demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: rozrywka

Piękna reklama się wyświetla nad stroną mojego bloga: BLOGERZE PRZENIESIEMY TWOJEGO BLOGA!!!

Super! Zwłaszcza, że poniżej jest przypomnienie kiedy nastąpi wygaszenie platformy blog.pl. Blogerze, nie czekaj, korzystaj. Czas się kończy – krzyczy reklama w domyśle.

Napiszę BLOGERZE ZATRZYMAJ SIĘ I ZASTANÓW. Oto masz możliwość przejścia na własnego bloga. Gdzie tkwi haczyk? Bo jest. Wszystko co piękne ma opakowanie, w środku piękne tak bardzo już nie jest. Oto sposób jak szybko zarobić na blogerach. Proszę bardzo – ucz się Onecie. Ty nie potrafiłeś, a teraz na Twoim nieudolstwie, a może za przyzwoleniem, firma reklamowa zbija kokosy.

Cytat: „DLA BLOGERÓW

1. Zamów hosting, dobierz do niego domenę i certyfikat SSL za 1 zł

2. Poczekaj na kontakt opiekuna i wybierz odpowiedni dla siebie szablon

3. Odbierz gotową stronę na nowym adresie WWW

PRZENIESIEMY TWÓJ BLOG ZA CIEBIE.
NIC NIE MUSISZ ROBIĆ”

Otóż, drogi blogerze – nie trafiasz do kolejnego darmowego serwisu blogerskiego. Nic z tych rzeczy. Nie trafiasz nawet do płatnego serwisu, no chyba, żeby owa firma wykupiła domenę blog.pl, ale nie sądzę aby tak było. Drogi blogerze, właśnie kupujesz swoją niezależną stronę w internecie. Swój mały „jednorodzinny” blog, gdzieś na zadupiu. Gratuluję. Będziesz od teraz płacił za niego miesiąc w miesiąc wedle opcji przez siebie wybranej.  Będziesz samotny jak palec, bo strona niezależna, to strona niezależna, a nie serwis z wyszukiwarką, kategoriami, poleceniami. O tym będziesz mógł pomarzyć. Tak w ogóle Serwis to taki mrówkowiec z dużego miasta. Pięćdziesiąt (albo i sto pięćdziesiąt)  klatek, co najmniej 10 pięter, milion osób zamieszkałych. Teraz wyprowadzasz się w miejsce, gdzie żeby zostać dostrzeżonym musisz podać innym swój dokładny adres. Gratuluję niezależności, ale zapomnij o wielkiej karierze blogerskiej – takie przenosiny dla zwykłego grafomana są śmiertelne. Będzie Twój blog konał w zapomnieniu. Twój blog oto przechodzi teraz w fazę wydłużonej agonii do czasu, aż znudzi ci się płacenie comiesięcznego haraczu lub, aż firma zwinie żagle… nie zostawiając ci zbyt wielu możliwości. Właściwie to nie da ci żadnych możliwości bo będzie miała Ciebie drogi Blogerze, jednakowo w „siedzeniu”, jak ma to Onet. W najlepszym razie dostaniesz swoją domenę, ale co z hostingiem… tu może okazać się, że warto robić sobie kopie zapasowe swojego blogaska na własnym dysku, gdyby jednak hosting poszedł, któregoś razu na spacer i nie wrócił.

Popatrzmy dalej na ten raj.

1. Za stawkę podstawową masz: „Instalacja WordPressa na domyślnym szablonie (bez konfiguracji); Przeniesienie zawartości bloga”. Brawo TY. Jeśli nie radzisz sobie z przeniesieniem bloga na darmowy serwer blogerski (nadal w sieci jest kilka takich serwisów), tu też polegniesz. Chyba, że uważałeś na lekcjach informatyki mówiących o tym jak Internet wygląda od wewnątrz… o ile takie lekcje miałeś. Jeśli miałeś to ignorujesz tę reklamę. Może być, że jesteś bystrym samoukiem i po kilku niedospanych nocach, rzuceniu wielu niecenzuralnych słów wygrasz i Twój blog będzie taki jak sobie wymarzyłeś. Brawo Ty. Jesteś w zdecydowanej mniejszości i ta reklama właściwie nie jest dla Ciebie.

