demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: daleko-i-blisko-i-jeszcze-dalej

Zwyczajnie – wyżreć z lodówki lub z szafki coś co termin ważności ma w głębokim poważaniu i żyje właśnie trzecim życiem. Dodając do tego drobny szczegół w postaci humorzastego żołądka. Tak więc w ramach fantazji (i wyjadania z lodówki różności, bez sprawdzania terminów przydatności do spożycia), nie pomna na to co dohtory mówiły (dieta lekkostrawna, produkty jak najmniej przetworzone oraz częściej i w małych ilościach), nażarłam się tego co wpadło mi w ręce i jeszcze samo nie uciekało. Dziś trzeci dzień kiedy moje flaczki mają ochotę mnie udusić. Dobrze, że nie potrafią wyjść ze mnie na zewnątrz, bo zważywszy na to ile metrów flaczków ma każdy z nas, to duszenie mogłoby być bardzo efektowne i mocno widowiskowe… nie mniej jednak, od środka też radzą sobie niezgorzej. Mogłabym rozważać, czy to nie jakiś rotek, ale nie… nie tą razą. Zaleta jest tego taka, że mam posprzątaną lodówkę na włościach i część szafek, a przy okazji się nażarłam. Jednak, nim ten niecny czyn popełniłam (a skłonności do tego rodzaju zachowań destrukcyjnych mam widocznie genetyczne po Matce Rodzicielce, którą notorycznie pilnujemy przed „dojadaniem” resztek), to poszłam sobie byłam, z niejaką A., na szybkie łapanie tego co jeszcze w tej jesieni jest do złapania. Raptem prawie „za dom”, blisko, bliziutko, prawie za bramę, no może rzut beretem dalej, a jednak i tak przyjemnie dla oka.

Pomimo permanentnego deficytu czasoprzestrzeni, kilka chwil na spacer musiałam znaleźć. Niestety, moje rozliczne zajęcia mają jedną wspólna wadę – wszystkie są właściwie siedzące. Nigdy nie szczyciłam się wyjątkowo okrągłymi pośladkami, ale obecnie chyba uległy całkowitemu spłaszczeniu. Jeśli nawet jeszcze nie do końca, to już raczej jest do tego bliżej niż dalej. Każda chwila, którą można więc wykorzystać na to żeby się poruszać jest na wagę złota. Nawet jeśli to tylko spacer po bliskich okolicach, popołudniem niedzielnym. Lepsze to niż nic. Odrobina dotlenienia zawsze się przyda. A niedzielne popołudnie wyglądało mniej więcej tak:

buro i ponuro

24

Nadspodziewanie październik nieco nas rozpieścił rekompensując niedostatki września. Niestety, wszystko co dobre, wcześniej lub później się kończy, więc i piękna pogoda październikowa odeszła. Może nawet nie odeszła tyle, co wyszła na przeciw listopadowym ponurym oczekiwaniom. Tak na ostatek, w miniony weekend, jeszcze łapanie ostatnich chwil na wędrówki. Zamglonego słońca, mgieł snujących się nad dolinami i wiszących w powietrzu niczym woal, co nieco deprymuje kiedy ma się aparat w ręce… ale są bardziej deprymujące rzeczy. Należy do nich roztrzepanie, które w moim przypadku zaczyna osiągać apogeum. Po prostu sama siebie nie poznaję w pewnych aspektach koncentracji, gdyż dolega mi totalna dekoncentracja. Tak, znowu wzięłam w teren aparat bez baterii. Brawo ja. Mniejsza z większym, skutek jest jeden, z sobotnich widoków pełnych mgieł i tajemniczych kształtów nic nie będzie, bo zostają tylko na chwilę w mojej własnej pamięci, ale za to z niedzielnego wyjścia, kilka obrazków do pokazania się znajdzie. Zwłaszcza, że to kolejny weekend z sentymentami w tle. Chyrowa po 22 – 23 latach. Niby tak blisko, a czasem tak daleko, a szkoda, bo pięknie, czyli tym razem Beskid Niski.

