demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Wpisy w kategorii: codzienne

spacer po mieście

4

Obecna pogoda mnie wykańcza. Zafundowała mi lekkie przeziębienie. Doprawdy, po ostatnich dwu sesjach z antybiotykami, moja odporność leży i kwiczy albo całkiem zwiała gdzieś. Nie wiem gdzie, w każdym bądź razie – daleko. Nie o pogodzie jednak będzie.

Obiecałam jednej znajomej, że kupie jej coś i wyślę. Żeby zakupów dokonać musiałam potupać do miasta. Potupałam sobie wolnym kroczkiem, zaklinając rzeczywistość w kwestii pogodowej, co wiązało się z brakiem parasolki. Niepewnie co i raz spoglądałam w niebo, i kiedy już, już dochodziłam do celu, zaczęło kropić. Blisko już było, więc zaoszczędziłam sobie zmoknięcia. Co kupić miałam, to i kupiłam. Droga do domu za to pełna pokus była, gdyż chmury zapędziły mnie do galerii handlowej. Oj. Na szczęście sezon wyprzedażowy już przemija i jesienna kolekcja wkracza, ale, rzutem na taśmę, jeszcze nabyłam cieniutki sweterek typu narzutka w kolorze miętowym. Z pozostałych ciekawych drobiazgów nie było już rozmiaru… same S pozostawały… czyli nie jest tak ze mną źle… a jak widać, chudzielców nie jest znowu w okolicy aż tak wiele, skoro to jedyny rozmiar jaki uchował się na końcówkę wyprzedaży.

Korzystając z mało przyjaznej aury, jaka rozciągała się za drzwiami galerii, wstąpiłam jeszcze do księgarni. Oj. To nie było dobre posunięcie. Ogólnie to ja księgarnie stacjonarne omijam szerokim łukiem. Stołuję się głównie w antykwariatach lub w jednym książkowym dyskoncie internetowym. Przypomniałam sobie bardzo mocno dlaczego tak jest. Ferwor kolorów, grubych okładek, ciężkiego papieru, często kredowego albo innego wysokogatunkowego jest porażający. Porażające, dla mojego portfela, są też ceny. Zdecydowanie też, gdy większość książek się otwiera to królują w nich obrazki, rysunki, zdjęcia, a treść… treść jest w odwrocie. Może jestem zwichrowana, ale tęsknię do książek zawierających treść. Szary papier mi nie przeszkadza. Nie przeszkadza mi też niepozorna okładka, oraz mizerna waga książki. Nie przeszkadza mi, jednym zdaniem, PRLowskie pochodzenie książki. Nie mogę się jakoś przekonać do tych nowomodnych, grubych, ciężkich i kolorowych z małą ilością treści (dodam, że szukałam książki może nie popularno-naukowej, bo te to obecnie już tylko chyba w księgarenkach uczelnianych lub na internetach, ale jednak czegoś więcej niż typowego poradnika).

Uciekłam pomiędzy kolejne pułki. Z cichą nadzieję, wyszukałam dział fantasy, niestety i tu przerażenie mnie dopadło. Wszędzie grube okładki, błyszczący papier, na diabła pana co kilka kartek powpychane rysunki rodem gdzieś z mangi albo imitujące komiksy. Jestem rozczarowana. Bardzo. Przytłoczona też jestem. Przytłoczona kolorami i grubością oraz ciężarem papieru. Przerażona jednakowością okładek. Wszystkie na jedną modłę skrojone. Spokojnie, po okładce poznasz gatunek, ale na pewno nie dowiesz się niczego o książce. Żaden bohater nie przebije się na plan pierwszy żeby się z Tobą przywitać, żadne miejsce nie zachęci aby je bliżej poznać. Od czapy uśmiechnięte twarze dziewczyn… czasem nawet jedna do drugiej podobna jak by tą samą osobą były tylko w innym ujęciu… a może i są to zdjęcia tej samej osoby wykupione przez różne wydawnictwa, do różnych tytułów, albo … no nie wiem – wiem, że są bazy zdjęć, więc pewnie to z takiego miejsca.  Napisy, tytuły, autorzy – każdy gatunek też ma swoją czcionkę, albo ich zestaw. Też bez odniesienia do treści. W horrorze tytuł obowiązkowo musi krwią ociekać… inaczej się nie da. Nawet jeśli w treści nawet jednej kropli krwi nie ma.

