całkowitą niechęć do jakichkolwiek działań technicznych, to różne rzeczy przychodziły mi do głowy. Jak nic, brakuje mi kanapy do przemyśleń z lampką wina i patrzeniem przez okno. W daleką siną dal. No więc kiedy tak nic nie robiłam i tak sobie myślałam, to przypomniała mi się jedna stara piosenka. Idąc za ciosem, przypomniała mi się też i druga, również nie najmłodsza. Tak więc, żeby nie było, to właśnie poniższe małe co-nieco się mi przypomniało.

… tak się zastanawiam, czy pisanie listów na papierze, w dobie elektronicznych wiadomości, jest czymś więcej niż fanaberią, lub niegroźnym dziwactwem. Sama, wolę pisać odręczne listy jeśli mam wybór i czas nie gra roli wiodącej. Kiedyś, jako głupia kretynka, spaliłam całą stertę listów od ważnej osoby. Po dziś dzień mam żal o to do siebie. Dziś, byłoby to piękne wspomnienie. Może nieco infantylne, ale i tak pełne uroku i nostalgii.

Każdy ma własne fobie. Każdy boi się, że coś się stanie albo, że stanie się tak, a nie inaczej. Ogólnie rzecz ujmując, można ten stan zamknąć w stwierdzeniu: i tak będzie jak zawsze.

Faktycznie, nie ma szans aby było inaczej, kiedy jesteśmy nastawieni, że się nie uda to co robimy, że schemat się powtórzy i że, zwyczajnie, będzie właśnie – jak zawsze. Dlaczego jednak tak jest? Ano jesteśmy tak bardzo zafiksowani na tym czego się boimy, na tym czego nie chcemy aby miało miejsce, że krok po kroku, decyzja, po decyzji, działanie, po działaniu – właśnie do tego dążymy. Podświadomie do tego dążymy, podświadomie kierujemy naszą energię i działania na cel i to cel negatywny. W końcu przychodzi czas, kiedy możemy usiąść, zwiesić głowę i powiedzieć, że wyszło jak zawsze i/ lub: a nie mówiłem, że tak będzie i/lub: wiedziałem, że tak będzie, że tak to się skończy… bo zawsze tak jest, zawsze jest tak samo.

Gówno prawda. Zawsze jest tak samo, bo sami do tego dążymy i nie pozwalamy aby było inaczej. Nie dajemy sobie szansy na nowy schemat, który może prowadzić do nowego zakończenia, bo tak bardzo jesteśmy skoncentrowani na tym czego się boimy i czego nie chcemy, że nie zostaje nam już wiele energii na to czego chcielibyśmy. Tracimy z oczu prawdziwy cel. Cel, który czasem bywa wisienką na torcie naszych marzeń. Często, bardzo realną wisienką, do której prawa odmawiamy sami sobie. Wisienką, na którą sami sobie nie dajemy szansy. Niestety tak we wszystkim i na okrągło, każdego dnia. Więc może czas pomyśleć jak to zmienić i zacząć myśleć o tym czego się chce, a nie koncentrować na tym czego się nie chce…

Czego ja chcę? Spokoju, przyjaźni, miłości, pracy którą polubię, godziwego wynagrodzenia i banku, który udzieli mi kredytu bez marudzenia… wszystko czego pragnę jest realne, możliwe do osiągnięcia, więc dlaczego sama sobie rzucam nieustająco kłody pod nogi? Bo musiałabym przestać się rozczulać nad sobą i marnotrawić siły i czas, i zacząć działać? Zapewne w tym tkwi problem… bo łatwiej jest się schować za porażką i znaleźć dla niej usprawiedliwienie niż podjąć wyzwanie i próbować zawalczyć, o coś co może nie jest łatwe, ale może okazać się osiągalne i wykonalne… a do tego miłe, przyjemne i satysfakcjonujące…

… i tak, tym czego najbardziej bałam się przez ostatnie miesiące było to, że Ludź mnie zostawi, więc cóż… przy założeniu, że jego fobia była taka sama, i że każde z nas na swój sposób umacniało swoje przekonanie, o tym, że będzie jak zawsze, to… nie mogło to dojść do innego miejsca niż to w jakim się znalazło… A gdybyśmy już na początku poznali swoje fobię i podjęli wysiłek aby je oswoić i przejąć nad nimi kontrolę, czy moglibyśmy powiedzieć kiedyś: O kurcze – nie jest jak zawsze, o kurcze – więc jednak nie zawsze musi być tak samo?! Super i fajnie…

