demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: daleko-i-blisko-i-jeszcze-dalej

refluksje po niedzielne

10

W ramach bardzo leniwego, niedzielnego popołudnia, tak leniwego, że czytanie książki jakiejkolwiek było abstrakcją i groziło natychmiastowym oddaleniem się w objęcia poduszki, podjęłam trud ogarnięcia przestrzeni mojej małpiej skrzynki. Skrzynkę tę mam od zawsze. To moja pierwsza i długie lata jedyna małpia skrzynka. Od 2006 roku dostawca usługi pocztowej pozwolił mi chomikować mejle wedle uznania. Wcześniej, jeśli ja ich nie sprzątnęłam, to on sam, po kilku miesiącach, „robił mi miejsce” w skrzynce. Tak więc jak, łatwo się domyślić, było co przeglądać.

O ile wiadomości przychodzące są przeglądane, czytane i analizowane na bieżąco, o tyle wiadomości wychodzące, to już inna bajka jest. Tak więc dowiedziałam się, że najstarszą zachowaną wiadomością jaką wysłałam jest wiadomość z sierpnia 2006 roku. Pominę milczeniem i treść, i adresata, acz dodam, że wiadomość zachowam nadal. Nie z racji jej wyszukanego charakteru, ale z racji jej starości i tego, że zwykły „śmieciowy” mejl, stał się punktem odniesienia.

No więc do brzegu. Okazało się, że przez te lata, kiedy nie sprzątałam zbyt dokładnie, to okresowo korespondowałam z różnymi osobami. Bardzo to dobitnie pokazało, jak ludzie przychodzą do mojego życia i z niego odchodzą. Są ważnym elementem, a za chwilę, nawet nie pamiętam kim byli, a rozmowy też niewiele mi mówią. Często dotyczą rzeczy których nie umiem sobie dokładnie przypomnieć. Wszystko przemija. To co jednego dnia jest ważne i absorbujące, drugiego, okazuje się, że zostaje pogrzebane w niepamięci, zasypane lawiną nowszych, bardziej krystalicznych wspomnień.

W mojej skrzynce są też katalogi. Katalogi zachowują wszystkie te małpie wiadomości, które są ważne, które pomimo upływu czasu nadal są częścią mojej codzienności. Tu też, część adresatów wiadomości już w moim życiu nie jest obecna, ale nadal obecna jest we mnie. Sprawili, że jestem taka jajka jestem i, że jestem tu gdzie jestem. W taki, czy inny sposób, wpłynęli na to kim jestem, nawet jeśli to była ostatnia rzecz jakiej spodziewaliby się po wymianie elektronicznych listów. Są też adresy, z których nikt już nie napisze nigdzie i nigdy.

W końcu, są też w mojej skrzynce magiczne katalogi. Nadal żywe, nadal zmieniające swoją zawartość. Lata mijają, a one są. Mają się dobrze. Mam też nadzieję, że zostaną na długo jeszcze, na to jakieś „na zawsze”. No i tutaj to tak… TUV – dzięki, że jesteś :) … ile to już lat?

Dobrze, ale niedziela nie tylko popołudniem stoi… miała też swoje przedpołudnie. Przedpołudnie z atrakcjami, na które nie byłam gotowa, ani ja, ani Perełka… dlatego nieco nieostro się zaprezentujemy oraz dorzucimy jeszcze jedną zabawkę wypróbowaną.

niedosen

2

Senność dzisiaj mam okropną. Senność z winy operatorów komórkowych. Nie, żaden amant nocami do mnie nie pisze, ani nie dzwoni. Ludzie kontaktują się ze mną w rozsądnych porach, tylko operatorzy telefoniczni w nierozsądnych porach dostarczają takie wiadomości MMS chociażby. Koleżanka moja A. wysłała mi w okolicach 19 godziny, z psem spacerując, fotkę sarenki, ale operator dostarczył ją… tratatadam (werble i inne takie): 5,5 godziny później, kiedy ja spokojnie sobie spałam, ale żeby było ciekawiej, to tę samą fotkę koleżanka moja wysłała po 19 drugi raz (rozmawiałyśmy i mówię jej, że nic nie dostała, więc ją dawaj – raz jeszcze wysłała), i ta druga fotka dotarła do mnie o godzinie 3 nad ranem. Zaiste co człowiek zasnął, to go wybudzali, a starczyłoby, żeby ten „gołąb” pocztowy na bieżąco wiadomości przekazywał, a nie zaliczał 5,5 w porywach do 7 godzin obsuwy.

Inną sprawą wpływającą na jakość snu minionej nocy jest ilość pogryzień przez owady wszelkie żrące. Już w sobotę na ogrodzie przypuściły atak zmasowany. Takich gigantycznych komarów to ja w życiu jeszcze nie widziałam. Mutanty komary normalnie. Muchy jakieś takie dziwne też, i też nie małe, i też gryzące, to już jakaś nowinka przyrodnicza owadzia. Wczoraj zaś zdecydowanie, kolejna armia owadzia, przeżyłam kolejny atak na swoją osobę. Wszystko co było w trawie, chciało sobie ze mnie posiłek zrobić. Jak widać jednak nie dałam się. Za wielka jestem zwyczajnie, ale sen bywa utrudniony, kiedy człowiek podświadomie się drapie… po rękach i po nogach, i po szyi, i po policzku, i po czole. Istna stołówka. Co kto lubi, na co kto ma ochotę. Warto jednak po trawie się szwendać.

