demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: codzienne

niechybnie zima idzie

8

Niechybnie i niezaprzeczalnie. Nie da się już udawać, że jeszcze będzie ciepło. Malowniczy przymrozek porankiem zmusił dziś do skrobania szyb w autkach nie jednego kierowcę w okolicy, więc już nie tylko kurtki czas z szafy powyciągać, ale też odszukać czas rękawiczki, szaliki i czapeczki. Buty zostawiam jeszcze przejściowe, ale chyba doinwestuję swoją szufladę z bielizną w zakresie ciepłych skarpet. Przydadzą się bez wątpienia i to już lada chwila.Do czapeczek, szaliczków, rękawiczek i innych zimowych akcesoriów dobrze by było dorzucić jeszcze jakiś sweterek.

Brak szaliczka jednak ma swoje minusy, bo wieje po szyjce, a do tego dorzuciwszy jeszcze brak sweterka i posiadanie krótkawego bawełnianego wdzianka (spokojnie, nie latam z nerkami i gołym brzuchem na wierzchu, nie ten target wiekowy, odrobinę wyczucia jeszcze posiadam), kończy się zziębnięciem, ogólnym rozbiciem, suchym nosem (zwiastującym katar) oraz ciężką głową. Tak więc jednak czas przeprosić się z zimową szafą. Dobrze jest też zaopatrzyć się w zimowy zapas witamin oraz może czas wrócić do porannego picia ziółek.

Poza tymi wszystkimi niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi i czasoprzestrzennymi, to dziś jestem w stanie tylko myśleć o tym, żeby było już po 20, żebym trafiła do swojego wyrka i mogła odespać ostatnie dni. Doprawdy, zarywanie nocy z powodu oglądania serialu, przed bardzo upierdliwym tygodniem, jest godne politowania i żałosne. Można przecież obejrzeć odcinek, dwa lub więcej nawet, ale zakończyć oglądanie o godzinie innej niż 2 rano, zwłaszcza gdy wie się, że powrót dziecięcia nastąpi między 5 – 6 rano i że dziecię owo będzie matkę budziło gdyż… jego klucze zostały na kuchennym stole. Pozostawienie drzwi nie zamkniętych nie wchodzi w grę… psi bydlaczek będący mieszkańcem Włości umie sobie z klamką radzić bez większych problemów… zaś nocne wietrzenie domostwa o tej porze roku, przy tych temperaturach… średnia przyjemność dla pozostałych mieszkańców.

Jak więc widać na załączonym obrazku (opisie) u mnie nie dzieje się nic ciekawego. Nie żeby nie działo się zupełnie nic, ale ciekawe to jest średnio. Bo co ciekawego może być w tym, że kupiłam stolik bez śrubek (na które czekam i mają być do odebrania najpóźniej w piątek) oraz, że jutro lub po jutrze przyjedzie w końcu moja Wersalowa szafa do korytarza, czy w tym, ze muszę kupić już i natychmiast jakieś posłanie dla Młodego gdyż jego dotychczasowe łoże wyzionęło ducha i nie podlega kolejnej reanimacji więc sobotę zapewne spędzę na wpuszczaniu się w kanał ratalnych zakupów. Jest jeszcze opcja przewiezienia na powrót jednego łoża z Wersalu na Włości, tylko trochę kiepsko z transportem, gdyż nic mi do głowy nie przychodzi konstruktywnego. Przydało by się jakieś kombi, albo coś.

No i tak mija dzień za dniem. Jeden podobny do drugiego jak krople wody. Więc o czym tu pisać?

motylki

0

Niby to raptem tydzień i odrobina, a czasem człowiekowi wydaje się jakby wiele miesięcy minęło. Zamykam się w niemyśleniu, otaczam kokonem kilka spraw spycham gdzieś na margines. Na co dzień takich rzeczy nie praktykuję. Wolę klarowne sytuację i nie lubię odwlekać, czy przeciągać w czasie roboty, której i tek nie uniknę, ale tegoroczna jesień działa na mnie jakoś tak „nie-chce-mi-się”. To, że nic się samo nie zrobi, ani też nikt pewnych rzeczy nie zrobi za mnie, to pewne jest. Mam jak w banku, tyle, że ten mój niechciej to jakiś olbrzym jest, a nawet gigant. Nic to, weekend jest, pomyślę o tym, jak go ogarnąć i opanować, po weekendzie. Tymczasem motylki i nie tylko motylki z ubiegłego tygodnia.

dzieje się nic

0

Tak, bieżący rok zmierza dużymi krokami do końca. Właśnie migną mi przed oczyma trzeci kwartał i pomachał do mnie obowiązkiem tych wszystkich rzeczy do zrobienia na które potrzeba nieco czasu, i które w żaden sposób nie chcą się same zrobić.  O tym, że jeden tydzień pięknej jesieni już za nami też nie ma co pisać, gdyż, to już za nami, a więcej tak pięknych dni nie przewiduję, acz obym się myliła.

