demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: refluks myślowy

Piękna reklama się wyświetla nad stroną mojego bloga: BLOGERZE PRZENIESIEMY TWOJEGO BLOGA!!!

Super! Zwłaszcza, że poniżej jest przypomnienie kiedy nastąpi wygaszenie platformy blog.pl. Blogerze, nie czekaj, korzystaj. Czas się kończy – krzyczy reklama w domyśle.

Napiszę BLOGERZE ZATRZYMAJ SIĘ I ZASTANÓW. Oto masz możliwość przejścia na własnego bloga. Gdzie tkwi haczyk? Bo jest. Wszystko co piękne ma opakowanie, w środku piękne tak bardzo już nie jest. Oto sposób jak szybko zarobić na blogerach. Proszę bardzo – ucz się Onecie. Ty nie potrafiłeś, a teraz na Twoim nieudolstwie, a może za przyzwoleniem, firma reklamowa zbija kokosy.

Cytat: „DLA BLOGERÓW

1. Zamów hosting, dobierz do niego domenę i certyfikat SSL za 1 zł

2. Poczekaj na kontakt opiekuna i wybierz odpowiedni dla siebie szablon

3. Odbierz gotową stronę na nowym adresie WWW

PRZENIESIEMY TWÓJ BLOG ZA CIEBIE.
NIC NIE MUSISZ ROBIĆ”

Otóż, drogi blogerze – nie trafiasz do kolejnego darmowego serwisu blogerskiego. Nic z tych rzeczy. Nie trafiasz nawet do płatnego serwisu, no chyba, żeby owa firma wykupiła domenę blog.pl, ale nie sądzę aby tak było. Drogi blogerze, właśnie kupujesz swoją niezależną stronę w internecie. Swój mały „jednorodzinny” blog, gdzieś na zadupiu. Gratuluję. Będziesz od teraz płacił za niego miesiąc w miesiąc wedle opcji przez siebie wybranej.  Będziesz samotny jak palec, bo strona niezależna, to strona niezależna, a nie serwis z wyszukiwarką, kategoriami, poleceniami. O tym będziesz mógł pomarzyć. Tak w ogóle Serwis to taki mrówkowiec z dużego miasta. Pięćdziesiąt (albo i sto pięćdziesiąt)  klatek, co najmniej 10 pięter, milion osób zamieszkałych. Teraz wyprowadzasz się w miejsce, gdzie żeby zostać dostrzeżonym musisz podać innym swój dokładny adres. Gratuluję niezależności, ale zapomnij o wielkiej karierze blogerskiej – takie przenosiny dla zwykłego grafomana są śmiertelne. Będzie Twój blog konał w zapomnieniu. Twój blog oto przechodzi teraz w fazę wydłużonej agonii do czasu, aż znudzi ci się płacenie comiesięcznego haraczu lub, aż firma zwinie żagle… nie zostawiając ci zbyt wielu możliwości. Właściwie to nie da ci żadnych możliwości bo będzie miała Ciebie drogi Blogerze, jednakowo w „siedzeniu”, jak ma to Onet. W najlepszym razie dostaniesz swoją domenę, ale co z hostingiem… tu może okazać się, że warto robić sobie kopie zapasowe swojego blogaska na własnym dysku, gdyby jednak hosting poszedł, któregoś razu na spacer i nie wrócił.

Popatrzmy dalej na ten raj.

1. Za stawkę podstawową masz: „Instalacja WordPressa na domyślnym szablonie (bez konfiguracji); Przeniesienie zawartości bloga”. Brawo TY. Jeśli nie radzisz sobie z przeniesieniem bloga na darmowy serwer blogerski (nadal w sieci jest kilka takich serwisów), tu też polegniesz. Chyba, że uważałeś na lekcjach informatyki mówiących o tym jak Internet wygląda od wewnątrz… o ile takie lekcje miałeś. Jeśli miałeś to ignorujesz tę reklamę. Może być, że jesteś bystrym samoukiem i po kilku niedospanych nocach, rzuceniu wielu niecenzuralnych słów wygrasz i Twój blog będzie taki jak sobie wymarzyłeś. Brawo Ty. Jesteś w zdecydowanej mniejszości i ta reklama właściwie nie jest dla Ciebie.