Gdzieś jest lecz nie wiadomo gdzie*… może nie zaraz cały świat, ale na pewno czas, z którym ogólnie to ostatnio mi nie po drodze. Mam tę przypadłość, że często coś zrobię, a dopiero później się zastanawiam nad konsekwencjami swoich pomysłów. Na szczęście ich kreatywność szkodzi co najwyżej mnie samej i ewentualnie mojemu budżetowi. Chociaż z drugiej strony jeszcze tak nie było, żeby jakoś nie było. Co najwyżej nie mam czasu. Co z innej strony, o tej porze roku jest raczej norma niż czymś nadzwyczajnym. Dobra, już nie będę więcej bredzić. Nie piszę, bo zdecydowanie nie mam o czym. No jakoś tak wyszło. Najpierw czekam żeby był spokój, żeby wypracować jakiś constans, na mało emocjonalnym poziomie, a kiedy to osiągam, to zaczynam marudzić. Taki mój urok. No więc mam swój emocjonalny constans, więc i potrzeba pisania diametralnie spadła. Bo ileż można pisać o szafie, która w końcu trafiła na miejsce i jest, wielka, ogromna i całkiem ohydna, ale za to jedyna wymiarowo nadająca się do wstawienia. Przeżyje. W tej cenie, to jeśli weźmie mnie fantazja, albo jakaś karkołomna inspiracja, to może ja obkleję, albo pomaluję, albo jeszcze inną wizję na nią znajdę. Tak więc zostawiając szafę w spokoju, a właściwie w korytarzu wersalowym, zostawię kilka obrazków z minionej soboty.

Marudząc nadmienię tylko, że normalnie to jednak pogoda płata psikusy, a widoczność bywa, że potrafi człowieka doprowadzić do lekkiej nerwicy. Miało być pięknie, przestraszyło, że będzie jak zawsze, a wyszło nieoczekiwanie dobrze. po prostu – miniona sobota była magiczna i wnerwiająca jednocześnie, ale przede wszystkim była złota i czerwona bukami.

Bieszczady witały nas zachmurzonym niebem z niskim pułapem chmur i mgłami w dolinach, oraz bardzo rześkim powietrzem. Przełęcz Przysłup to właściwie jest takim naszym progiem z wieżą widokową, więc jeśli komuś się wydaje, że dokładnie takie ujęcia już tutaj były, to ma rację. Zmienia się całe otoczenie w kolorach i świetle, ale miejsce jest dokładnie to samo.

Pędząc dalej, z lekkim zapędzeniem, prawie minęłyśmy wypalanie węgla drzewnego w retorach. Prawie robi wielką różnice, jednak, nie dane było nam się rozkręcić fotograficznie, gdyż nie byłyśmy przygotowane na tę okoliczność. Przydał by się 4-pak jakiegoś chmielowego wspomagania negocjacji fotografowania lub nie określonych widoków. Jeśli wybieracie się w Bieszczady, to rzucie jeden taki do bagażnika, nigdy nie wiadomo kiedy sprawdzi się jako nieplanowana waluta w handlu wymiennym.

Sobotni cel podróży – Chatka Puchatka, gdzieś tam na szczycie majaczy. Po dobrze ponad 20 latach i raczej nie szybko znowu. Tłok na szlaku bywa męczący, a nawet bardzo męczący, deprymujący i ogólnie, szkoda klawiatury, bo i tak większość literek mam powycierane już.

Widoki z okolicy Chatki. Nad Caryńską się powoli przejaśnia.

Chatka została daleko w tyle, a przed nami Szare Berdo i widok na Smerek

Wracając ze Smerka, spotkałyśmy jedną taką Panią. Pierwszy raz w życiu widziałyśmy się oko w oko. Bardzo nie lubi szumu przesłony w aparacie, drażni ją trzask migawki. To jeden z głównych szlaków, mocno oblegany. Byłam zdziwiona, że właśnie tutaj przyszło nam się spotkać, przecież tyle spokojnych traw i południowych stoków za nami, i ani jednego spotkania, a tu październikowe popołudnie…

Wszystko co dobre się kończy. Czas pozostawić za sobą widoki i przestrzeń. Dzień się kończy, czas wracać do codzienności i do domu.

* – cytat z Wodeckiego – początek „pszczółki Mai”

refluksje po niedzielne

10

W ramach bardzo leniwego, niedzielnego popołudnia, tak leniwego, że czytanie książki jakiejkolwiek było abstrakcją i groziło natychmiastowym oddaleniem się w objęcia poduszki, podjęłam trud ogarnięcia przestrzeni mojej małpiej skrzynki. Skrzynkę tę mam od zawsze. To moja pierwsza i długie lata jedyna małpia skrzynka. Od 2006 roku dostawca usługi pocztowej pozwolił mi chomikować mejle wedle uznania. Wcześniej, jeśli ja ich nie sprzątnęłam, to on sam, po kilku miesiącach, „robił mi miejsce” w skrzynce. Tak więc jak, łatwo się domyślić, było co przeglądać.