Z prozaicznych rzeczy, to niech żyje moje szczęście i fart życiowy. Kupiłam sobie w jednym sieciowym odrzucie od skandynawskiego molocha, podobno dla studentów, biureczko. Kupiłam, przytargałam do Wersalu, rozpakowałam i… okazało się, że Chińczycy zapomnieli spakować śrubek. Tak więc mam biurko na podłodze… tak po azjatycku, może bardziej po japońsku,  a przynajmniej z japońskich filmów takie rzeczy się człowiekowi kojarzą. Nóżki tymczasem leżą sobie osobno. Trend ogólnie wpisuje się w ogólny wystrój sypialni, zwłaszcza, że materac nadal nie ma stelaża, a na dodatek nie zanosi się, aby w tym miesiącu miało się cokolwiek w tej materii zmienić. pożyjemy zobaczymy.

Ogólnie to zdaje się, że w najbliższym czasie raczej mało czasu będę miała na cokolwiek. Ostatni kwartał roku to mało przystępny okres do czegokolwiek innego poza rozlicznymi zajęciami. Jakoś to będzie. Choć kto to wie co będzie, gdyż do mojej skrzynki mejlowej wpadła jedna taka emalia, która choć karkołomna, to jednak mnie zaintereso0wała i zaciekawiła. Dorzuciwszy, że z reguły co 10 lat wywracam swoje życie do góry nogami, to wiele rzeczy jest możliwych. Na całe szczęście, te wywrotki mam rozdzielone, emocjonalne w innym czasie, zawodowe w innym, a te co mają być „rozwojowymi” w jeszcze innym. Zdecydowanie teraz czas na te zawodowe nadchodzi… w końcu jestem tu gdzie jestem od blisko 10 lat. Chociaż z drugiej strony jest mi wygodnie jak jest.

No i jeszcze po minionym weekendzie zostało mi kilka obrazków, chociaż Perełka ma humory i coś z ostrością jej mało po drodze.

Nieodmiennie, od zawsze, przypatruję się z niejaką fascynacją, jak ludzie krzykiem starają się sobie dodać racji i pewności siebie. Kiedyś bardzo mnie to stresowało, dziś mnie to bawi. Do pewnego stopnia jednak. Taki krzyk jest mały, płytki i pokazuje jak bardzo osobie krzyczącej brak jest pewności siebie i przekonania o tym, że wie co mówi. Krzyczenie, tupanie nóżkami: ja nie chcę, ja nie będę, nie zrobię… no HALO. Puk, puk i dzyń, dzyń – żeby w życiu nic nie robić też trzeba się umieć ustawić tak żeby ktoś robotę za ciebie wykonał. można też zrobić ją szybko i sprawnie, żeby nie zajmowała dużo czasu, i żeby dużo czasu mieć na wałkonienie się i obijanie.

Zauważyłam, że nie tylko osoby nie pewne swojego statusu i swojej wiedzy, ale też te które zupełnie nie wiedzą jak się zabrać do czegoś określonego, a przy tym mające poważne problemy z przyznaniem się do własnej niewiedzy oraz do pytania o cokolwiek, mają wyjątkowe tendencje do głośnych krzyków. Przeraża mnie, jak taka chodząca niska kompetencja, potrafi mieć bardzo wysokie aspiracje. Aspiracje niewspółmierne z możliwościami, że o predyspozycjach wspominać nie będę. Predyspozycje, zdaje się w przypadku krzykaczy, są proporcjonalnie odwrotne do aspiracji. Iw większe aspiracje, tym mniejsze predyspozycje i głośniejszy krzyk.

Innym ciekawym elementem zachowania krzykaczy jest to, że wmawiają swojemu interlokutorowi, iż to on krzyczy… choćby nawet słowem nie miał możliwości się odezwać, a i miną wiele nie zdradzał. Właściwie przez takiego krzykacza nie ma możliwości się przebić. W sumie przecież chyba o to chodzi – pokrzyczę, zakrzyczę, moja racja będzie na wierzchu… moje będzie mojsze. Przynajmniej w przekonaniu krzykacza, gdyż na pewno nie w przekonaniu rozmówcy, a już na pewno nie w przekonaniu słuchaczy. No dobrze, czasem słuchacze przyjmą stronę krzykacza, bo może im się to opłacać, albo gdy druga strona zostanie dosłownie zmiażdżona krzykiem.