2. Za stawkę kolejną masz do dyspozycji: „Instalacja WordPressa; Konfiguracja szablonu WordPress – 3 szablony do wyboru; Przeniesienie zawartości bloga;Instalacja wtyczki społecznościowej”. Super. Tylko dyszkę miesięcznie więcej. Szablony niby 3, ale całkiem zdaje się przyjemne dla oka. Da się przeżyć. Blog przeniesiony, no i jest pewnie połączenie z fejsbuczkiem. Gloria. Fejsbuczek to podstawa. Nadal jednak szału nie ma. Da się żyć o chlebie i wodzie, ale zawsze będzie kusiło to co poza zasięgiem, a co często będzie do odnalezienia za darmo w czeluściach internetu…  chociażby na googlach konto tworząc… albo na wordpress.com, albo…

3. Dorzuć dwie kolejne dyszki, a otrzymasz pakiet mercedes: „Instalacja WordPressa; Konfiguracja szablonu WordPress -  6 szablonów do wyboru; Przygotowanie 3 grafik na potrzeby szablonu; Przeniesienie zawartości bloga; Instalacja i konfiguracja wtyczki społecznościowej.” No wreszcie masz możliwość żeby poprosić o nieco indywidualizmu. Niech wrzucą coś Twojego, co wyróżnić może Twoją stronę z tłumu, ale… nie za bardzo… bo pamiętaj, szablonów jest 6, a grafiki, to tylko jego fragmenty.

Drogi Onecie, lekko licząc, w kategorii życie codzienne masz 2 064 015 wpisów otagowanych (bo chyba nie blogów), inne kategorie zazwyczaj są nieco poniżej 1 000 000, realnie licząc, a może zaniżając – przyjmijmy, że istnieje około 10 000 blogów czynnych (dla łatwości obliczeń oraz pamiętając, że tak, niektórzy mają po 2 lub 3 blogi, są takie które żyją kilka wpisów, a są jak mój, żyjące kilkanaście lat), policzmy więc:

10 000 = 100 % blogów

ad 1. stawka podstawowa to rocznie około 365 PLN razy razy 10% (1 000) chętnych do zostania w serwisie = 365 000 PLNów (ładna sumka dla przeciętnego zjadacza chleba)

ad 2. stawka podstawowa to rocznie około 487 PLN razy razy 30% (3 000) chętnych do zostania w serwisie = 1 461 000 PLNów (ładna sumka dla mniej przeciętnego zjadacza chleba)

ad 3. stawka podstawowa to rocznie około 730 PLN razy razy 20% (2 000) chętnych do zostania w serwisie = 1 460 000 PLNów (ładna sumka dla mniej przeciętnego zjadacza chleba)

Roczny potencjalny dochód jaki Onet mógłby osiągnąć pozostawiając witrynę: 365 000 + 1 461 000 + 1 460 000 = 3 286 000 PLNów

Cóż, to tylko szacunki, ale prawdziwe zyski mogły by być jeszcze bardziej interesujące. Mogłyby być, bo Onet miałby realną możliwość do uzyskania odpłatności nawet do 60% blogosfery. Nie jest to jednak kwota do ugrania dla firmy, a może jest, nie wiem, kwestia w tym ile blogów jest rzeczywiście. Nawet jeżeli firma ugra tylko kawałek tego tortu… to lepiej mieć ten kawałek niż go nie mieć… w końcu taka okazja nie zdarza się na co dzień, że ktoś kasę przez okno wywala. Ładną kasę. No i wreszcie, pamiętam o 40% – trudno jest zapomnieć lub zgubić potencjalne  4000 możliwości. Są to Ci wszyscy, którzy nigdy nie wyszliby poza darmową wersję, wszyscy ci, którzy nie przeniosą swojego bloga nigdzie, bo nie, ci których na to nie stać i ci, którzy zamykają za sobą drzwi, i idą dalej, zostawiając to miejsce bez większego żalu i poczucia straty.

Szczerze – myślę, że jednak blogów jest więcej niż 10 000 i że właściwie to ktoś nie pomyślał i robi głupotę życia, albo, po prostu – ktoś musi zarobić, więc całkiem możliwe, że moloch Onet jest właśnie kiwany przez swoich pracowników… którzy zarobią na tym w sam raz na nowy domek lub na nowy samochód… gratuluje, jednym pomysłowości, drugim marnotrawstwa możliwości.


https://www.kei.pl/hosting/hosting-z-blogiem?utm_campaign=0118&utm_medium=BLOGPL&utm_source=PAKIETBANER1

zima is coming ;)

16

Wszyscy na około chudną. Na grandę i na potęgę, w kilogramach sporych, a ja? Ja zdaje się raczej mam inne tendencje. Szczytem sukcesu jest utrzymywanie wagi na stałym poziomie. Niestety zaczynam dostrzegać przyczynę powyższego stanu rzeczy. Otóż, mało ruchu oraz kolejna wielka paczka ciastek czekoladowych owsianych, która znajduje się w mojej szufladzie pracowego biurka, na pewno nie wpływają na sukcesywne zmniejszanie masy ciała. Liczyłam, tak po cichu, że jednak owsiane, z kakao to będą całkiem zdrowe i mało tuczące, no bo owsiane wiadomo, że musi być zdrowe. Otóż niekoniecznie, jak widać. Zapewne nie bez winy pozostają orzeszki ziemne, które nadal pasjami i w hurcie pochłaniam.