Udało nam się z A. złapać w sobotę nieco pogody. Oczywiście, kiedy już byłyśmy gotowe do wyjścia, nadciągać zaczęły dziwne chmury, ale obyło się bez mokrych niespodzianek, niestety jednak, na północy, niebo mało przyjazne okazało się dla zdjęć plenerowych. Jednak, kto, jak nie my, da radę sobie w chaszczach? Stare, dobrze znane miejsca, a za każdym razem wyglądają zupełnie inaczej.

Do tego, miałam nowe zabawki do przetestowania. Ten kto zgadnie co to za zabawki były – może dostać na @ adres wybrane zdjęcie w oryginale, czyli takie całkiem surowe, jakie zostaje ściągnięte z karty pamięci na dysk. Co więcej, może sobie zażyczyć dowolne zdjęcie, które tu kiedykolwiek było (jeśli było mojego autorstwa) lub zdać się na mój wybór. No więc, sobota prezentowała się tak:

Trochę się ich nazbierało. Przemilczę te które są jeszcze z ubiegłego roku, a są i takie. W tak zwanym „między czasie” to nazbierało się i tych bieżących już. Niewiele, ale jednak. Więc może czas wrócić jeszcze na kilka chwil do minionej, jakiś czas temu, niedzieli palmowej i drugiej części dnia, którą spędziłyśmy z A. na pogórzu ciężkowickim w skamieniałym mieście. Niby mamy u siebie nieco „kamieni”, ale jednak i mniej i mniejsze są – choć dokładnie powstały w tym samym czasie i z tego samego rodzaju skały. Czyli byłyśmy daleko, a jednak, w pewnym aspekcie, całkiem blisko. Każda skałka ma swoją nazwę, jednak niektóre nazwy mnie zupełnie nie kojarzyły się z tym co widziałam. Do rzeczy jednak, a właściwie – do obrazu.

Widoki Ciężkowickie

Głowa golema

Trzy małpki/ czarownice…

brama do innego wymiaru…

piekiełko (???)

żaba

głowa smoka

leśny skrzat pilnujący parkingu :)

Baba Jaga

Krąg czarownic (pod skałą i nad rzeką jednocześnie – idealne miejsce na sabat… gdyby nie ta ruchliwa droga nieco powyżej :( )

niedziela pod palmą

9

I to dosłownie – pod palmą, chociaż niestety nie na pięknym, drobnym i białym piaseczku, i zupełnie bez drinka, ale na szczęście też i bez parasolki. Niedziela minęła mi nieco wyjazdowo i już wiem, że kiepsko znoszę tzw. wyjazdy zorganizowane. Konieczność dostosowania tempa do większej ilości osób bywa mocno męcząca, tak samo jak konieczność chodzenia wydeptaną ścieżką, a jeszcze bardziej męczący jest brak możliwości dysponowania własnym czasem i elastycznej reorganizacji zaplanowanego grafiku. Nie będę stwierdzać, że nigdy, ale to nigdy więcej – bądźmy realistami, jednak nie szybko.

Co ma do tematu palma? No jak to co – była to przecież niedziela palmowa. Dlaczego pod palmą, a nie z palmą – ano dlatego:

O co chodzi z tymi palmami? Corocznie, od 59 lat w Lipnicy Murowanej (woj. małopolskie) odbywa się konkurs na najwyższą palmę. Oczywiście palma, poza wysokością, musi spełniać kilka innych warunków, jednak tym najbardziej rzucającym się w oczy kryterium jest właśnie wysokość. Tegoroczna zwyciężczyni miała ponad 28 metrów). W bieżącym roku był dziki tłum, więc fotografowanie było mocno utrudnione. Jednak Lipnica Murowana to nie tylko palmy w niedzielę palmową, ale również 3 zabytkowe kościoły. Najbardziej zachowany bez zmian i dodatków kościół pod wezwaniem św. Leonarda to kościół drewniany z dobrze zachowaną polichromią, oraz zakazem fotografowania z lampą (oczywiście trafili się tacy dla których wyłączenie flesza to obraza), a Perełka sobie z tym różnie radzi. Najlepiej poradziła sobie ze sceną będącą na ścianie osłoniętej przez ołtarz, która ma największe wysycenie barwy. Ciekawy jest również słup podtrzymujący ołtarz. Niestety nadmiar ludzi oraz brak mojej cierpliwości i problemy z baterią Perełki (która focha zaczęła strzelać, a jeszcze na drugą cześć wycieczki inne atrakcje były przewidziane), sprawiły iż odpuściłam sobie fotografowanie kościoła św. Szymona oraz kościoła św. Andrzeja Apostoła. o wszystkim jednak można poczytać w zakładce „zabytki” na stronie gminy Lipnica Murowana: o tutaj 

No i na koniec, dla miłośników mruczajów i miałczałów, jeden taki co to siedząc w słońcu przyglądał się dzikim tłumom przewijających się przez okolice jego domu, na co dzień zapewne cichą i spokojną uliczkę.