O ile wiadomości przychodzące są przeglądane, czytane i analizowane na bieżąco, o tyle wiadomości wychodzące, to już inna bajka jest. Tak więc dowiedziałam się, że najstarszą zachowaną wiadomością jaką wysłałam jest wiadomość z sierpnia 2006 roku. Pominę milczeniem i treść, i adresata, acz dodam, że wiadomość zachowam nadal. Nie z racji jej wyszukanego charakteru, ale z racji jej starości i tego, że zwykły „śmieciowy” mejl, stał się punktem odniesienia.

No więc do brzegu. Okazało się, że przez te lata, kiedy nie sprzątałam zbyt dokładnie, to okresowo korespondowałam z różnymi osobami. Bardzo to dobitnie pokazało, jak ludzie przychodzą do mojego życia i z niego odchodzą. Są ważnym elementem, a za chwilę, nawet nie pamiętam kim byli, a rozmowy też niewiele mi mówią. Często dotyczą rzeczy których nie umiem sobie dokładnie przypomnieć. Wszystko przemija. To co jednego dnia jest ważne i absorbujące, drugiego, okazuje się, że zostaje pogrzebane w niepamięci, zasypane lawiną nowszych, bardziej krystalicznych wspomnień.

W mojej skrzynce są też katalogi. Katalogi zachowują wszystkie te małpie wiadomości, które są ważne, które pomimo upływu czasu nadal są częścią mojej codzienności. Tu też, część adresatów wiadomości już w moim życiu nie jest obecna, ale nadal obecna jest we mnie. Sprawili, że jestem taka jajka jestem i, że jestem tu gdzie jestem. W taki, czy inny sposób, wpłynęli na to kim jestem, nawet jeśli to była ostatnia rzecz jakiej spodziewaliby się po wymianie elektronicznych listów. Są też adresy, z których nikt już nie napisze nigdzie i nigdy.

W końcu, są też w mojej skrzynce magiczne katalogi. Nadal żywe, nadal zmieniające swoją zawartość. Lata mijają, a one są. Mają się dobrze. Mam też nadzieję, że zostaną na długo jeszcze, na to jakieś „na zawsze”. No i tutaj to tak… TUV – dzięki, że jesteś :) … ile to już lat?

Dobrze, ale niedziela nie tylko popołudniem stoi… miała też swoje przedpołudnie. Przedpołudnie z atrakcjami, na które nie byłam gotowa, ani ja, ani Perełka… dlatego nieco nieostro się zaprezentujemy oraz dorzucimy jeszcze jedną zabawkę wypróbowaną.

niedosen

2

Senność dzisiaj mam okropną. Senność z winy operatorów komórkowych. Nie, żaden amant nocami do mnie nie pisze, ani nie dzwoni. Ludzie kontaktują się ze mną w rozsądnych porach, tylko operatorzy telefoniczni w nierozsądnych porach dostarczają takie wiadomości MMS chociażby. Koleżanka moja A. wysłała mi w okolicach 19 godziny, z psem spacerując, fotkę sarenki, ale operator dostarczył ją… tratatadam (werble i inne takie): 5,5 godziny później, kiedy ja spokojnie sobie spałam, ale żeby było ciekawiej, to tę samą fotkę koleżanka moja wysłała po 19 drugi raz (rozmawiałyśmy i mówię jej, że nic nie dostała, więc ją dawaj – raz jeszcze wysłała), i ta druga fotka dotarła do mnie o godzinie 3 nad ranem. Zaiste co człowiek zasnął, to go wybudzali, a starczyłoby, żeby ten „gołąb” pocztowy na bieżąco wiadomości przekazywał, a nie zaliczał 5,5 w porywach do 7 godzin obsuwy.

Inną sprawą wpływającą na jakość snu minionej nocy jest ilość pogryzień przez owady wszelkie żrące. Już w sobotę na ogrodzie przypuściły atak zmasowany. Takich gigantycznych komarów to ja w życiu jeszcze nie widziałam. Mutanty komary normalnie. Muchy jakieś takie dziwne też, i też nie małe, i też gryzące, to już jakaś nowinka przyrodnicza owadzia. Wczoraj zaś zdecydowanie, kolejna armia owadzia, przeżyłam kolejny atak na swoją osobę. Wszystko co było w trawie, chciało sobie ze mnie posiłek zrobić. Jak widać jednak nie dałam się. Za wielka jestem zwyczajnie, ale sen bywa utrudniony, kiedy człowiek podświadomie się drapie… po rękach i po nogach, i po szyi, i po policzku, i po czole. Istna stołówka. Co kto lubi, na co kto ma ochotę. Warto jednak po trawie się szwendać.


  • RSS