demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: refluks myślowy

Zwyczajnie jestem z tego powodu zadowolona i staram się nie myśleć, że ten następny, tak w zamian, ma tych dni 6 do przepracowania. Choć akurat mój będzie miał 5, tyle, że zamiast wolnej soboty, to poniedziałek przedłuży mi nadchodzący długi weekend. Chociaż, kto wie, co będzie. W końcu następna sobota to jednak Sobótki… więc może by tak coś konstruktywnie ze swoim tłustym zadkiem zrobić, a nie kisić się na sofie i patrzeć w sufit.

Nie o tym jednak chciałam. Znaczy się, nie o kiszeniu się na sofie, ani też o zaletach, choć bezspornych, bieżącego tygodnia. Chciałam o innych inszościach słów kilka popełnić. Problem tylko, że i tak źle, i tak nie dobrze.

No więc mój ogólny stosunek do nadużywania alkoholu jest jednoznaczny, mocno krytyczny i bezdyskusyjny. Nie ma takich argumentów, które zmieniłyby moje przekonania w tym temacie. Jednak, ostatnimi czasy, życie tak mnie manewruje, że zwyczajnie, mam ochotę stanąć z nim na przeciw i powiedzieć mu prosto w gały, żeby mi wprost powiedziało o co chodzi, a nie jakieś takie niejednoznaczne sytuacje. Niestety, jest to nieco jakby trudne, bo gdzie życie ma swoje gały, patrzały, czy inne części twarzy? Nie wiem. Jak się dowiem, to zapytam. Tymczasem bawię się w życiową ciuciubabkę ze swoimi przekonaniami, poglądami i innymi myślami. Na mojej drodze stają różni ludzie. No i dobrze. Problem w tym, że ostatnio bardzo wiele osób ma właśnie ten określony problem. Lepiej jednak brzmiałoby pewnie, że mieli ten problem, ale podobno jak się go już raz nabędzie, to ma się go do końca życia. Więc, są to osoby z tym problemem. Więc tak sobie siedzę, patrzę w niebo, macham bucikiem w kolorowe kwiatki i myślę, że życie – czego Ty ode mnie chcesz? Co chcesz mi powiedzieć? Mam się wziąć za bary ze sobą samą, z tą częścią przeszłości, którą zamknęłam na kłódkę w jakiejś szopie i wywaliłam kluczyk do kłódki sama nie wiem gdzie.

Mam ochotę krzyczeć: To nie ja piję, To nie ja mam z tym problem! W odpowiedzi słyszę sarkastyczne „Doprawdy?”. To, że nie piję, to jeszcze nie znaczy, że alkohol nie jest moim problemem. Jest, wypacza nadal wiele rzeczy w moim życiu. Jest granicą, za którą jest przepaść. Nie ma znaczenia, że to nie ja piję. Ktoś inny pił. Całe moje życie zostało tym naznaczone. To znam, więc może przyciągam takie osoby. Więc może, zamiast odwracać się, odgradzać grubym murem, jednak warto wykorzystać i te znajomości. Egoistycznie, podać do kogoś rękę, żeby samej nauczyć się przechodzić po wąskiej ścieżce nad przepaścią izolacji? Siedzę i myślę, co ja mam zrobić? Skreślić człowieka tylko dlatego, że miał odwagę zacząć walczyć sam o siebie, z własnej woli, nie z nakazu, nie z szantażu, tylko sam z sienie? Skreślić kogoś, tylko dlatego, że każdy dzień, nadal jest wyzwaniem i budowaniem rzeczywistości na nowo? Uciec, tylko dlatego, że nie umiem określić, powodów, dla jakich miałabym kontynuować znajomość? Uciec, bo to łatwiejsze niż po prostu być.

No i tak sobie myślę, że skoro takie rozterki mam gdy chodzi o zwykłe znajomości, to co by było gdyby chodziło o coś więcej? Czy wówczas miałabym siłę, czy uciekłabym jeszcze szybciej? Bo wiem jak to smakuje, jak wygląda od środka. No i co ja tak na prawdę wiem? Gówno wiem? Wszystko co wiedziałam, chyba czas przewrócić do góry nogami, postawić na głowie i jeszcze raz popatrzeć na życie, w którym są różne osoby, z różnymi problemami, a którym czasem pomaga to, że się po prostu jest, że się czasem odbierze telefon, że się pogada o wszystkim i o niczym. Kredyt zaufania to olbrzymie wyzwanie, z drugiej strony, może być ogromnym darem i siłą dla drugiej osoby. Poza tym, może warto docenić to, że ktoś umiał się przyznać, najpierw przed samym sobą, a teraz i przed znajomymi, że ten problem jest, że on go ma. Tym bardziej może warto, skoro wielu bierze nogi za pas, ucieka do swojego życia i zamyka się, bo… bo najczęściej nie wiadomo jak się zachować, o czym mówić, co robić… a recepta jest jedna… żyć normalnie i pozwolić drugiemu też żyć, nie rozdmuchiwać sztucznie problemu, ale też nie zamiatać go pod dywan. Równowaga, magiczne słowo, prosta teoria, trudna praktyka.

