demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: refluks myślowy

spacer po mieście

4

Obecna pogoda mnie wykańcza. Zafundowała mi lekkie przeziębienie. Doprawdy, po ostatnich dwu sesjach z antybiotykami, moja odporność leży i kwiczy albo całkiem zwiała gdzieś. Nie wiem gdzie, w każdym bądź razie – daleko. Nie o pogodzie jednak będzie.

Obiecałam jednej znajomej, że kupie jej coś i wyślę. Żeby zakupów dokonać musiałam potupać do miasta. Potupałam sobie wolnym kroczkiem, zaklinając rzeczywistość w kwestii pogodowej, co wiązało się z brakiem parasolki. Niepewnie co i raz spoglądałam w niebo, i kiedy już, już dochodziłam do celu, zaczęło kropić. Blisko już było, więc zaoszczędziłam sobie zmoknięcia. Co kupić miałam, to i kupiłam. Droga do domu za to pełna pokus była, gdyż chmury zapędziły mnie do galerii handlowej. Oj. Na szczęście sezon wyprzedażowy już przemija i jesienna kolekcja wkracza, ale, rzutem na taśmę, jeszcze nabyłam cieniutki sweterek typu narzutka w kolorze miętowym. Z pozostałych ciekawych drobiazgów nie było już rozmiaru… same S pozostawały… czyli nie jest tak ze mną źle… a jak widać, chudzielców nie jest znowu w okolicy aż tak wiele, skoro to jedyny rozmiar jaki uchował się na końcówkę wyprzedaży.

Korzystając z mało przyjaznej aury, jaka rozciągała się za drzwiami galerii, wstąpiłam jeszcze do księgarni. Oj. To nie było dobre posunięcie. Ogólnie to ja księgarnie stacjonarne omijam szerokim łukiem. Stołuję się głównie w antykwariatach lub w jednym książkowym dyskoncie internetowym. Przypomniałam sobie bardzo mocno dlaczego tak jest. Ferwor kolorów, grubych okładek, ciężkiego papieru, często kredowego albo innego wysokogatunkowego jest porażający. Porażające, dla mojego portfela, są też ceny. Zdecydowanie też, gdy większość książek się otwiera to królują w nich obrazki, rysunki, zdjęcia, a treść… treść jest w odwrocie. Może jestem zwichrowana, ale tęsknię do książek zawierających treść. Szary papier mi nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też niepozorna okładka, oraz mizerna waga książki. Nie przeszkadza mi, jednym zdaniem, PRLowskie pochodzenie książki. Nie mogę się jakoś przekonać do tych nowomodnych, grubych, ciężkich i kolorowych z małą ilością treści (dodam, że szukałam książki może nie popularno-naukowej, bo te to obecnie już tylko chyba w księgarenkach uczelnianych lub na internetach, ale jednak czegoś więcej niż typowego poradnika).

Uciekłam pomiędzy kolejne pułki. Z cichą nadzieję, wyszukałam dział fantasy, niestety i tu przerażenie mnie dopadło. Wszędzie grube okładki, błyszczący papier, na diabła pana co kilka kartek powpychane rysunki rodem gdzieś z mangi albo imitujące komiksy. Jestem rozczarowana. Bardzo. Przytłoczona też jestem. Przytłoczona kolorami i grubością oraz ciężarem papieru. Przerażona jednakowością okładek. Wszystkie na jedną modłę skrojone. Spokojnie, po okładce poznasz gatunek, ale na pewno nie dowiesz się niczego o książce. Żaden bohater nie przebije się na plan pierwszy żeby się z Tobą przywitać, żadne miejsce nie zachęci aby je bliżej poznać. Od czapy uśmiechnięte twarze dziewczyn… czasem nawet jedna do drugiej podobna jak by tą samą osobą były tylko w innym ujęciu… a może i są to zdjęcia tej samej osoby wykupione przez różne wydawnictwa, do różnych tytułów, albo … no nie wiem – wiem, że są bazy zdjęć, więc pewnie to z takiego miejsca.  Napisy, tytuły, autorzy – każdy gatunek też ma swoją czcionkę, albo ich zestaw. Też bez odniesienia do treści. W horrorze tytuł obowiązkowo musi krwią ociekać… inaczej się nie da. Nawet jeśli w treści nawet jednej kropli krwi nie ma.