2. Za stawkę kolejną masz do dyspozycji: „Instalacja WordPressa; Konfiguracja szablonu WordPress – 3 szablony do wyboru; Przeniesienie zawartości bloga;Instalacja wtyczki społecznościowej”. Super. Tylko dyszkę miesięcznie więcej. Szablony niby 3, ale całkiem zdaje się przyjemne dla oka. Da się przeżyć. Blog przeniesiony, no i jest pewnie połączenie z fejsbuczkiem. Gloria. Fejsbuczek to podstawa. Nadal jednak szału nie ma. Da się żyć o chlebie i wodzie, ale zawsze będzie kusiło to co poza zasięgiem, a co często będzie do odnalezienia za darmo w czeluściach internetu…  chociażby na googlach konto tworząc… albo na wordpress.com, albo…

3. Dorzuć dwie kolejne dyszki, a otrzymasz pakiet mercedes: „Instalacja WordPressa; Konfiguracja szablonu WordPress -  6 szablonów do wyboru; Przygotowanie 3 grafik na potrzeby szablonu; Przeniesienie zawartości bloga; Instalacja i konfiguracja wtyczki społecznościowej.” No wreszcie masz możliwość żeby poprosić o nieco indywidualizmu. Niech wrzucą coś Twojego, co wyróżnić może Twoją stronę z tłumu, ale… nie za bardzo… bo pamiętaj, szablonów jest 6, a grafiki, to tylko jego fragmenty.

Drogi Onecie, lekko licząc, w kategorii życie codzienne masz 2 064 015 wpisów otagowanych (bo chyba nie blogów), inne kategorie zazwyczaj są nieco poniżej 1 000 000, realnie licząc, a może zaniżając – przyjmijmy, że istnieje około 10 000 blogów czynnych (dla łatwości obliczeń oraz pamiętając, że tak, niektórzy mają po 2 lub 3 blogi, są takie które żyją kilka wpisów, a są jak mój, żyjące kilkanaście lat), policzmy więc:

10 000 = 100 % blogów

ad 1. stawka podstawowa to rocznie około 365 PLN razy razy 10% (1 000) chętnych do zostania w serwisie = 365 000 PLNów (ładna sumka dla przeciętnego zjadacza chleba)

ad 2. stawka podstawowa to rocznie około 487 PLN razy razy 30% (3 000) chętnych do zostania w serwisie = 1 461 000 PLNów (ładna sumka dla mniej przeciętnego zjadacza chleba)

ad 3. stawka podstawowa to rocznie około 730 PLN razy razy 20% (2 000) chętnych do zostania w serwisie = 1 460 000 PLNów (ładna sumka dla mniej przeciętnego zjadacza chleba)

Roczny potencjalny dochód jaki Onet mógłby osiągnąć pozostawiając witrynę: 365 000 + 1 461 000 + 1 460 000 = 3 286 000 PLNów

Cóż, to tylko szacunki, ale prawdziwe zyski mogły by być jeszcze bardziej interesujące. Mogłyby być, bo Onet miałby realną możliwość do uzyskania odpłatności nawet do 60% blogosfery. Nie jest to jednak kwota do ugrania dla firmy, a może jest, nie wiem, kwestia w tym ile blogów jest rzeczywiście. Nawet jeżeli firma ugra tylko kawałek tego tortu… to lepiej mieć ten kawałek niż go nie mieć… w końcu taka okazja nie zdarza się na co dzień, że ktoś kasę przez okno wywala. Ładną kasę. No i wreszcie, pamiętam o 40% – trudno jest zapomnieć lub zgubić potencjalne  4000 możliwości. Są to Ci wszyscy, którzy nigdy nie wyszliby poza darmową wersję, wszyscy ci, którzy nie przeniosą swojego bloga nigdzie, bo nie, ci których na to nie stać i ci, którzy zamykają za sobą drzwi, i idą dalej, zostawiając to miejsce bez większego żalu i poczucia straty.