Tia, to na mnie dziś nakrzyczano. Zupełnie bawi mnie od jakiegoś czasu, to iż osoby lubiące krzyczeć, pokrzykują na mnie. Bawi mnie to, że mój spokój i brak reakcji (dzisiejszy), ktoś postrzega jako słabość. Nic bardziej mylnego. Do pracy przychodzę robić to, za co mi płacą. Moje życie to cała reszta. Jest takie jakie chcę żeby było. Nie czuję potrzeby szarpania się za wszelką cenę i dla nie wiem jakiego celu z tym co jest oczywiste, ani tez udowadniania komukolwiek czegokolwiek. Jak nie wiesz, to zamiast drzeć pyszczydło, zastanów się, może się czegoś dowiesz, nie daj buk liściasty, może się czegoś nauczysz, ale gdzieżby tam – nic z tych rzeczy. Aspiracje wystarczą, a predyspozycje, czy wiedza… są zbędnym balastem. Na co to komu?

Dzisiejsza akcja mnie ani nie zdziwiła, ani nie zaskoczyła. Właściwie to nawet ją przyspieszyłam, gdyż cały ciąg przyczynowo – skutkowy był do przewidzenia jak najbardziej, a skoro był, to nie widziałam powodu, aby czekać z tematem, zwłaszcza, że przyszły tydzień będzie długim tygodniem i będzie na permanentnym niedoczasie. Więc po co zwlekać z nieuniknionym, skoro na głupoty i cudze niedouczenie czasu miała nie będę? O braku kultury osobistej i dobrego wychowania szkoda wspominać, gdyż może w tym przypadku akurat nie w tym miejscu być problem. Problem zdecydowanie może mieć inne podłoże, ale to juz zdecydowanie nie moja para kaloszy.

* * *

10

Patrzę w kalendarz i nie bardzo wierzę w to co widzę. Krótkie słowo „wrzesień” wbija mnie w niemałą konsternację, zważywszy, że obok ściany z kalendarzem, na oparciu krzesła, wisi kurtka zimowa. Może na prawdziwą, mroźną zimę to ona się nie nadaje, jednak, gdy ją kupowałam, taki właśnie opis miała – kurtka zimowa. Tego więc się będę trzymała.

Kilka lat po tym świecie chodzę, i nie umiem sobie przypomnieć, żebym we wrześniu nosiła kurtkę zimową. Umiem za to przypomnieć sobie ferie zimowe, w miesiącu lutym, gdy to po ogrodzie biegałam w trampkach i w swetrze, ale zimowej kurtki we wrześniu nie pamiętam. Chciałabym mieć przekonanie, że to kwestia może lekkich niedomagań mojej pamięci, ale musiałoby być to niedomagania zbiorowe. Zwłaszcza, że na sobotnich zakupach, nie ja jedna, w zimowym odzieniu chodziłam. Poza kurtką, to i mój żołądek też przestawił się już na tryb zabezpieczenia zimowego i jestem nieustająco głodna. Gdybym jadła tyle ile oczekuje ode mnie mój żołądek, to niechybnie, jeśli jeszcze nie to to już w niedługim czasie na pewno, osiągnęłabym kształt idealny… tak zgadza się – kształt kuli. Co jest jednak osiągnięciem pewnej miary, samym w sobie nie byle jakim, zważywszy na mój wzrost.

Co do pamięci, to jednak nie jest z nią najlepiej. W miesiącu lipcu podpisywałam jedne papierzydła, a teraz nie mogę ich odnaleźć. Co więcej, pół dnia owego pamiętam, a drugie pół zdecydowanie już nie. Jeden papier, a schowany tak dobrze, że nigdzie go nie ma. Niewiele mi do przeszukania zostało. Chyba tak się składa, że go gdzieś przesiałam, zgubiłam, zostawiłam? Szczerze, to nie sądziłam, że będzie mi on jeszcze potrzebny, bo to z gatunku tych co to podpisać, i odłożyć ad akta.  A tu masz – potrzeba mi do niego wrócić. Znaczy się masz babo placek i sklerozę przy okazji.

Do tego pogoda nie nastraja mnie zupełnie w żaden pozytywny sposób, gdyż zwyczajnie na około pomór i nie wiadomo co jeszcze. Rotki i katary. Na tę chwilę mnie dopada ogólne bycie pociągającą. Niby lepsza opcja z pakietu, ale jednak, kto to wie co dalej będzie. Tak więc kicham sobie, prycham i czuję, jak mi zatoki zaczynają świrować. Zdaje się, że dziś będzie dużo czosneczku po przyjściu do domu… na obiad, podwieczorek i na kolację również. Dla urozmaicenia może nieco cytryny dodam oraz, chyba, jak dobrze poszukam, to mam jeszcze ubiegłorocznej nalewki malinowej odrobinę – więc może i o nią zahaczę.