Uciekłam, uciekłam szybko, kiedy przemiła skądinąd, Pani pracująca w tej księgarni, zaproponowała około 10 letniej dziewczynce książkę, której bohaterka jest w podobnym do niej wieku, ma dwóch braci, którzy przekręcają jej imię, a ona tego bardzo nie lubi i w związku z tym robi braciom różne złośliwości…  poległam (czytany głośno fragment, wyrwany z kontekstu w prawdzie, ale jednak, powalił mnie na kolana, a później na glebę). Słysząc o takiej książeczce, oczywiście kolorowej i pełnej rysunków, zaczęłam się cieszyć, że w tym wieku Młody nie miał jednak wielkiego pociągu do literatury. Gdyż zdaje się, że treść książek dla dzieci, a przynajmniej dla dziewczynek, jest daleka od tego jakie wartości chciałabym przekazać własnemu dziecku. Ja rozumiem, że trzeba umieć się bronić, ale złośliwością? Podstępem? Manipulacją? Tego uczyć 10 letnie dziewczynki? Może później się nie powinno dziwić, że mamy krnąbrne, naburmuszone, przekonane o swoim idealizmie, a z drugiej strony głęboko zakompleksione, pokolenie młodych ludzi. Może jednak warto aby osoby piszące dla dzieci trzy razy się zastanowiły o czym i jak piszą. To na prawdę jest duża odpowiedzialność, a nie tylko biznes… Jak dla mnie, ta książeczka była przepisem na znęcanie się nad ludźmi – przepisem napisanym nieco infantylnym językiem, ale jednak, przepisem podanym dziecku na tacy… a skoro bohaterka może tak postępować, to… czemu ja nie? Drobny szczegół, który zdaje się umyka dorosłym, dzieci mają inny system postrzegania rzeczywistości, bardziej dosłowny, nie operują na abstrakcji. Jeśli coś zostało napisane, to zostało napisane i tak jest. Dla dzieci, ta fikcja literacka, jest rzeczywistością. Świadomość, że książka jest czyjąś fantazją, zmyśleniem, niczym realnym przychodzi później, a obecnie mam wrażenie, że coraz później i kiepsko jest się w tym połapać nawet nastolatkom, które, przynajmniej teoretycznie, fikcję i abstrakcję powinny mieć już zupełnie opanowaną. Strach się bać co będzie dalej.

Nietypowo odniosę się do Agaty Dudy i jej nieszczęsnego „góralskiego” paska – dodatku do jasnej sukienki. Nie wiem po co ten szum wokoło niego, ale napiszę, że mnie on się podobał. Nie uważam też, że był w złym guście, czy nie na miejscu. Poza tym, ten pasek bardzo pasował do sukienki i dodawał jej charakteru. Poszłabym nawet dalej z tą stylizacją u dobrałabym buty w kolorystyce zbliżonej do tej jaka ma Księżna.

Zupełnie nie rozumiem o co halo… że jak, w kujawskiej spódnicy i krakowskim kubraku miała wystąpić? Dorzucić do tego jeszcze kapelusz lub toczek stylizowany na górniczą czapkę z piórami? Normalnie to komuś się nudzi i porusza go pierdoła zamiast konkretu. Suweren nam się kluje pod własnym bokiem, a my patrzymy i podziwiamy młodych monarchów obcego państwa. Młodych, pięknych uśmiechniętych i legalnych… a u nas… ??? Dobra, dobra, monarchia nam się nie szykuje, ale uzurpacja już całkiem jest prawdopodobna, a społeczeństwo, co w tym czasie? Ano oburza się paskiem Pani Prezydentowej oraz gulgota o podnoszeniu cen paliwa, zamiast zająć się tym, co ta zasłona dymna na prawdę skrywa. Tu nikomu na kasie nie zależy, i tak ściągną z nas ostatnia koszulę, w ten, czy inny sposób, ale ściągną, nie pytając nas o zdanie i tym bardziej nie pytając o zgodę. Ściągną, gdy będziemy jazgotać o modzie, pasku do sukienki, i wakacyjnych rozrywkach na skuterze wodnym Pana Prezydenta. Mało tego, że ściągną, to jeszcze sprawią, że kiedy zorientujemy się co się dzieje, notabene zdecydowanie za późno się zorientujemy, gdyż za późno już jest, to nie będziemy mieć komu się poskarżyć, nie będziemy mieć komu wypłakać się w mankiet… dyktator nie lubi mazgajów, a jedynie słuszne postępowanie jest tym, które on wskaże… Macie igrzyska, ale co będzie, gdy skończy się chleb? Bo, że w kasie pusto i wiatr hula, to pewne, a z pustego to i Salomon nie naleje… więc dalej, czekajcie na swoje 500+ i wierzcie w czcze obietnice. Nic co jest Wam (Nam) dane, nie jest dane na zawsze – warto by o tym pamiętać.

