demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: damsko-damskie

przemijanie, rozsypanie

24

Ten sam film, niemal zapętlony w odtwarzaniu. Od lat odgrzebywany na dysku, z maniackim, prawie masochistycznym uporem. Te same, niczym wyblakłe obrazy. Jeszcze raz i jeszcze raz. Nie muszę go już w cale odtwarzać z dysku. Wystarczy, że zamknę oczy i widzę każdy kadr prawie z osobna. Może bez koloru, ale jednak. Słyszę, gdzieś tam w sobie, każdy dźwięk na nowo i jeszcze, i znów. Nie muszę go już oglądać, bo jest już tak we mnie wpisany, że przez lata stał się częścią mnie.  Patrzę w monitor i widzę dwa filmy. Ten oglądany i ten drugi, moje życie.  Właściwie to nie wiem nad czym płaczę. Nad filmem, tym że aktorzy w nim grający już odeszli, czy nad tymi utraconymi nadziejami i marzeniami jakie on kiedyś zaszczepił w głowie bardzo młodej dziewczyny.

Wszystko się spierdoliło i nie tak miało być, a przecież, nie mam nad czym się roztkliwiać, bo mam mało ale i tak więcej niż inni. Więc do cholery, dlaczego siedzę sama w czterech ściana i ryczę. Dlaczego ciągle żyję jakimś złudzeniem od ponad dwudziestu lat. Nadzieją, którą tylko między bajki powinno się włożyć, bo życie wygląda zupełnie inaczej.

Dawno temu spadłam z obłoków na ziemię, ale nadal i ciągle, i jeszcze zdarza mi się na nie patrzeć. Tym bardziej, im bardziej się potłukłam. Nie rozumiem tylko dlaczego teraz tak długo się nie goi. Dlaczego ciągle gdzieś w tle, majaczy melancholia, zapatrzenie w przestrzeń i w chmury, bo ciągle nie umiem dostrzec obłoków.  Czasem, cholernie trudno jest zapomnieć jak blisko było się swojego nieba, a jeszcze trudniej uwierzyć, że można do niego jednak powrócić. Idę więc poszukać swojej wiary w to w co czasem trudno uwierzyć.

Jest mnie mniej we mnie, jakiejś części brakuje. Ktoś ją zabrał. Liczę, że przynajmniej jemu jeszcze dobrze posłuży, nawet jeśli brać jej nie chciał i zabrał przypadkiem. Nie wiem tylko, czy nie oddał, bo nie wiedział co zabrał, czy może chciał zatrzymać dla siebie. Choć prawda, jak zwykle, pewnie jest po  środku – może się bał oddać, bo bał się, że przypadkiem, albo specjalnie zabiorę kawałek z niego całkiem dla siebie…

Jedną rzecz tylko mogę obiecać. Wyrzucę film do najdalszego katalogu na dysku. Ukryję głęboko przed sobą samą, aż przyjdzie dzień kiedy obejrzę go tylko z nostalgią i z pogodzonym uśmiechem.

Zdjęcia z minionej niedzieli. Zimnej, mokrej i wietrznej.

Ogólnie to w pracy właśnie się dogrzewam grzejniczkiem elektrycznym. Normalnie od tego siedzenia w zimnie to marzną mi paluszki i myślę tylko o tym, że jest mi zimno, że che mi się gorącej herbatki, albo, że herbatka gorąca, ta już wypita, chce ze mnie uciec. Nie wiem, może ktoś sobie marzec z majem pomylił i zapomniał, że mamy 25 maja, a nie marca.