Szczerze – myślę, że jednak blogów jest więcej niż 10 000 i że właściwie to ktoś nie pomyślał i robi głupotę życia, albo, po prostu – ktoś musi zarobić, więc całkiem możliwe, że moloch Onet jest właśnie kiwany przez swoich pracowników… którzy zarobią na tym w sam raz na nowy domek lub na nowy samochód… gratuluje, jednym pomysłowości, drugim marnotrawstwa możliwości.


https://www.kei.pl/hosting/hosting-z-blogiem?utm_campaign=0118&utm_medium=BLOGPL&utm_source=PAKIETBANER1

listy od onetu

43

Czy już dostaliście informację, że to koniec?

Dziś rano, w mojej skrzynce, znalazłam wiadomość, że onet.pl zamyka serwis blog.pl z dniem 31 stycznia 2018. Rzutem na taśmę popatrzyłam przez mój lufcik w dachu i rzuciłam okiem na kalendarz. Niestety, to nie jest żart z okazji 1 kwietnia, choć taką miałam przez chwilę nadzieję.

Jestem tutaj od maja 2003r. W maju 2018 minęłoby mi tutaj 15 lat blogowania. W tym czasie zwiedziłam kilka innych witryn blogerskich, ale nigdzie nie zagrzałam miejsca. Nie wiem czy to kwestia sentymentu, czy może kwestia wybredności i zbyt wielu formalności jakie należy dopełnić w większości innych serwisów.

Czternaście i pół roku to szmat czasu, ale z drugiej strony, to też może dobra chwila na to aby się zastanowić co dalej? Może czas zacząć żyć tylko poza siecią? Może czas wrócić do papierowych zapisków, gdzie jednak można napisać wszystko wprost, jawnie i bez ubierania w okrągłe słowa, czy przystrajania w metafory lub inne przenośnie. Może czas zniknąć?

Właściwie to czuję się w pewien sposób odrzucona, odepchnięta i w pewnym sensie eksmitowana. Bezdomna. Po tylu latach? Tak już? nie raz bywało źle, nie raz bywało trudno, nie raz serwis zamierał, ale zawsze się jakoś zbierał, a teraz tak już? Bez ostrzeżenia – wypad i koniec? Spadaj, już nikomu to nie jesteś potrzebna!

Tracę dom i tracę też rodzinę. Tę przyszywaną rzecz jasna, ale jednak rodzinę. Te kilka osób, które znam prawie całe blogerskie życie. Te osoby, z którymi jestem krótko, a które też coś jednak wnoszą w moją codzienność też tracę. Tracę w końcu również tę część, którą może miałabym okazję poznać, ale nigdy już nie poznam, bo tego miejsca nie będzie.

Przecież możemy się wszyscy gdzieś przenieść… niby oczywiste, ale z mojego doświadczenia wynika, że wiele osób machnie ręką na przeprowadzki. Część z nich machnie ręką na stare treści, bo nie poradzi sobie z przenosinami, część założy nowe blogi, a część machnie na system ręka i pójdzie dalej w świat bez bloga. Po ponad czternastu latach, z kilkoma tysiącami wpisów, z ogromem komentarzy, czuję jakby ktoś mi odbierał kawałek mnie samej. Wyrywał fragment mojej duszy, bo przecież tyle myśli tutaj zostawiłam, tyle słów zapisałam starając się zamknąć w nich coś co było niemal nieuchwytne, a teraz mam to zakończyć? MY (!!!) mamy to zakończyć?