Znowu przytyłam. Niechby to świstło. Mam ochotę szpetnie kląć i sarkać na cały świat. Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że zaczynam tyć od samego wdychania powietrza. Aż tak znowu sobie ostatnio przecież nie pofolgowałam. Może i trafiła się jakaś czekolada, czy inny słodycz, ale bez przesady. Dużo tego nie było. Do tego staram się nie podjadać i pakować do jedzenia w miarę dużo błonnika. W sensie, że dużo trawy staram się jeść. No. Wodę piję. Tylko z ruchem jest niejaki problem. Przychodzę do Wersalu i zalegam. Obiadek, laptosiek lub książka i kanapa. Brak mi motywacji na to żeby się ruszyć gdziekolwiek. Siedzę więc i nic nie robię, nic w sensie ruchu, a później jeszcze bardziej nic nie robię, bo kładę się spać, a w pracy też nic nie robię, bo siedzę za biurkiem i tylko paluszki i mózg ćwiczę, a zadek rośnie i rośnie, i przestać nie chce. Zwyczajnie, brakuje mi motywacji. Zdaje się, że to kryzys mi się włączył… zaraz zacznę oglądać sportowe samochody, nie daj BUK liściasty – motocykle, a później… strach się bać co może mi jeszcze do tego siwiejącego łba przyjść…

Na pocieszenie trzeba zjeść: Sałatka zielona z żurawiną i gruszką.

Składniki: pół sałaty lodowej, 1/3 miksu salat lub roszponki, 3 średnie ogórki konserwowe, pół ogórka zielonego (lub jeden mały gruntowy), pół puszki cieciorki, 50 g żurawiny ciętej, 50 g słonecznika łuskanego (można podprażyć na patelni), pół papryki czerwonej, jedna gruszka, pół kulki mozzarelli (nie konieczne), mały kubek jogurtu naturalnego, łyżka majonezu. Sól, pieprz. Płatki kukurydziane – jeśli ktoś lubi.

Przygotowanie: sałatę, ogórki, paprykę, gruszkę i mozzarellę  siekamy i wrzucamy do michy, dodajemy żurawinę, cieciorkę i słonecznik. Jogurt mieszamy z łyżką majonezu, dodajemy soli i pieprzu ile lubimy. Mieszamy zieleninę z jogurto-majonezem i wcinamy. Do tego jeszcze można posypać to wszystko płatkami kukurydzianymi – uwaga – uzależnia! (Zdjęcia nie zdążyłam zrobić… zjadłyśmy nim pomyślałam o pstryknięciu fotki).

refluksje po niedzielne

10

W ramach bardzo leniwego, niedzielnego popołudnia, tak leniwego, że czytanie książki jakiejkolwiek było abstrakcją i groziło natychmiastowym oddaleniem się w objęcia poduszki, podjęłam trud ogarnięcia przestrzeni mojej małpiej skrzynki. Skrzynkę tę mam od zawsze. To moja pierwsza i długie lata jedyna małpia skrzynka. Od 2006 roku dostawca usługi pocztowej pozwolił mi chomikować mejle wedle uznania. Wcześniej, jeśli ja ich nie sprzątnęłam, to on sam, po kilku miesiącach, „robił mi miejsce” w skrzynce. Tak więc jak, łatwo się domyślić, było co przeglądać.

O ile wiadomości przychodzące są przeglądane, czytane i analizowane na bieżąco, o tyle wiadomości wychodzące, to już inna bajka jest. Tak więc dowiedziałam się, że najstarszą zachowaną wiadomością jaką wysłałam jest wiadomość z sierpnia 2006 roku. Pominę milczeniem i treść, i adresata, acz dodam, że wiadomość zachowam nadal. Nie z racji jej wyszukanego charakteru, ale z racji jej starości i tego, że zwykły „śmieciowy” mejl, stał się punktem odniesienia.