Miałam o kilku drobiazgach, szarej codzienności napisać, pokazać kilka „ubranko” nowego Heńka, oraz tę nieszczęsną, samodzielnie zainstalowaną roletkę, ale to akurat może spokojnie poczekać do jutra, a może i jeszcze nieco dłużej. Nie śpieszy się. Natomiast powyższe podniosło mi ciśnienie, dlatego nieco powietrza musiałam z siebie upuścić, bo jak jeszcze raz usłyszę od jakiegoś wąsatego babska, że ten pasek to Ona taki miała zły, to normalnie za siebie nie odpowiadam i przypadkiem, mogę wydepilować wąsik o chodnik przed osiedlowym warzywniakiem…

Swoją drogą, to coraz bardziej podziwiam Panią Agatę. Jest w bardzo niekomfortowym miejscu, w bardzo niekomfortowej roli. Zdaje się, że jest w więzieniu kariery swojego męża i jego uległości wobec jedynie słusznych poglądów. Dla kobiety silnej, o zdaje się ugruntowanych poglądach, niekoniecznie zbieżnych z jedynie słuszną ideą, nie jest prostym zachować powagę stosowną dla rangi żony Prezydenta. Tym większe wyzwanie dla niej, im bardziej mąż jej odznacza się służalczością i spełnia zachcianki, a mógłby inaczej… gdyby chciał i miał odwagę… i nie bał się tego co Prezes ma w szufladzie na niego… tylko, czy on jeszcze potrafi mieć własne zdanie, czy kiedykolwiek potrafił… przecież Prezes nie popełnił by błędu doboru niewłaściwego człowieka, na tak zacne stanowisko, a żona? Cóż żona… przecież Prezes o kobietach nie wie nic, a to co wie, to… tak… cóż, co najwyżej ze słyszenia, a ludzie różne rzeczy gadają…

dawno, dawno temu…

12

Było sobie gdzieś letnie lato, kiedy to świeciło słońce, było ciepło za dnia i nocą, a deszcz padał co najwyżej raz na kilka dni, albo i raz na kilka tygodni. Słoneczko sobie świeciło, ludzie chodzili opaleni, zadowoleni i pełni witaminy D. Ogólnie uśmiechnięci i mili. Gdzieś kiedyś tak było. Nie pytajcie kiedy i nie pytajcie gdzie. Nie wiem tego. Tak tylko słyszałam, że tak było. Słyszałam też, że w krainie tej, owoce wszelkie mają przyjazne ceny i smak pełen słońca, ale to wszystko to ledwie powiastki ludzkie, i tak na prawdę nie wiem, czy coś z tego prawdą jest, czy to samo ludzkie bajanie, by zająć dziadki i siebie w pochmurne, burzowe popołudnia i wieczór, i nie, że to mamy jakieś jesienne długie i słotne wieczory, rak dobre na bajanie bajek. To wszystko długimi, chmurnymi lipcowymi popołudniami, kiedy człowiek już przez okno niewiele widzi, bo zasnuwa je deszcz lub brud i tak na zmianę.