Pstryk, i wyłącznik, pstryczek elektryczek, wyłączony. Zamknięte. Wypad z baru. Po tylu latach nie robi się takich rzeczy znienacka i bez ostrzeżenia. Nie traktuje się ludzi jako dopustu bożego i zła wcielonego. Tak, to tylko miejsce na dyskach, trochę treści cyfrowych, świat wirtualny, ale każdy taki fragment wirtualny powiązany jest z określoną osobą, z żywym człowiekiem. Z kimś kto, może i ma skłonności ekshibicjonistyczne i jest grafomanem, ale też jest człowiekiem, a człowiek, nawet w wirtualnym świecie, zasługuje na szacunek, współpracę i kooperację.

Szczerze – poczułam się, jak dziecko w przedszkolu, któremu Pani przedszkolanka mówi, że ma wyjść za drzwi sali i poszukać sobie nowej grupy, bo ta go już nie chce. Mają swoje zabawki, i nie chcą się nimi dzielić. Wypychają za drzwi, a to co było twoje wywalają do kosza na śmieci, zupełnie bez emocji i zupełnie bez brania pod uwagę czynnika ludzkiego. Liczą się tylko zyski, tylko dodatnie saldo na kontach spółki, a przecież, zawsze można znaleźć rozwiązanie, które mogłoby zadowolić interes obu stron. Dać wybór i możliwość. Sobie i nam. Zawsze jest wiele rozwiązań, niestety najlepiej widać te, które są krótkodystansowo najlepszymi rozwiązaniami. Widać tylko to co tu i teraz, a czasem, warto popatrzeć na przyszłość.

Nie chodzi o to aby zmian nie było, nie chodzi o to aby bać się nowego, ale czasem warto pomyśleć co zmienić w tym co jest, aby dało nową wartość… wartość długofalową, a nie krótki i szybki zysk. To dziwne czasy – wszystko musi być teraz i już, a tak na prawdę w tym biegu to nie ma kiedy się zatrzymać i zastanowić co ma sens, co zasadność, a co jest zbędne. Bez analizy, bez zastanowienia, tylko działanie i brak radości w tym co jest, bo na radość nie ma czasu, jest czas tylko na zysk i na nic więcej…

Więc na najbliższe tygodnie mam czas aby poszukać nowego domu cyfrowego lub zapakować w swój wirtualny tobołek czternaście i pół roku, i ruszyć w świat analogowy, bez oglądania się za siebie. Czternaście i pół roku to jednak szmat czasu jest. Spory kawałek życia, a przecież są tu starsze blogi… a wszyscy jednakowo jesteśmy odrzuceni i porzuceni… nadszedł czas rozstań. Prezent w sam raz na Święta i pod choinkę…

Półtora miesiąca, półtora miesiąca na to by zdecydować o tym co zrobić z wieloma latami swojego życia.

Przez całą sobotę niebo i świat jakby nabierał w siebie tego puchu. Wszystko było jednym wielkim zawieszeniem i oczekiwaniem. Chmury przykrywały niebo ciężka i nabrzmiałą warstwą. Lekki mróz trzymał w garści ziemię przygotowującą ją na to co dopiero miało nadejść. Wieczorem lekki wiatr pogonił resztki jesieni. Noc przyniosła zawodzenie wiatru w kominie, który obiecywał zmianę. Nad niedzielną, poranną kawą zapatrzyłam się w okno dostrzegając pierwsze płatki bieli wirujące w przestrzeni w dziwnym tańcu, do którego nikt nie zna kroków, a jednak nikt się nie myli. Opadały powoli i nieśpiesznie na lekko zmrożoną ziemię. Wszystko w umiarze, wszystko spokojnie, wszystko powoli i z jakimś takim majestatem.

Dziś poranek zupełnie, jak z bajki. Na kilka chwil słońce znalazło prześwit w śnieżnych chmurach oświetlając pięknie przybraną świeżą bielą przyrodę. Zawsze taki widok jest dla mnie czymś niesamowitym, ulotnie pięknym, a dziś, kiedy gra światła dodawała refleksy w kolorach sepii na wszem ogarniającej bieli, po prostu się rozpłynęłam. Gdyby nie to, że jest grudzień, że z roboty mnie nie widać, to machnęłabym na robotę i na kilka innych spraw ręką, zabrałabym perełkę i poszła w śnieżne pola przed siebie.