Czasem, jedyną sensowną rzeczą jaką możesz zrobić kiedy kogoś kochasz, to odejść. Zanim zadręczysz siebie i jego, możesz odejść. Zanim popadniesz w paranoję zadręczania swoim zachowaniem i siebie i Jego – możesz odejść. Sensowna rzecz nie znaczy właściwa, ani taka jaką chciałoby się zrobić, czy podjąć. Może to ucieczka, ale… jeżeli ktoś nie chce, nie może, nie widzi potrzeby, czy boi się* – nie można go zmusić aby razem z Tobą zamkną oczy i rzucił się w przepaść ryzyka. Może i jestem egocentryczką, ale to jak bez najmniejszego protestu przyjąłeś moją decyzję – właśnie to, mnie całkiem załamało. Poza kilkoma chwilami na początku, nigdy nie zabiegałeś o mnie. Dlaczego? Bo byłam nie dość dobra, nie dość bystra, nie dość ładna…? W życiu nic nie jest pewne, a miłość… miłość można poskładać do papierowej koperty i schować na dnie szafy, i wyciągać ją tylko, kiedy nikt nie widzi, i nikt nie patrzy… przez ten cały czas, nawet jeden raz nie powiedziałeś co do mnie czujesz. Nawet dzisiaj – nic nie powiedziałeś. Nigdy nie powiedziałeś, że choćby odrobinę mnie lubisz…

Chciałam krzyczeć: Dlaczego boisz się zaryzykować? Dlaczego?… Dlaczego mnie nie chcesz… dlaczego mnie nie potrzebujesz, jak ja potrzebuję Ciebie… tylko czy to cokolwiek by dało? cokolwiek zmieniło?…

* – każdy niech zdecyduje wedle siebie

wrażenie dziwne mam

10

Wrażenie, że o czymś zapomniałam. W pracy, że zapomniałam. Zazwyczaj, przed weekendem, zapisuje rzeczy nieskończone lub pilne do zrobienia na poniedziałek, ale… coś mi mówi, że tym razem to jednak nie bardzo. Nie zamówiony toner, już nadrobiłam, inne takie właściwie wygląda, że są zrobione, ale… coś mi umyka. Jakoś tak średnio jednak mnie to obchodzi. Wcześniej, lub później samo się pokaże… z moim szczęściem, raczej wcześniej niż później. Więc poczekam.

Ostatnio ćwiczę się w czekaniu. Gdzie się nie odwrócę – na coś czekam. Na termin rozprawy rozwodowej rodziców, na decyzję o przyjęciu Nielata do wybranej klasy (nie pisząc egzaminu – został wyrzucony przez system – pojutrze ma się ostatecznie okazać do której klasy trafi), na komisję eksmisyjną Pana Hrabiego (jutro), na decyzje jakie podejmie Rodzicielka, kiedy już wcześniejsze sprawy znajdą rozwiązanie. Czekam na inne ważne dla mnie i istotne słowa. Czekam. Nie szkodzi, jestem cierpliwa, poczekam. Nawet jeżeli czekanie nie jest moją mocną stroną. Wolę działać. Wolę wiedzieć. Czekanie podobno ćwiczy charakter. Więc go ćwiczę. Właściwie nie mam innego wyboru.Lecz kiedy kolejne czekania znajdą swój finał, będę mieć wiele decyzji do podjęcia, tylko jeszcze nie wiem jakie one będą… więc czekam…

… i buty sobie kupiłam. Wysokie, niebieskie sandałki na koturnie. i… ciasto jogurtowe z truskawkami i kruszonką popełniłam, i dziś z bananowcem mam zamiar się zmierzyć, i Ferdka dziś jeszcze do dohtora na oglądanie zawieszenia zawozić będę, i jeszcze, jeszcze milion spraw, a wszystko tylko po to aby przestać myśleć. Niemyślenie dobrze mi robi na literki. Czuję jak się zbliżają. Czekam na nie z czystą kartką i butelką czerwonego wina, może mnie odwiedzą kiedy Nielat ujedzie w chaszcze i leśne ostępy na kilka dni… Tak, na nie też czekam, bo od wielu miesięcy nie miałyśmy dla siebie czasu, a może bardziej miałyśmy niechęć do siebie? Wrażenie dziwne mam, że jakby nie było, przecież, do cholery jakoś to będzie…

Jeśli strzelać sobie w kolana – to najpierw celnie wymierzyć należy. Nie zostawiłam nic dla siebie. Oddałam wszystko, wszystkie myśli. Co mam dla siebie? Nic wiele. Tylko czekanie i może łut nadziei…

mam problem…

13

… kobiecy. Nie mam się w co ubrać normalnie. Od siódmej rano plączę się w szlafroku. Śniadanie i poranna kawa w tym stroju? Czemu nie, zwłaszcza w niedzielę. Jednak, już obiad, to niekoniecznie. Owszem, najchętniej zaryłabym nosem pod kołdrę. Jednak po co. Bez tego też całkiem nieźle tkliwię się sama nad sobą. Oj jaka ja biedna, samotna, nikt mnie nie lubi, nikt mnie nie kocha. I Uj jeden. Stara, głupia, naiwna.