Tak, zdecydowanie, jeśli idzie o konkurs na najbrudniejsze okna we wsi, to te w Wersalu nie mają sobie równych. Zwłaszcza kuchenne. Jest z nim niejaki jednak problem, gdyż, kiedy już jestem w Wersalu to pada, a kiedy nie pada i okno mogłabym umyć, to mnie zwyczajnie tam nie ma. pogoda miesza mi szyki nie tylko jeśli idzie o mycie okien, ale też przestawia wszelkie plany wędrówkowe, dlatego chaszcze podziwiam przez szyby samochodu. Podziwiam jak przechodzą od młodej, soczystej i intensywnej zieleni, przez ferwor kwiatów, do powoli, coraz bardziej, wysychających, żółciejących łanów, tu i tam co najwyżej skoszonych lub przyciągających niebieskością bodziszka łąkowego, który rozpanoszył się niemiłosiernie w okolicy, a za którym, to ja nieszczególnie przepadam akurat. Zadziwiające jest to, że lipiec jest, a krwawnik i wrotycz zaczynają kwitnąć na całego, a przyznać muszę, że bywało iż minionymi laty, blisko połowy sierpnia, był jeszcze problem spory z wrotyczem, bo dopiero zaczynał kwitnienie, a teraz? W tym roku zdaje się już przekwitnie do tego czasu.

Tak więc przez pogodę, ale i przez lenistwo co chwilę coś mi umyka, a ja się łapię, że młodsza się nie staję, tym bardziej, że B. przysłał mi zdjęcia, które zrobił jakieś 12 lat temu… zeskanowane rzecz jasna. Tak, byłam wówczas piękna i młoda, i szczupła, i krótkie włosy miałam, i Młody był taki jeszcze niewyrośnięty i dziecinnie okrągły i gładki. No i tak do mnie co chwilę dociera, że ten czas zapieprza, nie pyta mnie o zdanie, a do tego, nic już, z tego co było, nie będzie, a ja zamiast wziąć się za siebie i cieszyć się i korzystać z tego co przede mną, stoję z rozdziawiana buzią, i pytam siebie i wszechświat – jak to tak? To już? Tule czasu? Tyle lat… Mam też ochotę krzyknąć „zwolnij do cholery, zwolnij!” tyle, że wiem, że to niewiele da… więc niemo krzyczę tylko w sobie, i staram się panować nad tym szaleństwem poczucia przemijającego czasu i uciekających bezpowrotnie chwil…

Zwyczajnie jestem z tego powodu zadowolona i staram się nie myśleć, że ten następny, tak w zamian, ma tych dni 6 do przepracowania. Choć akurat mój będzie miał 5, tyle, że zamiast wolnej soboty, to poniedziałek przedłuży mi nadchodzący długi weekend. Chociaż, kto wie, co będzie. W końcu następna sobota to jednak Sobótki… więc może by tak coś konstruktywnie ze swoim tłustym zadkiem zrobić, a nie kisić się na sofie i patrzeć w sufit.

Nie o tym jednak chciałam. Znaczy się, nie o kiszeniu się na sofie, ani też o zaletach, choć bezspornych, bieżącego tygodnia. Chciałam o innych inszościach słów kilka popełnić. Problem tylko, że i tak źle, i tak nie dobrze.

No więc mój ogólny stosunek do nadużywania alkoholu jest jednoznaczny, mocno krytyczny i bezdyskusyjny. Nie ma takich argumentów, które zmieniłyby moje przekonania w tym temacie. Jednak, ostatnimi czasy, życie tak mnie manewruje, że zwyczajnie, mam ochotę stanąć z nim na przeciw i powiedzieć mu prosto w gały, żeby mi wprost powiedziało o co chodzi, a nie jakieś takie niejednoznaczne sytuacje. Niestety, jest to nieco jakby trudne, bo gdzie życie ma swoje gały, patrzały, czy inne części twarzy? Nie wiem. Jak się dowiem, to zapytam. Tymczasem bawię się w życiową ciuciubabkę ze swoimi przekonaniami, poglądami i innymi myślami. Na mojej drodze stają różni ludzie. No i dobrze. Problem w tym, że ostatnio bardzo wiele osób ma właśnie ten określony problem. Lepiej jednak brzmiałoby pewnie, że mieli ten problem, ale podobno jak się go już raz nabędzie, to ma się go do końca życia. Więc, są to osoby z tym problemem. Więc tak sobie siedzę, patrzę w niebo, macham bucikiem w kolorowe kwiatki i myślę, że życie – czego Ty ode mnie chcesz? Co chcesz mi powiedzieć? Mam się wziąć za bary ze sobą samą, z tą częścią przeszłości, którą zamknęłam na kłódkę w jakiejś szopie i wywaliłam kluczyk do kłódki sama nie wiem gdzie.