Takiego poranka nie da się zaplanować. Nie da się przewidzieć światła, puchu i ciszy. Wszystko wyglądało jak na świątecznych pocztówkach z wigilijnych obrazków, a przecież to nie wieczór, tylko poranek i do świąt jeszcze trzy tygodnie… tylko trzy tygodnie… jak ten czas nieubłaganie pędzi.

Nic wielkiego się nie dzieje, a małe rzeczy zajmują tyle czasu, że zwyczajnie, brakuje zacięcia na to by siąść i napisać tutaj coś tak „trzy po trzy”. Życie biegnie swoimi utartymi ścieżkami, z zawrotną szybkością, która jest czymś niemal już naturalnym jeśli idzie o tę część roku. Przez lata przywykłam. Pogoda też nadal ciągle do przyjęcia. Może nie jest jakoś spektakularnie ciepło, ale jak na to, że mamy w kalendarzu 1 dzień grudnia, a za oknem świeci słońce, a temperatura jest tylko nieco, ale przecież jednak, dodatnia, to nie jest źle.

Ostatnio mam deficyt snu, ale jakoś tak wyszło trochę niezależnie ode mnie. No bo, jak się tak człowiek obudzi w środku nocy i nie może zasnąć, to trudno rano być wyspanym. Inną sprawą jest, że kiedy tak leżysz w nocy w pustym mieszkaniu, przekręcasz się z boku na bok usiłując zasnąć, milion różnych myśli przelatuje ci przez głowę. Zupełnie tak, jak gdyby niektóre z nich zupełnie nie miały śmiałości wyjść i się pokazać w świetle dziennym, a może to zwyczajnie ciągła bieganina dnia codziennego sprawia, że brakuje dla nich czasu i tego punktu zatrzymania, w którym można im poświęcić chociaż nieco uwagi. Czasem wydaje się, że nawet w taką pustą noc, część z tych myśli stara się człowiek nie dostrzec. Wracają kiedy w końcu udaje się zasnąć. Malują senne obrazy pełne wszystkiego, i jednocześnie tak puste, że aż przerażające. Czasem udaje mi się je zapomnieć o poranku i dalej mogę bawić się, że nie ma nic co by mnie od środka nurtowało.

Chociaż, czy tak na prawdę, to jest jeszcze cokolwiek takiego co mogłoby mnie nurtować, aż do tego stopnia, by spędzać mi spokojny sen z powiek? Wszystko jest tak stabilne od wystarczająco długie czasu, aby nabrać statusu normalności. Jeśli nawet nie normalności to powszedności dnia codziennego. Wystarczająco dużo czasu by się z pewnymi sprawami pogodzić. Otwieram więc czasami swoją magiczną szafę i patrzę na tego „trupka” co to w niej jest zamknięty. Już nie śmierdzi. Jest mocno podsuszony. Patrzę sobie na niego i obiecuję mu, że może już niedługo uda mi się go pochować, bo przecież, jak każdy trup i ten mój na to zasługuje. Przez jakiś czas trzymałam go w tej szafie z uporem maniaka, bo nie byłam gotowa na to aby pozwolić mu odejść, a teraz, teraz w końcu do tego dorosłam. Niestety, tego trupa sama nie pochowam. Współwinny jego trupowatości musi w tym pomóc. Właściwie to wierzę, że się zdobędzie na to i pomoże tego naszego „trupka” pochować, jak należy.