Przez tę pogodę, bociany na łąkach, brodzące w zieleni i zmoknięte od deszczu, wyglądają jakoś tak abstrakcyjnie i niedorzecznie. Niemal, nie na miejscu. Mój płaszcz i ciepłe buty też wyglądają niedorzecznie za każdym spojrzeniem w kalendarz. O tym, że pranie nie schnie tak jak przystało na maj, to szkoda wspominać. Co do prania zaś, to przydałoby się aby schło jak powinno o tej porze roku, gdyż ostatnio minimalizuję sukcesywnie ilość posiadanych ubrań. Skoro i tak w nich nie chodzę, to po co je trzymać? Bo na specjalną okazję, bo modne, bo ładne, bo niezniszczone, bo… a w mordę jeża, na guzik mi to, skoro i tak w tym nie chodzę i chodzić nie zamierzam. Specjalne okazje… już nie pamiętam kiedy ostatni raz się jakaś trafiła, więc jaki sens w trzymaniu ubrań właściwych na okazje specjalne, skoro nawet trudno przewidzieć ich charakter. Wywalam. Już dwa worki zabrała ciotunda, a cała masa worków stoi i czeka, aż zadzwonię do dwu innych rodzinnych przechwytujących. Inną kwestią jest przegląd obuwniczy, do którego już prawie zebrałam natchnienie. To sprawa wielkiej wagi i ciężkiego kalibru. Ja, pozbywająca się obuwia, to kolejna majowa niedorzeczność, niespotykana do tej pory. Już ze 3 pary poszły do śmieci, a to tylko te co były pod ręką. Czas na przegląd zawartości pudełek i kartonów, a tam – cóż, nie wiem – wystawić na allegro? Na OLXie? Nie wiem. Szkoda by było do śmietnika, bo część miałam może raz, a może dwa razy na nogach, ale są też takie, których na nogach nie miałam nigdy, po za chwilą przymierzania w sklepie…

Mam syndrom sprzątania i porządkowania. Składania, układania i segregowania. Nie tylko w szafach i butach, ale też w poglądach i w podejściu do świata, do życia, do ludzi. Plączę się pomiędzy tumiwiśizmem, a chęcią zmiany. Dużej zmiany. Na tę chwilę jednak muszę jeszcze jakiś czas pozmagać się z szarą codziennością zatrzymana tym co trzeba doprowadzić do końca. Tak. To jakiś czas wielkiego sprzątania. Może robienia miejsca na nowe. Na nową siebie. Na szczęście nie mam ciągotek do sprzątania wśród znajomych. Po numerze najlepszej przyjaciółki sprzed lat, nauczyłam się już dawno pilnować porządku w tej sferze życia i przedkładać jakość nad ilość.

drogi pamiętniczku…

11

… kupiłam dziś buty. Tak, to kolejna para w tym roku. Nie, nie pamiętam która. Nie wiem też, czy bardziej uległam, czy poległam. Nie zakładałam niekupowania obuwia, więc chyba nie poległam… ale na pewno uległam swojej wielkiej słabości. No i takich jeszcze nie miałam… a skoro wiosna się zdecydować nie może… to jakoś musiałam sobie humor poprawić przecież.

… poza tym, człowiek musi coś z tego życia przecie mieć…

Ogólnie reklamy mnie męczą. Jestem słabo podatna na ich przekaz. Nie, że nigdy nie ulegam, bo to nie prawda, gdyż i wśród reklamowanego badziewia znaleźć można prawdziwe perełki. Jednak najczęściej reklamy omijam, pomijam i ignoruję. Nie mam patentu na wiedzę na każdy temat, ale o reklamie wiem tyle, że często mija się z rzeczywistością i z prawdą również. Ja to za duża jestem żeby w bajki wierzyć… choć czasami wierzę, acz bardziej bo chcę, a na pewno nie, że muszę, a już najmniej, że ktoś tego oczekuje. Tak samo życzeń nie spełniam, ale to inna bajka.

Wracając jednak do sedna, czyli do reklamy. Czy mówi wam coś data 29.03? Nie, a szkoda. Bo mnie się ona spodobała. Tym bardziej, że przypadkiem obejrzałam jedną z reklam związaną z kampanią nie nachalną, acz do mnie mocno przemawiającą i oddającą to co dzieje się z dzisiejszym światem… oraz delikatnie sugerującą, że może jednak nie tędy droga… ale, że o co mnie chodzi? Ano, uwaga, będzie reklama… a może nawet dwie…

migawki z sadzawki

2

Mam wrażenie, że życie pokazuje mi od kilku tygodni, że JEST. Tuż obok. Na wyciągnięcie ręki. Tylko ja uparcie trwam w niebycie, pozwalając na to by działy się mało przyjemne rzeczy.

Najpierw przekomarzanie i wyjadanie frytek temu koncertowemu cudakowi, co to perkusją się bawił. Później, zaskakujący podryw w galerii handlowej… metodą „na zakupy z nastolatkiem”, no i wczorajsze rozkojarzenie Pana w banku, który starał się ze mną flirtować i pracować jednocześnie. A to wszystko raptem w tydzień. To tak, jakby życie mi starało się pokazać – podobasz się facetom uparty głąbie! Na co czekasz! Baw się.