Mam ochotę krzyczeć: To nie ja piję, To nie ja mam z tym problem! W odpowiedzi słyszę sarkastyczne „Doprawdy?”. To, że nie piję, to jeszcze nie znaczy, że alkohol nie jest moim problemem. Jest, wypacza nadal wiele rzeczy w moim życiu. Jest granicą, za którą jest przepaść. Nie ma znaczenia, że to nie ja piję. Ktoś inny pił. Całe moje życie zostało tym naznaczone. To znam, więc może przyciągam takie osoby. Więc może, zamiast odwracać się, odgradzać grubym murem, jednak warto wykorzystać i te znajomości. Egoistycznie, podać do kogoś rękę, żeby samej nauczyć się przechodzić po wąskiej ścieżce nad przepaścią izolacji? Siedzę i myślę, co ja mam zrobić? Skreślić człowieka tylko dlatego, że miał odwagę zacząć walczyć sam o siebie, z własnej woli, nie z nakazu, nie z szantażu, tylko sam z sienie? Skreślić kogoś, tylko dlatego, że każdy dzień, nadal jest wyzwaniem i budowaniem rzeczywistości na nowo? Uciec, tylko dlatego, że nie umiem określić, powodów, dla jakich miałabym kontynuować znajomość? Uciec, bo to łatwiejsze niż po prostu być.

No i tak sobie myślę, że skoro takie rozterki mam gdy chodzi o zwykłe znajomości, to co by było gdyby chodziło o coś więcej? Czy wówczas miałabym siłę, czy uciekłabym jeszcze szybciej? Bo wiem jak to smakuje, jak wygląda od środka. No i co ja tak na prawdę wiem? Gówno wiem? Wszystko co wiedziałam, chyba czas przewrócić do góry nogami, postawić na głowie i jeszcze raz popatrzeć na życie, w którym są różne osoby, z różnymi problemami, a którym czasem pomaga to, że się po prostu jest, że się czasem odbierze telefon, że się pogada o wszystkim i o niczym. Kredyt zaufania to olbrzymie wyzwanie, z drugiej strony, może być ogromnym darem i siłą dla drugiej osoby. Poza tym, może warto docenić to, że ktoś umiał się przyznać, najpierw przed samym sobą, a teraz i przed znajomymi, że ten problem jest, że on go ma. Tym bardziej może warto, skoro wielu bierze nogi za pas, ucieka do swojego życia i zamyka się, bo… bo najczęściej nie wiadomo jak się zachować, o czym mówić, co robić… a recepta jest jedna… żyć normalnie i pozwolić drugiemu też żyć, nie rozdmuchiwać sztucznie problemu, ale też nie zamiatać go pod dywan. Równowaga, magiczne słowo, prosta teoria, trudna praktyka.

Znowu przytyłam. Niechby to świstło. Mam ochotę szpetnie kląć i sarkać na cały świat. Coraz bardziej dochodzę do przekonania, że zaczynam tyć od samego wdychania powietrza. Aż tak znowu sobie ostatnio przecież nie pofolgowałam. Może i trafiła się jakaś czekolada, czy inny słodycz, ale bez przesady. Dużo tego nie było. Do tego staram się nie podjadać i pakować do jedzenia w miarę dużo błonnika. W sensie, że dużo trawy staram się jeść. No. Wodę piję. Tylko z ruchem jest niejaki problem. Przychodzę do Wersalu i zalegam. Obiadek, laptosiek lub książka i kanapa. Brak mi motywacji na to żeby się ruszyć gdziekolwiek. Siedzę więc i nic nie robię, nic w sensie ruchu, a później jeszcze bardziej nic nie robię, bo kładę się spać, a w pracy też nic nie robię, bo siedzę za biurkiem i tylko paluszki i mózg ćwiczę, a zadek rośnie i rośnie, i przestać nie chce. Zwyczajnie, brakuje mi motywacji. Zdaje się, że to kryzys mi się włączył… zaraz zacznę oglądać sportowe samochody, nie daj BUK liściasty – motocykle, a później… strach się bać co może mi jeszcze do tego siwiejącego łba przyjść…

Na pocieszenie trzeba zjeść: Sałatka zielona z żurawiną i gruszką.