Uciekłam, uciekłam szybko, kiedy przemiła skądinąd, Pani pracująca w tej księgarni, zaproponowała około 10 letniej dziewczynce książkę, której bohaterka jest w podobnym do niej wieku, ma dwóch braci, którzy przekręcają jej imię, a ona tego bardzo nie lubi i w związku z tym robi braciom różne złośliwości…  poległam (czytany głośno fragment, wyrwany z kontekstu w prawdzie, ale jednak, powalił mnie na kolana, a później na glebę). Słysząc o takiej książeczce, oczywiście kolorowej i pełnej rysunków, zaczęłam się cieszyć, że w tym wieku Młody nie miał jednak wielkiego pociągu do literatury. Gdyż zdaje się, że treść książek dla dzieci, a przynajmniej dla dziewczynek, jest daleka od tego jakie wartości chciałabym przekazać własnemu dziecku. Ja rozumiem, że trzeba umieć się bronić, ale złośliwością? Podstępem? Manipulacją? Tego uczyć 10 letnie dziewczynki? Może później się nie powinno dziwić, że mamy krnąbrne, naburmuszone, przekonane o swoim idealizmie, a z drugiej strony głęboko zakompleksione, pokolenie młodych ludzi. Może jednak warto aby osoby piszące dla dzieci trzy razy się zastanowiły o czym i jak piszą. To na prawdę jest duża odpowiedzialność, a nie tylko biznes… Jak dla mnie, ta książeczka była przepisem na znęcanie się nad ludźmi – przepisem napisanym nieco infantylnym językiem, ale jednak, przepisem podanym dziecku na tacy… a skoro bohaterka może tak postępować, to… czemu ja nie? Drobny szczegół, który zdaje się umyka dorosłym, dzieci mają inny system postrzegania rzeczywistości, bardziej dosłowny, nie operują na abstrakcji. Jeśli coś zostało napisane, to zostało napisane i tak jest. Dla dzieci, ta fikcja literacka, jest rzeczywistością. Świadomość, że książka jest czyjąś fantazją, zmyśleniem, niczym realnym przychodzi później, a obecnie mam wrażenie, że coraz później i kiepsko jest się w tym połapać nawet nastolatkom, które, przynajmniej teoretycznie, fikcję i abstrakcję powinny mieć już zupełnie opanowaną. Strach się bać co będzie dalej.

koncert, którego nie było

8

Niestety pogoda pokrzyżowała wszelkie sobotnie plany popołudniowo – wieczorne. Zamiast koncertu Angeli, był tylko jeden jego fragmencik. „Ludzie deszczu” wpisali się wyjątkowo dobrze w aurę. Wolałabym aby stali w sprzeczności z aurą. Wadada nie miała okazji nawet na chwile si zaprezentować. Tutaj wielki żal do organizatorów, którzy nie pomyśleli nawet przez jedną chwilę, że aura może się zmienić tak nagle i tak diametralnie. Diametralnie, gdyż z upalnego (ponad 30 stopni), słonecznego przedpołudnia, zrobiło się bardzo zimne i pochmurne popołudnie, aż w końcu luną deszcz, a temperaturę otoczenia ratowały (wciągały na poziom około 14 stopni) nagrzane wcześniejszym upałem mury i bruk. Rynek miasta okalają podcienia… wystarczyło tylko przenieść lub zabezpieczyć dodatkowe nagłośnienie (słabsze) właśnie na podcieniach, gdzie było sucho. Zwłaszcza, że akustykę podcienia mają ciekawą, a Angela ma całkiem mocny głos o bębnach Wadady nie będę nawet wspominać, bo tym dodatkowe głośniki nie są zupełnie potrzebne. Dodatkowo, w okolicy, jest kilka miejsc, które można było na taką awaryjną sytuacje zabezpieczyć i przygotować. Mam nadzieję, że okazje jeszcze jakieś się trafią, choć zapewne niezbyt szybko, gdyż Angela niedługo będzie miała nieco więcej obowiązków zupełnie niemuzycznych. Tym nie mniej, za te kilka utworów wielkie dziękuje Angeli się należy. Dla miejski rajców za to wielkie gwizdy dezaprobaty.