Na bezsenność wpływają też prozaiczne przyczyny. Trudno być wyspanym kiedy pół nocy czyta się jakąś książkę lub ogląda kolejne odcinki durnego serialu. Notabene zostało mi jeszcze 1,5 sezonu. Przy czym na 2 finalnych odcinkach 6 sezonu poryczałam się jak bóbr. Ja wiem, że to durny serial, że tylko fikcja, ale mam miękkie serce do ckliwych scen i oczy po mokrej stronie głowy. W cale nie rozstrzyga sprawy proste nawiązanie do „śpiącej królewny”, tak proste, że niemal prostackie, zupełnie mało ambitne, ale cholernie skuteczne jeśli idzie o wyciskanie łez. Tym skuteczniejsze, że nie sprawdzałam przez ile odcinków „śpiąca królewna” będzie spała, ani jak zniesie to jej „książę z bajki”. Kiedy człowiek ogląda pół nocy film i jeszcze przy tym beczy, to sen jest trudniejszy do odnalezienia, bo zwyczajnie oczy pieką,a  do tego zatoki mają specyficzną potrzebę oczyszczania się.

Do tego zgłębiam ostatnio dziwne zakresy wiedzy i tak sobie myślę, że gdyby ktoś kiedyś mi powiedział, że moja znielubiona w ogólniaku chemia, jeszcze kiedyś w życiu mnie dopadnie, to bym roześmiała się temu komuś głośno i serdecznie prosto w twarz, a tu masz. Spędzam czas nad podręcznikami do chemii i usiłuję się jej sama nauczyć i poprzypominać sobie mnóstwo rzeczy z nią związanych. Boli, ale jakoś na tę chwilę pcham to do przodu. Co będzie dalej, się okaże. Posiadanie wyzwań robi mi zdecydowanie dobrze, a chemia jest wyzwaniem. Tak to już jest kiedy tym co najbardziej mnie męczy jest stanie w miejscu. po prostu jakiś ruch w biznesie zawsze musi być. Obawiam się, że jedynym co mnie powstrzyma od dalszych dziwnych pomysłów są deficyty finansowe, gdyż niektóre pomysły plączące mi się po głowie, wymagają nakładów finansowych i to… zdecydowanie nie jakiś szczególnie wygórowanych. Kto wie, gdyby nie moje małżeństwo z bankiem, to kto wie, kto wie co by to było…

No więc jest tak: bociana dziobał szpak, a potem była zmiana i szpak dziobał bociana. Takie tam stare powiedzenie. Niby nic, a jednak czasem.

Nudziło mi się ostatnio bardzo, choć to akurat zależy mocno od tego co się przez nudę definiuje. Równie dyskusyjne jest stwierdzenie „ostatnio”. Zbyt wiele czasu na myślenie nie jest zdrowe.  Człowiekowi „niechcący” przychodzą do głowy różne rzeczy. To akurat, te różne rzeczy, nie są dobre. Często prowadzą do robienia głupot. Niektórych głupot lepiej nie robić, bo rachunki bywają zbyt wysokie. Nie sprawdzałam na sobie, ale wystarczająco się napatrzyłam po okolicy. Wysokie rachunki są tym co mnie odstręcza. Nie lubię przepłacać. Nie czuję takiej potrzeby. Nie lubię również płacić cudzych rachunków, a właśnie mam takie wrażenie, że tak jest od jakiegoś czasu. Ciąży mi to niemiłosiernie. Staram się nie myśleć, ale są chwile, kiedy zwyczajnie nie mogę. Mam dosyć. Ktoś gdzieś napierdolił, a ja płacę jego życiowe rachunki. A nawet jej nie lubię i mało ją znam. Właściwie to nie znam, ale to nie ma znaczenia. Wkurza mnie to, że ona ma w dupie co robi z własnym życiem, a rachunki płacą wszyscy na około. Oczywiście ona jest bez winy, oczywiście…

W czym problem? Problem w tym, że nie umiałam wyczuć sprawy na czas i dałam się wciągnąć w mataczenia. Mam żal do siebie, że pozwoliłam sobie utknąć w czymś, czego zawsze unikałam. Zawsze było jakieś albo, albo. Coś kosztem czegoś, coś w zamian za coś. Ten jeden raz w życiu nie zachowałam ostrożności. Jeden raz.

Mogłabym teraz tracić czas i zastanawiać się nad prozaicznym „dlaczego”. Sęk w tym, że nie znam odpowiedzi. Zna ją inna osoba. Jednak ta osoba nie chce się podzielić swoją wiedzą.