Wieś której nie ma

8

Wiosna nadeszła, czas rozpocząć sezon włóczenia się po chaszczach. Wyprawa na koniec końców świata w planach była od jakiegoś czasu, sęk w tym, że a to pogoda, a to inne przypadki krytyczne plany nam krzyżowały. Zgodnie z zasadą co ma wisieć – nie utonie, wycieczka nasza doszła w końcu do skutku. Wieś na końcu końców świata, której nie ma to Krywe. Kilka słów można poczytać w Wikipedii, więc daruję sobie pisanie, a podzielę się obrazkami.

Poranek w Bieszczadach i nowa wieża widokowa – przełęcz Szczerbanówka.

Jadąc jednak na koniec świata i to o tej porze roku, nie zbaczając zbyt wiele z trasy, odwiedziłyśmy Rezerwat śnieżyc w Dwerniczku (Dwerniku). Przy takich okazjach, powoli, zaczynam żałować, że nie posiadam zestawu do zdjęć makro dla mojej Perełki. Raczej myśleć o nim też już nie będę, bo szybciej jednak perełka następcy się doczeka niż zestawu do makro. Do sedna jednak. Śnieżyca wiosenna we własnej roślince.

Czas wrócić na wytyczony na ten dzień szlak… a po drodze… tak, zgadza się, nadal są miejsca, gdzie w Bieszczadach jeszcze śnieg sobie zalega i ma się prawie w najlepsze.

Krywe to w sam raz wędrówka na początek sezonu. Bez ostrych podejść, niezbyt daleka, w sporej mierze po drodze która dawno, dawno temu, zbudowana chyba przez żołnierzy w latach sześćdziesiątych, i wówczas po raz pierwszy i ostatni widząca asfalt, nie jest technicznie wymagająca, ale potrafi naprawdę dobrze wytknąć pozimowy brak kondycji. Jednak sama wieś, która przeczekawszy wojnę, Rosjan i Niemców, zakończyła swój byt 1947 za sprawą akcji Wisła.

Dwie stare grusze, prawdopodobnie wspomnienie po kolejnej wsi, której nie ma – po Hulskiem. Hulskie ma ruiny po młynie nad Sanem, jednak nie zdecydowałyśmy się na szukanie ruin z powodu braku oznakowań w terenie oraz wieści z Internetów, że w okolicy zamieszkuje mało komunikatywny jegomość, co to turystów lubi przegonić z użyciem ostrych narzędzi gospodarskich. W sumie się mu nie dziwię. Jeśli decydujesz się na mieszkanie na końcu świata, z dala od ludzi, gdzie najbliższy sąsiad mieszka kilka kilometrów od Ciebie, to chyba jednak nie po to, aby nagle tłumy deptały ci po działce pod oknami. Poszłyśmy więc dalej, do celu naszej wędrówki.

No proszę, obserwują nas nawet drzewa :)

… oraz ciekawostka przyrodnicza … Wawrzynek wilcze łyko spotkany w przydrożnych zaroślach.

Kiedy kilka godzin później, dotarłyśmy do naszego środka transportu, ogólnie czułyśmy, że zima była długa i obfita w brak kondycji, przynajmniej u mnie. Jednak za porozumieniem stron, postanowiłyśmy jeszcze jedną atrakcję lokalną odwiedzić. Też ledwie rzut kamieniem, albo beretem, od naszej trasy. Ogólnie niby atrakcja, ale specjalnie to nie byłoby po co przyjeżdżać, a tak przy okazji, to można… zwłaszcza, że z tych młyńskich ruin jednak zrezygnowałyśmy.  Tym razem to potok Hylaty i wodospad, który jest jego częścią.

… gdzie jest kamienny „dinozaur”?

… i na koniec drogi do domu… zaklęty Książę… było nas trzy, a żadna jakoś się nie pokwapiła do całowania. Widać dobrze nam jest, tak, jak jest.

Po drodze jeszcze tylko mały postój na dokarmianie i pierwsza w życiu pizza z zielonym, surowym ogórkiem oraz pomidorem posiekanym jak od siekiery. Ciasto było dobre, ale ten pomidor siekierowany i ten surowy, zielony ogórek (może faktycznie trzeba było jednak wybrać pobliską „Siekierezadę”)… gdyby było ostrzeżenie to zamówiłybyśmy bez tych dodatków najpewniej, gdyż wyboru nie było wielkiego, ani w odniesieniu do knajp, ani w odniesieniu do dań, acz ceny – zdecydowanie już z pełni sezonu. Tym samym sezon na szwendanie się uważam za otwarty.


  • RSS