No więc do brzegu. Okazało się, że przez te lata, kiedy nie sprzątałam zbyt dokładnie, to okresowo korespondowałam z różnymi osobami. Bardzo to dobitnie pokazało, jak ludzie przychodzą do mojego życia i z niego odchodzą. Są ważnym elementem, a za chwilę, nawet nie pamiętam kim byli, a rozmowy też niewiele mi mówią. Często dotyczą rzeczy których nie umiem sobie dokładnie przypomnieć. Wszystko przemija. To co jednego dnia jest ważne i absorbujące, drugiego, okazuje się, że zostaje pogrzebane w niepamięci, zasypane lawiną nowszych, bardziej krystalicznych wspomnień.

W mojej skrzynce są też katalogi. Katalogi zachowują wszystkie te małpie wiadomości, które są ważne, które pomimo upływu czasu nadal są częścią mojej codzienności. Tu też, część adresatów wiadomości już w moim życiu nie jest obecna, ale nadal obecna jest we mnie. Sprawili, że jestem taka jajka jestem i, że jestem tu gdzie jestem. W taki, czy inny sposób, wpłynęli na to kim jestem, nawet jeśli to była ostatnia rzecz jakiej spodziewaliby się po wymianie elektronicznych listów. Są też adresy, z których nikt już nie napisze nigdzie i nigdy.

W końcu, są też w mojej skrzynce magiczne katalogi. Nadal żywe, nadal zmieniające swoją zawartość. Lata mijają, a one są. Mają się dobrze. Mam też nadzieję, że zostaną na długo jeszcze, na to jakieś „na zawsze”. No i tutaj to tak… TUV – dzięki, że jesteś :) … ile to już lat?

Dobrze, ale niedziela nie tylko popołudniem stoi… miała też swoje przedpołudnie. Przedpołudnie z atrakcjami, na które nie byłam gotowa, ani ja, ani Perełka… dlatego nieco nieostro się zaprezentujemy oraz dorzucimy jeszcze jedną zabawkę wypróbowaną.

Człowiek zupełnie nie jest przyzwyczajony do słońca. Słońce człowieka rozbija, rozkłada na łopatki, rozleniwia i przyprawia o totalnego „Niechcieja”. Resztką sił, zupełnie z ostatniego magazynu, z jego ostatniego zakamarka, wyciągnięta siłą, zmuszam się do pracowania. Najchętniej to posiedziałabym sobie w okularach przeciwsłonecznych gdzieś na słoneczku, pomachała nóżką w ciżemce (balerinka letnia) i popatrzyła na chmury i niebo, myśląc sobie o życiu jako takim ogólnie i szczególnie – czyli takie melancholijne dywagacje o wszystkim, o niczym i o jeszcze bardziej czymś, o czym jeszcze nie wiem. Nie wiem w sensie, że myśli to czasem potrafią na takie manowce nawiać, że człowiek w najśmielszych snach tego przewidzieć nie jest w stanie. Sprawy nie poprawia drobny szczegół w postaci tego, że dziś mamy piątek. Słoneczny i ciepły piątek. A robota „patrzy na mnie” i łypie, i zagląda, i się panoszy jako ten wyrzut sumienia. Z ciężkim westchnieniem się jednak za nią zabieram, gdyż we wszystkich swoich wadach, ma jedną zasadniczą zaletę – kiedy człowiekowi już jakimś cudem uda się na niej skoncentrować, to spokojnie przesiedzi dniówkę i czas szybciej płynie, i weekend się szybciej zaczyna. No dobra – nie szybciej, ale wydaje się, że szybciej, a weekend to weekend jest.

Być może mój „Niechciej” bierze się z tego, że ja swój weekend rozpoczęłam w pewnym sensie już wczoraj. Poszłyśmy bowiem z A. na koncert KSU. Zdradzę wam teraz tajemnicę. Choć to żadna tajemnica, gdyż ludzi było sporo, ale po prostu poszłam na ten koncert w różowej bluzie z kapturem. Co i tak nie jest niczym wielkim, bo lata temu, pierwszy raz będąc na ich koncercie, choć nie mam pewności, czy można to nazwać koncertem, bo to inne czasy były, w każdym bądź razie, wówczas udałam się w takie miejsce, gdzie wszyscy byli na czarno i w glanach… w prawie białych dżinsach z kokardkami, w jasnym T-shircie i w białych tenisówkach. Więc wczorajsza, różowo – pudrowa (czyli bardzo, bardzo jasny róż) bluza to dla mnie żadne halo. Normalka można by rzec. Co więcej – z daleka dojrzałam kolegę… tylko dlatego, że był ubrany we wściekle pomarańczową koszulkę i odcinał się od tłumu. Nie o kolorach ciuchów chciałam jednak.