Wyciągam więc zeszyt i piszę. Rozprawiam się w nim z przeszłością. Pewnie braknie w nim miejsca. Kiedyś. Nie szybko. Nie łatwo jest się zmierzyć z każdą negatywną emocją. Nie łatwo jest samemu odwrócić ją pod każdym kątem i być przy tym ze sobą szczerym. Samooszukiwanie się jest takie pociągające. Niemal erotyczne. Problem jest tylko jeden. Dorosłam do tego by wiedzieć czego chcę, tylko jeszcze muszę siebie przekonać, że nie tylko chcę, ale również na to zasługuję.

… Kofany Tatusiu spierdoliłeś mi życie. Zrobiłeś to po mistrzowsku i koncertowo. I jeżeli nadal uważasz, że to moja wina, że Twoje idealne życie pasożyta, sadysty i psychopaty dobiegło końca, i że to przeze mnie wszystko się w Twoim życiu wali na głowę, to… bardzo się z tego cieszę. Rzekła bym nawet, że jesteśmy więc kwita… tyle, że nie jesteśmy. Nigdy nie będziemy. Nie ważne co byś nie zrobił, nigdy już nie odpłacisz mi za swoje błędy. Zawsze będziesz miał dług spory u mnie. Nigdy już nie będę małą dziewczynką, która zamiast Twojej miłości dostawała nocne bieganie na bosaka po śniegu. To jeden z prezentów świątecznych od Ciebie. Pamiętasz? Nie sądzę. Zbyt wiele było takich nocy, byś mógł którąś zapamiętać szczególnie. Widzisz, problem w tym, że kochałeś jedynie siebie, a teraz, teraz, to ja za twój egoizm płacę… widzisz, przez Ciebie utrwaliłam sobie schemat, że faceci tylko ranią. Skoro ranią, to lepiej żyć mi bez nich. Więc widzisz, wybieram takich którzy mnie nie chcą, albo przed nimi uciekam, a czasem, przed własnym do nich uczuciem… bo dałeś mi do zrozumienia tyle razy, że miłość mi się od Ciebie nie należy, że na nią nie zasługuję, że dawno straciłam rachubę… i teraz… teraz też, nadal wierzę, że mi się ona nie należy… więc wiesz, Kofany Tatusiu. Nie licz na mnie. Nigdy na mnie nie licz. Bo nauczyłeś mnie też, że jeśli podasz komuś rękę, podasz serce, to on ciebie zniszczy… tak jak ty zniszczyłeś nas, mnie i moje życie… i nie oczekuj na nic, bo słowa dotrzymam, bo widzisz, tak jak Ty, jestem nieziemsko uparta i jeszcze bardziej pamiętliwa…

… … …

6

Właśnie zastanawiam się co zrobić z weekendem. Nagle okazało się, że mam cholernie dużo wolnego czasu. Stanowczo za dużo jak na obecną chwilę. O wiele, za wiele. Nie mam siły na książkę, ani na film. Mój podręczny, żelazny zestaw normalnie się popsuł i nie działa, ale to zapewne wina gorączki, która właśnie dziś mnie dopadła wraz z zabitymi zatokami. Mam dziwne poczucie, że mój organizm chce nadrobić w chorowaniu ostatnie półtora roku, kiedy nic mu nie dolegało.

Naćpałam się różnych takich i zaraz idę na siłkę. Ostatni raz byłam jeszcze w niedzielę. Nie ważne, że padnę jak przecinek po kwadransie najdalej. Nie mogę siedzieć w domu, bo oszaleję i zrobię coś, czego mogę później bardzo, bardzo żałować. Mam nadzieję, że jutro jednak będę mieć lepsze samopoczucie, a do tego, że pogoda będzie bardziej sprzyjała wychodzeniu w teren. Potrzeba mi lasu. Zapachu ziemi i drzew. Rozproszonego światła i szmeru strumienia. Potrzeba mi miejsca, gdzie zatrzymam czas i przez chwilę będę umiała myśleć o niczym. Wiem. Jestem żałosna. Ten typ tak ma. W pakiecie standardowym. Więc może wieczór minie pod znakiem „Underwolrd”-ów… nie, to też nie jest dobry pomysł…

… wróciłam do pierwszych mejli. Jesteś hipokrytą w równym stopniu co ja jestem kretynką… „a kiedyś się zobaczy” zabrzmiało jak obietnica, którą nigdy się nie stało, a której trzymałam się jak kotwicy… szkoda również, że szybko zapomnieliśmy o otwartości i każde z nas zamykało się za własną ścianą lęków i przeszłości...


  • RSS