Być może nieco bredzę, ale nie całkiem. nie chodzi przecież o to aby napisać wprost. Ja wiem o czym piszę i to mi wystarcza. Tak, ta notka jest tylko dla mnie i tylko moja, jest taką formą krzyku bezgłośnego. Krzyku niemocy i bezsilności. Nie lubię być bezsilna. Nikt nie lubi. Użalanie się nad sobą jeszcze bardziej mnie wkurza. Więc tak, jestem teraz wkurzona na siebie, bo dzisiejszego popołudnia nie dopilnowałam swoich myśli. Pozwoliłam im płynąć. Znów uciekły. Dziś nawet zmęczenie nie pomogło.

Problem w tym, że przez chwilę poczułam się bezpiecznie. Pozwoliłam sobie myśleć, że jestem bezpieczna. Zapełniłam sobie dni do maksimum. Nowe wyzwania, nowe obowiązki, zero czasu na czucie i na myślenie… a jednak. Lekki „zonk”. Wszystko to złudzenia. Mogę sobie narzucić milion spraw do zrealizowania, a jednak, wystarczy jedna chwila i wszystko wraca. Rzuca mnie o ziemię i skręca z bezsilności, a wystarczyłoby kilka minut rozmowy…

Czas to bardzo skuteczne lekarstwo, jednak jego działanie jest złudne, zwodnicze i bardzo, bardzo powolne.

wczoraj przyszła zima

12

Zdecydowanie jesień należy pożegnać już w tym roku. Poprzedni weekend był ostatnim przyjemnym, a miniony był paskudny. W prawdzie u nas orkan niespecjalnie narozrabiał i miał mniejszą siłę niż przeciętny halny, ale zacinający deszcz i zimy wiatr nie nastrajały do wychodzenia spod kocyka. Wczoraj towarzystwo deszczu zostało zamienione na nieco mniej przyjemną wersję opadów. Mamy za sobą pierwszą śnieżycę w tym roku. Na razie śnieg zszedł, co najwyżej wyższe rejony Beskidu niskiego były porankiem lekko przyprószone i wyglądały niczym po-pudrowane cukrem pączki.

Ostatnio brakuje mi nieco czasu na pisanie (o przyczynie braku czasu będzie innym razem), a i na myślenie nie mam go za wiele. Niestety określenie „nie za wiele” to jednak za mało jest, a raczej – nadal za dużo czasu. Choć zdecydowanie odnotowuję poprawę w zakresie ilości durnych pomysłów i durnych pokus. Spokojnie, ani durne pomysły nikomu nie szkodzą, ani durne pokusy (najczęściej wiążące się z niewychodzeniem z kuchni i objadaniem się rzeczami uznanymi dotychczas jako „niejadalne” … tak, zdecydowanie tymi mało zdrowymi). Nie zmienia to stanu rzeczy, zgodnie z którym, mam obecnie niepohamowany apetyt na orzechy ziemne, czy też jakiekolwiek inne, które wpadną mi przypadkiem w rękę. pochłaniam w każdych ilościach.

Tak więc dzień mija mi za dniem w tempie niesamowitym, od czasu do czasu dając wolne popołudnie lub dzień, dzięki czemu łapię oddech i oglądam głupie seriale dla nastolatek. Jestem w pędzie i chyba to odpowiada mojemu organizmowi. Przestój, kojarzy mi się ze stagnacją. Przestój to coś zgoła odmiennego od spokoju. Spokój można odnaleźć również w pędzie. Jutro za to będzie czas na zatrzymanie się, na to by może pomyśleć o czymś, czego unika się na co dzień. Popatrzeć na to co za mną, co przede mną, i co przed każdym z nas. Powspominać tych wszystkich, których już tutaj nie ma, a których niestety z każdym rokiem przybywa, porozmawiać z tymi którzy są, a którzy może kiedyś wspominać będą nas…


  • RSS