Kiedyś, na tym pierwszym, nie było do pomyślenia zobaczyć naszych rodziców, nie było też małych dzieci, a wczoraj… wczoraj to chyba był jakiś taki zew tęsknoty za tym co odchodzi i nigdy nie wróci. Panowie w średnim wieku z brzuszkami i przerzedzonymi czuprynami wszelkiej długości, w czystych czarnych ubraniach, w przymaławych kurtkach skórzanych… Obok ludzie w wieku naszych rodziców, z pustym wzrokiem i średnio zainteresowani muzyką, która zupełnie nic im nie mówi, bardziej zainteresowani tym by jednak wyjść z czterech ścian blokowiska. Młodzi rodzice z małymi dziećmi, wychodzący po drugim kawałku żeby położyć do łóżek swoje pociechy.  No i jeszcze młodzi ludzie – tacy jak my kiedyś, a jednak zupełnie inni. Młodzi ludzie, którzy po prostu przyszli, bo grają, bo trochę mocnej gitary, bo można poskakać pod sceną w kolorowych podkoszulkach, albo i bez, w markowych butach i spodniach w kantkę… glany? No co ty człowieku?! Kto dzisiaj w tym chodzi!? A czy są takie może ze znaczkiem „najka” lub innego „adidasa”? I do tego – te teksty, które kiedyś zupełnie inaczej człowiek odbierał. Z perspektywy czasu, to co porywało duszę, teraz zamieniło się tylko w niezbyt porywający tekst piosenki, który bardziej przeszkadzał muzyce niż jej pomagał. Tak, ja wiem, że czas płynie, że te „dzieścia” lat z hakiem temu wszyscy byliśmy inni, inne były czasy, inna rzeczywistość, inne problemy. Tak na prawdę, to był inny zespół.To był inny zespół i my byliśmy inni.

Kolejne wspomnienie i jeśli jeszcze kiedyś trafię na ich koncert, to… nigdy więcej tego nie zrobię na trzeźwo. Alkohol pozwala jednak lepiej słyszeć echa przeszłości, pozwala wyciągać z uśpionych zakamarków pamięci te uczucia, które czas zepchną w niepamięć, o których pamiętanie nikt się już nie kusi na co dzień. Życie toczy się dalej. Można te wspomnienia przywołać z daleka na chwilę, a później – niech wracają, skąd przyszły, aż odejdą całkiem w zapomnienie. Bo tak, tu nie o zespół chodzi, z czasem są coraz lepsi muzycznie, chwała im, a o to chodzi co wnosił wówczas w nasze emocje, w młode serca w tamtej rzeczywistości. W rzeczywistości z magnetofonem na kasety, bez telefonów komórkowych, bez internetów. Nawet kiedy słuchało się ich w białych dżinsach pijąc jabola lub kiepskie piwo z butelki… wszystko przemija, a tamtej dziewczyny już dawno nie ma.

Kim byliśmy wówczas, a kim jesteśmy teraz i gdzie są te wszystkie sprzeciwy, protesty i nasze plany… świat kiedyś należał do nas, a dziś? Ile dziś możemy, a ile chcemy, zgnuśniali, zapasieni, wygodni. Czasem tylko próbujemy się wepchnąć jeszcze w starą kurtkę skórzaną lub starą dżinsową katanę z naszywkami wyciągane z dna szafy… wcisnąć się, jak w starą skórę, żeby raz jeszcze poczuć coś z tamtych dni. Poczuć teraz, kiedy coraz mniej czujemy i coraz mniej nam się chce – sprawdzić, czy to co pamiętamy, to prawda, nasz sen, a może tylko złudzenie…

Czasem  człowiek robi głupoty, ot tak, sam z siebie, a czasem robi głupoty nie rąbiąc głupot i powstrzymując się przed głupot robieniem. Głupoty czasem są potrzebne, a czasem są niepotrzebne. Podobno lepiej jest żałować, że się zrobiło głupotę, niż żałować, że się głupoty nie zrobiło. Ogólnie to cholernie upierdliwe jest decydowanie w takiej mierze, zwłaszcza gdy się jest histeryczką i paranoiczką.