No i tu zaczynają się schody. Owszem, podjadanie z cudzego talerza po to aby wprawić daną osobę w konsternacje, bywa zabawne, ale na niezbyt długo. To, że w wielkiej galerii handlowej, kiedy przystojny facet zagaduje, co łatwe nie jest kiedy dwoje nastolatków pędzi w przeciwne strony, to też jest bardzo miłe – tym bardziej miłe, że jeszcze jeden sklep i pewnie zaprosiłby mnie na kawę. Kiedy rzeczowy i konkretny facet nagle zaczyna się zachowywać jak nastolatek i z chłodnego profesjonalisty robi się zakręcony przystojniak, to tez jest ujmujące i przyjemne. Sprawia radość. jednak, to wszystko to nic, bo gdzieś w środku, coś krzyczy, że to nie to, że to nie tak, że to nie tędy droga. No i tak jest. Może i to wszystko jest na wyciągnięcie ręki, tylko, że najpierw muszę poukładać sobie bajzel jaki mam w głowie.

Nie wiem, czy bywa tutaj osoba, która wczorajszego wieczora usiłowała mi wytłumaczyć, że albo ja jestem głupia, albo ona naiwna. Ani ja nie jestem naiwna i głupia, ani ona też naiwna nie jest, za to że jest wyrachowana i egocentryczna, to nie tajemnica. Natomiast, na wszelki wypadek, przejdę na ton bezpośredni, gdybyś tu bywała jednak, bo być możne dotarłaś do tego adresu, skoro przywłaszczyłaś sobie mój nr telefonu, to możne i tu przyłazisz. Posłuchaj więc: Nie muszę być tu gdzie jestem. Ja chcę być tu gdzie jestem. Nie, nie żałuję ani jednej chwili, ani jednej minuty jaką z nim spędziłam i jaką będzie dane mi z nim spędzić. Jeśli jest pogubiony, to powinien ci za to podziękować. Nie mnie. Bo widzisz, przez całą naszą znajomość, cały czas miał i ma wybór. Ten wybór to jego decyzja. Wystarczy, żeby powiedział jedno magiczne zdanie: „To koniec naszej znajomości”. To zdanie ciągle jeszcze nie padło, co przecież wiesz. Gdyby było inaczej – cóż, nie dzwoniłabyś.

Rada: Doceń to co masz, a nie mieszaj tam gdzie już raz pomieszałaś. Goniąc za złudzeniem, że może być jak kiedyś, marnujesz życie swoje, jego i kilku innych osób. Nigdy już nie będzie jak kiedyś, zbyt wiele rzeczy wydarzyło się po drodze. Zacznij budować swoje nowe szczęście, a nie biegnij za przeszłością. Życie jest jedno. Życzę Ci, abyś je znalazła i żebyś zapatrzona w przeszłość nie zgubiła czegoś ważnego w teraźniejszości.

Nie martw się o mnie – ja sobie poradzę… Zawsze spadam na „cztery łapy”. Jedno jeszcze – własne rachunki, płacę sama – więc jeśli ktoś tu kogoś będzie miał na sumieniu, to będziesz Ty… wiesz o tym. Pytanie, czy będziesz mieć spokojny i szczęśliwy sen, czy będziesz mogła spokojnie patrzeć w lustro, wiedząc, że to co się dzieje to Twoja wina… nawet jeżeli wszyscy na około uwierzą w to, że jest inaczej…

bardzo długi dzień

2

To długi i meczący dzień był. Długi bo wcześnie się rozpoczął, męczący, bo tyle różności zaoferował, i dobrych i mniej dobrych, i zadziwiających również, że ze zmęczenia dniem, ale i ludzka głupota, dostałam mdłości.

Ot, czuję się kiepsko, i tak, pamiętam, że miałam iść do dohtora, i że z takimi wynikami to nie poszaleję, więc może nie dzień i ludzka perfidia, mnie zemdliły, ale kiepskie zdrowie.

Czas na sen. Pomyślę o tym i o owym jutro… u Skarlet się sprawdzało… więc może i u mnie też się sprawdzi…


  • RSS