W weekend przypomniałam sobie, jak to jest mieć kaca tytoniowego. Nie, nie wróciłam do nałogu. Nic z tych rzeczy. Do stanu kaca doprowadziło mnie około 160 km z palaczem na siedzeniu pasażera. Normalnie jeden papieros był odpalany prawie od swojego poprzednika. Oj. Niestety warunki atmosferyczne, w postaci mgły gęstej i mocno nierównomiernej, uniemożliwiały jazdę z szybkością większą niż przyzwoita… zapewne na taką bym sobie pozwoliła, gdyż droga była prawie pusta, bo i pora mocno wieczorna. Nic to jednak. Przeżyłam. Młody też dal radę. Nie mniej jednak, w maju, albo się nigdzie nie ruszę, albo… pojedziemy sobie z Młodym bezczelnie osobno. Chociażbyśmy mieli busem jechać. Zwłaszcza, że w jedną stronę nie mogłam słuchać, jak kierowca katuje auto, a w drugą, kiedy sama je prowadziłam, musiałam wdychać kosmiczne ilości dymu papierosowego.

To jednak jeszcze nie było najgorsze. najgorsze okazało się to, co po powrocie do domu zastałam. Otóż, człowiek wraca sobie zmęczony trudnymi warunkami na drodze, oraz otumaniony z braku tlenu, uwędzony dymem tytoniowym, ma jedna słuszna wizję: wanna i spać, a tu… a tu niestety, możesz pomarzyć. Marzenia dobra rzecz. Zwłaszcza te o kąpieli, czy chociażby zmyciu makijażu. Tylko ta kobieta mnie zrozumie, która mocno utuszowane rzęsy próbowała kiedykolwiek zmyć woda mineralną… Nadmienię, że jest to niewykonalne w przypadku tuszu wodoodpornego. Pomogły chusteczki nawilżane i krem oraz to, że nie przerażało mnie witanie poranka w postaci „pandy”.

Starość nie radość. Kiedyś „panda” oznaczała, że zabawa była długa i dobra, dziś oznacza, że powrót do domu został uwieńczony awarią rurociągu, wielką dziurą w ziemi na chodniku, w miejscu gdzie magistrala doprowadza wodę do nas i do sąsiadów oraz zupełną Saharą w kranie. Kac zaś potwierdzał przyczynę „pandy”, czyli dobrą zabawę, dziś oznacza, że droga była długa i wędzarnicza. Zdecydowanie wolałam poprzednią wersję, ale w sumie, dla niewtajemniczonych, zawsze mogę jeszcze poudawać, że jednak impreza była wystrzałowa… choć była to zwyczajna (i miła rzecz jasna), ale jednak rodzinna i wyjazdowa nasiadówka.

Co do tytułu, to nie wiem jak u Was, ale u mnie, poranek dzisiejszy nie był miły. Przywitało mnie takie białe co nie bądź leżące na trawniku oraz tworzące na chodniku mokrą i burą breję. Z resztą, od rana, z nieba leci jakieś paskudztwo, ohydztwo i sama nie wiem co. Ni to śnieg, ni to deszcz. Mokre i paskudne. Zimne i wilgotne. Człowiek ma ochotę zawinąć się w kocyk i zapaść w sen, przeczekać do bardziej klarownej aury, która przyniesie zimę jak należy albo, co bardziej mgliście dziś ie jawi – wiosnę, we własnej osobie.

W końcu się doczekałam końca remontów w Wersalu. Teraz jednak czeka mnie sprzątanie przez kilka dni co najmniej i wnoszenie poprawek autorskich, oraz ponowne prześciganie majstra, który tak wieszał karnisz, że spierdolił robotę. O nie założonej lampie wspominać nie będę, choć przyznam, że zwyczajnie to boję się otworzyć pudło z kloszem, gdyż sam sznur od lampy wisi… takie częściowe wieszanie lampy raczej słabo rokuje. Oczywiście jest jeszcze kilka niedoróbek, które mnie doprowadzają do szaleństwa, ale ćwiczę zen. Mam świadomość, że kilka z tych niedoróbek najprawdopodobniej zupełnie nie rzuciłyby się innym w oczy, ale mnie się rzuciły.

Doprawdy, nie pojmuję, jak to jest, że w tak pustym mieszkaniu, jest tyle do sprzątania. To taki ewenement, który odwiecznie mnie zadziwia. Nim człowiek skończy sprzątać z jednej strony to z drugiej musi zaczynać od nowa, i tak w koło Macieju.