Składniki: pół sałaty lodowej, 1/3 miksu salat lub roszponki, 3 średnie ogórki konserwowe, pół ogórka zielonego (lub jeden mały gruntowy), pół puszki cieciorki, 50 g żurawiny ciętej, 50 g słonecznika łuskanego (można podprażyć na patelni), pół papryki czerwonej, jedna gruszka, pół kulki mozzarelli (nie konieczne), mały kubek jogurtu naturalnego, łyżka majonezu. Sól, pieprz. Płatki kukurydziane – jeśli ktoś lubi.

Przygotowanie: sałatę, ogórki, paprykę, gruszkę i mozzarellę  siekamy i wrzucamy do michy, dodajemy żurawinę, cieciorkę i słonecznik. Jogurt mieszamy z łyżką majonezu, dodajemy soli i pieprzu ile lubimy. Mieszamy zieleninę z jogurto-majonezem i wcinamy. Do tego jeszcze można posypać to wszystko płatkami kukurydzianymi – uwaga – uzależnia! (Zdjęcia nie zdążyłam zrobić… zjadłyśmy nim pomyślałam o pstryknięciu fotki).

refluksje po niedzielne

10

W ramach bardzo leniwego, niedzielnego popołudnia, tak leniwego, że czytanie książki jakiejkolwiek było abstrakcją i groziło natychmiastowym oddaleniem się w objęcia poduszki, podjęłam trud ogarnięcia przestrzeni mojej małpiej skrzynki. Skrzynkę tę mam od zawsze. To moja pierwsza i długie lata jedyna małpia skrzynka. Od 2006 roku dostawca usługi pocztowej pozwolił mi chomikować mejle wedle uznania. Wcześniej, jeśli ja ich nie sprzątnęłam, to on sam, po kilku miesiącach, „robił mi miejsce” w skrzynce. Tak więc jak, łatwo się domyślić, było co przeglądać.

O ile wiadomości przychodzące są przeglądane, czytane i analizowane na bieżąco, o tyle wiadomości wychodzące, to już inna bajka jest. Tak więc dowiedziałam się, że najstarszą zachowaną wiadomością jaką wysłałam jest wiadomość z sierpnia 2006 roku. Pominę milczeniem i treść, i adresata, acz dodam, że wiadomość zachowam nadal. Nie z racji jej wyszukanego charakteru, ale z racji jej starości i tego, że zwykły „śmieciowy” mejl, stał się punktem odniesienia.

No więc do brzegu. Okazało się, że przez te lata, kiedy nie sprzątałam zbyt dokładnie, to okresowo korespondowałam z różnymi osobami. Bardzo to dobitnie pokazało, jak ludzie przychodzą do mojego życia i z niego odchodzą. Są ważnym elementem, a za chwilę, nawet nie pamiętam kim byli, a rozmowy też niewiele mi mówią. Często dotyczą rzeczy których nie umiem sobie dokładnie przypomnieć. Wszystko przemija. To co jednego dnia jest ważne i absorbujące, drugiego, okazuje się, że zostaje pogrzebane w niepamięci, zasypane lawiną nowszych, bardziej krystalicznych wspomnień.

W mojej skrzynce są też katalogi. Katalogi zachowują wszystkie te małpie wiadomości, które są ważne, które pomimo upływu czasu nadal są częścią mojej codzienności. Tu też, część adresatów wiadomości już w moim życiu nie jest obecna, ale nadal obecna jest we mnie. Sprawili, że jestem taka jajka jestem i, że jestem tu gdzie jestem. W taki, czy inny sposób, wpłynęli na to kim jestem, nawet jeśli to była ostatnia rzecz jakiej spodziewaliby się po wymianie elektronicznych listów. Są też adresy, z których nikt już nie napisze nigdzie i nigdy.

W końcu, są też w mojej skrzynce magiczne katalogi. Nadal żywe, nadal zmieniające swoją zawartość. Lata mijają, a one są. Mają się dobrze. Mam też nadzieję, że zostaną na długo jeszcze, na to jakieś „na zawsze”. No i tutaj to tak… TUV – dzięki, że jesteś :) … ile to już lat?

Dobrze, ale niedziela nie tylko popołudniem stoi… miała też swoje przedpołudnie. Przedpołudnie z atrakcjami, na które nie byłam gotowa, ani ja, ani Perełka… dlatego nieco nieostro się zaprezentujemy oraz dorzucimy jeszcze jedną zabawkę wypróbowaną.


  • RSS