demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: rozrywka

W końcu się doczekałam końca remontów w Wersalu. Teraz jednak czeka mnie sprzątanie przez kilka dni co najmniej i wnoszenie poprawek autorskich, oraz ponowne prześciganie majstra, który tak wieszał karnisz, że spierdolił robotę. O nie założonej lampie wspominać nie będę, choć przyznam, że zwyczajnie to boję się otworzyć pudło z kloszem, gdyż sam sznur od lampy wisi… takie częściowe wieszanie lampy raczej słabo rokuje. Oczywiście jest jeszcze kilka niedoróbek, które mnie doprowadzają do szaleństwa, ale ćwiczę zen. Mam świadomość, że kilka z tych niedoróbek najprawdopodobniej zupełnie nie rzuciłyby się innym w oczy, ale mnie się rzuciły.

Doprawdy, nie pojmuję, jak to jest, że w tak pustym mieszkaniu, jest tyle do sprzątania. To taki ewenement, który odwiecznie mnie zadziwia. Nim człowiek skończy sprzątać z jednej strony to z drugiej musi zaczynać od nowa, i tak w koło Macieju.

Do tego odzwyczaiłam się od tego łóżka i od poduszek spadających za łóżko. Zdecydowanie mam już listę wydatków gotową na kilka najbliższych wolnych złotówek do zagospodarowania lub… na pogłębienie mojego związku intymnego z bankiem, bo bez pralki, szerszego materaca i szafy to ja dziękuję i wolę jeździć na Włości, gdyż męczarnia to jest, i bajzel i normalnie porażka jakaś. Od szafy pewnie zacznę swoją rozpustę wydatkową. Mam już taka jedną nawet upatrzoną. Zaraz, za szafą, w kolejce stoi pralka, gdyż wożenie tam i na zada łachów przez minione lata zwyczajnie mnie znużyło i sensu większego to nie ma. Tym bardziej, że pralka na Włościach jest kapryśna i strzela czasem focha, a ostatnio chyba zaczyna grzechotać łożyskami. Wozić grata mija się z celem. To, że trzecie miejsce zajmuje materac, to oczywista oczywistość i doprawdy musiałam mocno się w sobie zebrać, aby zepchnąć go dopiero na trzecią pozycję. Tak, przez pewien czas był na pozycji pierwszej, przeważyło jednak praktyczne podejście, gdyż jedyną wadą obecnego materaca jest jego szerokość. Jakość ma dobrą, tylko wąski jest.

Tak więc zima sobie jest jak była, mrozik trzyma raz większy raz mniejszy, śnieg jak napadał tak jest. Młody Tico wysłał do Ticowego nieba. Znaczy się po prostu zrobił mu takie kuku, że nie opłaca się go leczyć. Szkoda mi tej kasy, która raptem 2 tygodnie temu w nie włożyłam, ale naprawiać go nie będę. Z topieniem kasy w samochodach też trzeba wiedzieć kiedy przestać. Wkładanie za naprawę więcej niż auto jest warte to głupota, dopuszczalna jedynie w przypadku aut kultowych (taki na przykład Ford Mustang albo inne coś), a nie gracika. Tak więc Młody w końcu ma swój chrzest kierowcy za sobą, i albo teraz się nauczy jeździć rozumnie, albo niech mnie nie miesza do swoich samochodowych poczynań.

Tak więc życie się toczy dalej nie zważając nawet jakoś szczególnie na nasze chcenia, czy nie chcenia, dając nam czasem trochę dobrych rzeczy, a czasem trochę kopiąc w dupę.

jarmark był

2

W mieście na Włościach był jarmark przez weekend. Znaczy nie, że kramy były, nic z tych rzeczy. Inscenizacje były dla upamiętnienia wizyty króla w naszym grodzie. Inną rzeczą jest, że wizyta owa była milion lat temu, a do tego odbywała się w styczniu, a nie w lipcu, ale raczej nikomu nie chciałoby się całe dwa dni na mrozie siedzieć, ani z mieszczan, ani tym bardziej z tych co to się przebierali. Niestety Perełka niedomaga w popołudniowym świetle bez statywu, a Heniek, jak to Heniek – kupowany był do dzwonienia, a nie do zdjęć robienia, ale coś tam mam. Resztę ma A.

Hrabia czeka na powitanie króla (zdjęcie niestety nie oddaje kunsztu stroju, zaś zdjęcie Króla niestety całkiem i zupełnie nie ostre mi wyszło)

mieszczki śpiewające i w zamyśle tworzące hafty, a na pewno mieszkanki poprzebierane w długie spódnice, oraz czepce… zważywszy na temperatury, tylko podziwiać :)

stragan z ziołami (nie istotne, że „straganiarka” nie miała bladego pojęcia, co ma na stole, a do tego o wrotyczu mówiła, że to dziurawiec… i że podobne… dla mnie zupełnie nie, tyle, że też żółte, no ale… miała tam jednak i wrotycz, i nawłoć, i krwawnik, i kozłek lekarski oraz zieloną hortensję – to dla ciekawych, i dla mojej pamięci)

pralka automatyczna … matka pilnuje, córka pierze…

No i do tego jeszcze na osłodę przygrywał zespól muzyki dawnej, trójka tancerzy wykonała niewielkie przedstawienie zestawiając ze sobą dawne tańce dworskie, była salwa z muszkietów, a wcześniej „na podgrodziu” i z łuków można było postrzelać i innych atrakcji zakosztować. Wieczorem zaś, jeszcze mały spektakl miał być, ale A. musiała wracać, a cóż, jakoś tak wyszło, że wróciłam z nią, choć na spektakl ochotę miałam. No i tak to mi minęła sobota po tym jak już ogarnęłam włości, odprawiłam pranie pościeli i milion innych sprawunków, choćby w postaci wielkiego gara botwinki na wodzie z ogórków małosolnych – mlask wyszła nie chwaląc się.

No i jeszcze (podkradziony od A.) taneczny pokaz oraz sam Król Jan Kazimierz we „własnej” osobie (też od A. rzecz jasna)


  • RSS