W czym rzecz. Rzecz w tym, że są rzeczy, które nie dają mi spokoju. Próbowałam wywalić do śmietnika i iść dalej, ale kurde – wracały. Próbowałam upchnąć trupki w szafie, zamknąć na kluczyk, ale przy byle okazji wypadają i w łeb zdarza się, że mnie lubią pierdyknąć. Chętnie bym te trupki pochowała do grobów gdzie ich miejsce, ale widocznie jeszcze nie chcą wynieść się z szafy, bo co je próbuje pochować, to one, ja te zombiaki, z pod ziemi mi wyłażą i do szafy tupią, a później – jeb przez łeb.

Wpadłam na pomysł, jak się z nimi rozprawić, ale problem mam: czy głupotą jest pomysł ów zrealizować, czy głupotą jest pomysłu nie realizować i zostawić wszystko jakim jest. Oczywiście najlepiej byłoby gdyby to ktoś podjął za mnie decyzję, tylko jest z tym mały problem, są decyzje, które należy w życiu podejmować samodzielnie. To jedna z nich. Owszem, może ją ktoś za mnie podjąć, tylko może to się skończyć pretensją z gatunku „for ever, ever, ever”, a tak, na siebie, to się powściekam, powiem sobie kilka „uprzejmostek” i przeżyję. W końcu na siebie długo się gniewać i fochać nie będę. Jednak jest też tak, że moje chcenie zamknięcia spraw może rozbić się o ścianę losu. Znaczy o przeciwności losu, te na które nie mam wpływu, a które mnie lubią brać znienacka. Przyznam, że najczęściej „znienacka” spowodowane jest brakiem wystarczającej ilości informacji, zbyt dużym marginesem improwizacji, oraz, a właściwie to przede wszystkim, moimi tendencjami do popadania w histerię i ulegania emocjom. Tak więc mam nad czym myśleć, a czasu nie ma za wiele. Teoretycznie jest go bardzo dużo, ale ileż można? Ileż można się rozczulać nad własną głupotą lub nad własną głupotą strachu przed głupotami? Wiem, można długo, tylko co to daje? Raczej niewiele…

Poza tym – to kto znowu ZAPIEPRZYŁ SŁOŃCE?!!! No, kto? Przyznać się, bo nie ręczę za siebie!!! Potrzebuję słońca na nazbieranie różnych roślinek, a nie deszczu!!! Później już niech sobie napada, ale weekend poproszę choć trochę słońca!

Nie mam ostatnio głowy do pisania, ani właściwie do niczego nie mam. Częściej chodzę na pogrzeby niż na karnawałowe zabawy. Znaczy na karnawałowe harce i tańce nie chadzam zupełnie, a na pogrzeby niestety i owszem. Chętnie, tak dla odmiany, to poszłabym może na jakieś wesele, albo chrzciny, albo coś związanego z radością, z nadzieją, z tym, że wszystko można. Pogrzeby nie podnoszą na duchu jakoś szczególnie. Zmuszają do refleksji i do tego, że wszystko w życiu to tak naprawdę marność jest. „Marność nad marnościami”. Nic więcej. Jedna chwila i po wszystkim. Ludzie pędzą nie wiadomo gdzie, nie wiadomo po co i nie wiadomo za czym. Knują, szantażują, manipulują, wykorzystują, oszukują, okłamują, okradają – więcej i więcej i ja, ja i JA – tylko do siebie, i dla siebie, i pod siebie. Kosztem wszystkich. Rzygać mi się chce kiedy na to wszystko patrzę i kiedy to wszystko oglądam. Mam ochotę zwiać gdzieś daleko od ludzi. Od wszystkich i wszystkiego.  Mam ochotę krzyczeć do jednego, czy drugiego pacana – ogarnij się, do grobu tego ze sobą nie zabierzesz! Milczę. Nawet jeśli udałby mi się przebić przez ten dziki pęd, przez ten hałas i huk społeczny codziennego życia, nie wiem, czy dotarłoby do mnie coś więcej niż mętne i roztargnione, całkiem przelotne spojrzenie mówiące „o co ci babo chodzi?”.

Chodzi mi o życie. O nic więcej. O godność jeden taki archaik – prawość. Kilka drobiazgów może jeszcze jest na tej liście, jak lojalność i szczerość z odrobiną odwagi cywilnej i odpowiedzialności za siebie w odniesieniu do drugiego człowieka. Taka tam ludzka przyzwoitość, dziś uznana społecznie za zupełnie zbędny balast… Zwykłe „Nie rób drugiemu co tobie nie miłe”. Naprawdę – nic więcej. Tak mało i aż tyle.


  • RSS