o byle czym

6

Koniec miesiąca mam wyjątkowo dietetyczny. Tak to jednak bywa kiedy wydaje się właściwie więcej niż się zarabia. Nagle okazuje się, że dziury na koncie bankowym są jakieś okrutne, że grosiki przez te dziury wszystkie chyba wypłynęły i ciężko określić w jakim kierunku i gdzie ich jeszcze szukać, oraz czy sens jest jakikolwiek w tym by ich jeszcze szukać. Nie mniej jednak ta rozrzutność była mocno ukierunkowana, więc za chwilę zobaczę jak pięknie się zwraca ten upływ wirtualnej gotówki w postaci szafy do Wersalowego korytarza, na którą to się zasadzałam od wiosny jeszcze i zawsze mi coś nie po drodze było, więc teraz podjęłam twardą decyzję, poszłam i zakupiłam. Powinna przyjechać do mnie w przyszłym tygodniu. Za ciosem idąc, do szafy dołączy „biureczko” do sypialni, gdyż w odpadkach z Ikei jest za pół ceny w tym tygodniu, a to maksimum co jest warte, a tak się składa, że kolorem jak najbardziej do mojego wyposażenia sypialnianego. Też będzie w przyszłym tygodniu, gdyż to, że jest gazetka i promocja, to nie znaczy jeszcze ze sklep w miasteczku na krańcu świata, dysponuje stanem magazynowym w ilości choćby 1 sztuki. Trzeba poczekać, zaczekać i uzbroić się w cierpliwość, bo przyjedzie albo dzisiaj, albo za tydzień… za tydzień już będzie po tej promocji, ale skoro sobie Pani teraz zamówi to nawet jak przyjedzie za tydzień, to będzie i tak w cenie promocyjnej. Cóż. Skoro i tak chodziłam i oglądałam ów stolik od jakiegoś czasu, to doszłam do wniosku, że niech będzie, niech się stanie – zamówiłam. Kto bogatemu zabroni. Jeszcze inne wydatki się w miesiącu wrześniu pojawiły, więc i dziury rachunku bankowym maja całkiem określone kształty. Na całe szczęście kilka słoików z przetworami mam zgromadzonych więc spokojnie, do końca miesiąca dociągnę jakoś na słoikach.

No i jeszcze w Wersalu przygarnęłam nowy internet, gdyż od jakiegoś czasu eNTLe zaczęły mnie wkurzać i gubić zasięg. Tym bardziej, że z eNTeLi, za czas jakiś, mam zamiar zrezygnować, gdyż ale i bowiem transakcje wiązane są dobre tylko na pierwszy rzut i w pierwszym podejściu, później to już lekkie utrapienie. Bo jak zrezygnujesz to coś, a jak obniżysz abonament to inne coś. Jak weźmiesz „ślub” z promocja wiązaną” to trudniej się z tym rozstać obecnie niż wziąć rozwód w państwie polskim. Wizja jest więc taka, że wszelkie usługi docelowo są niezależne od siebie. Z doświadczenia wiem, że w pakiecie jest drożej. Każda usługa na solówkę więc przechodzić będzie stopniowo, a część ulegnie likwidacji.

No i jeszcze chciałam stwierdzić, że w mediach mówili, że wrzesień w tym roku będzie piękny. Doprawdy, może i tak będzie, tylko ja nie wiem gdzie. Zapomnieli podać adresu, a to szkoda. Wielka szkoda. Tym większa, że jakoś dzisiaj jest piątek, a skoro jest piątek, to jest przed nami weekend, a skoro weekend, to cóż, będę siedzieć w domu, na czterech literach, gdyż pada i jest zimno, i pogoda ma się utrzymać do końca tygodnia albo dłużej. Wiec gdzie jest ten nasz piękny wrzesień?  Gdzie?

No i jeszcze na koniec dodam, że wiosną rozpadły mnie się buty przejściowe w liczbie dwu par, a jedna para, choć się nie rozpadła, to jednak obgryza i… zwyczajnie, normalnie mam bąbla na pół pięty. Wywalę dziady, choć i nie brzydkie i mało chodzone (bo jak chodzić skoro się nie da i obżerają)… do śmietnika wstawię, może ktoś je przygarnie i będzie miał mniej z nimi dylematów. Bo mi tylko miejsce zajmują! Powoli zaczynam wdrażać jakąś uproszczoną wersję minimalizm,mu, gdyż jednak Wersal nie jest z gumy i … no cóż, zakładanie w nim sklepu z obuwiem, czy choćby magazynu obuwniczego, to jednak mało praktyczne działania, gdyż przecież, poza moimi butami, dobrze by było, gdybym i ja się tam zmieściła.


  • RSS