Do tego odzwyczaiłam się od tego łóżka i od poduszek spadających za łóżko. Zdecydowanie mam już listę wydatków gotową na kilka najbliższych wolnych złotówek do zagospodarowania lub… na pogłębienie mojego związku intymnego z bankiem, bo bez pralki, szerszego materaca i szafy to ja dziękuję i wolę jeździć na Włości, gdyż męczarnia to jest, i bajzel i normalnie porażka jakaś. Od szafy pewnie zacznę swoją rozpustę wydatkową. Mam już taka jedną nawet upatrzoną. Zaraz, za szafą, w kolejce stoi pralka, gdyż wożenie tam i na zada łachów przez minione lata zwyczajnie mnie znużyło i sensu większego to nie ma. Tym bardziej, że pralka na Włościach jest kapryśna i strzela czasem focha, a ostatnio chyba zaczyna grzechotać łożyskami. Wozić grata mija się z celem. To, że trzecie miejsce zajmuje materac, to oczywista oczywistość i doprawdy musiałam mocno się w sobie zebrać, aby zepchnąć go dopiero na trzecią pozycję. Tak, przez pewien czas był na pozycji pierwszej, przeważyło jednak praktyczne podejście, gdyż jedyną wadą obecnego materaca jest jego szerokość. Jakość ma dobrą, tylko wąski jest.

Tak więc zima sobie jest jak była, mrozik trzyma raz większy raz mniejszy, śnieg jak napadał tak jest. Młody Tico wysłał do Ticowego nieba. Znaczy się po prostu zrobił mu takie kuku, że nie opłaca się go leczyć. Szkoda mi tej kasy, która raptem 2 tygodnie temu w nie włożyłam, ale naprawiać go nie będę. Z topieniem kasy w samochodach też trzeba wiedzieć kiedy przestać. Wkładanie za naprawę więcej niż auto jest warte to głupota, dopuszczalna jedynie w przypadku aut kultowych (taki na przykład Ford Mustang albo inne coś), a nie gracika. Tak więc Młody w końcu ma swój chrzest kierowcy za sobą, i albo teraz się nauczy jeździć rozumnie, albo niech mnie nie miesza do swoich samochodowych poczynań.

Tak więc życie się toczy dalej nie zważając nawet jakoś szczególnie na nasze chcenia, czy nie chcenia, dając nam czasem trochę dobrych rzeczy, a czasem trochę kopiąc w dupę.

jarmark był

2

W mieście na Włościach był jarmark przez weekend. Znaczy nie, że kramy były, nic z tych rzeczy. Inscenizacje były dla upamiętnienia wizyty króla w naszym grodzie. Inną rzeczą jest, że wizyta owa była milion lat temu, a do tego odbywała się w styczniu, a nie w lipcu, ale raczej nikomu nie chciałoby się całe dwa dni na mrozie siedzieć, ani z mieszczan, ani tym bardziej z tych co to się przebierali. Niestety Perełka niedomaga w popołudniowym świetle bez statywu, a Heniek, jak to Heniek – kupowany był do dzwonienia, a nie do zdjęć robienia, ale coś tam mam. Resztę ma A.

Hrabia czeka na powitanie króla (zdjęcie niestety nie oddaje kunsztu stroju, zaś zdjęcie Króla niestety całkiem i zupełnie nie ostre mi wyszło)

mieszczki śpiewające i w zamyśle tworzące hafty, a na pewno mieszkanki poprzebierane w długie spódnice, oraz czepce… zważywszy na temperatury, tylko podziwiać :)

stragan z ziołami (nie istotne, że „straganiarka” nie miała bladego pojęcia, co ma na stole, a do tego o wrotyczu mówiła, że to dziurawiec… i że podobne… dla mnie zupełnie nie, tyle, że też żółte, no ale… miała tam jednak i wrotycz, i nawłoć, i krwawnik, i kozłek lekarski oraz zieloną hortensję – to dla ciekawych, i dla mojej pamięci)

pralka automatyczna … matka pilnuje, córka pierze…

No i do tego jeszcze na osłodę przygrywał zespól muzyki dawnej, trójka tancerzy wykonała niewielkie przedstawienie zestawiając ze sobą dawne tańce dworskie, była salwa z muszkietów, a wcześniej „na podgrodziu” i z łuków można było postrzelać i innych atrakcji zakosztować. Wieczorem zaś, jeszcze mały spektakl miał być, ale A. musiała wracać, a cóż, jakoś tak wyszło, że wróciłam z nią, choć na spektakl ochotę miałam. No i tak to mi minęła sobota po tym jak już ogarnęłam włości, odprawiłam pranie pościeli i milion innych sprawunków, choćby w postaci wielkiego gara botwinki na wodzie z ogórków małosolnych – mlask wyszła nie chwaląc się.

No i jeszcze (podkradziony od A.) taneczny pokaz oraz sam Król Jan Kazimierz we „własnej” osobie (też od A. rzecz jasna)


  • RSS