Rekompensata wieczoru to jedna rozmowa, wyjaśniająca stare zaszłości oraz poznanie przeuroczej Ag. Deszcz jednak daje nowe możliwości na komunikację międzyludzką. Straty: zupełnie przemoczona pomimo parasola i kurtki przeciwdeszczowej. Po wejściu do domu, z butów wodę wylewałam do umywalki, a skarpetki wykręcane były. Nieco więcej oporu stawiały przemoczone i przylepione do ciała dżinsy. Zaś sen, jak to sen, nie chciał przyjść, gdyż stopy miałam tak przemarznięte jak już dawno nie. Nawet minionej zimy tak zimnych stóp nie miałam. Sierpień mamy więc, gdzie to lata i dlaczego akurat tego wieczoru mi je ktoś zakosił?!

o tym i o owym

6

Miało być o lodowce, razem z prezentacją. Skoro tyle i tak długo o niej było, to chyba zasłużył sobie ten temat na finalizacje jedyną słuszną, czyli samodzielny, opatrzony zdjęciami, post. Będzie. W przyszłym tygodniu. Skoro tyle czekała, to poczeka i jeszcze trochę. Obecnie chciałam zareklamować inne, kulturalne, rozrywki. Otóż, jeśli ktoś jest przypadkiem gdzieś na krańcu świata, gdzie wrony już nie dolatują lub omijają to miejsce szerokim łukiem, to zapraszam na

Karpackie Klimaty

do spółki z

XV Festiwal Win

Ze swojej strony, to mogę polecić sobotni wieczór muzyczny. Angela Gaber akurat często króluje na mojej prywatnej playliście. Naprawdę fajna muzyka, choć niektóre kawałki docenia się po kilku odtworzeniach, ale większość, zadomowić potrafi się przy pierwszym słuchaniu. Ryzyko – jak się zadomowią, to zostają z człowiekiem na dłużej. No i Wadada… do bębnów posiadam nieodmiennie wieczną słabość (jaki do basów). Też polecam, jeśli ktoś lubi, tyle, że ich znam tylko z plików muzycznych, a Angela… cóż… Angela Gaber jest świetna na żywo. Słyszałam, sprawdziłam, polecam.

P.S. Zdjęcia moje, choć pochodzą jeszcze z Klimatów z 2011r. Jak ten czas szybko leci…

trudny tydzień

14

Jeszcze raz dziękuję za życzenia, w imieniu Młodego oraz własnym. Dla tych co sporadycznie bywają, lub od niedawna, to tak – mamy z Młodym w tym samym dniu swoje święto. To taki mój prezent urodzinowy był (nie śpieszyło się mu i specjalnie na moją cześć tydzień dłużej w brzuchu siedział, choć zdaje się nie było mu tam nazbyt wygodnie, gdyż miał 59 cm długości i 3990 g ważył (co jak widać jest blisko 4 kg chłopa).  Zapewne też w prezencie urodził się szybko, choć efektownie. Na szczęście od pierwszych chwil zdradzał słabość do snu i jedzenia, przez co już tego pierwszego dnia, dogadaliśmy się. Przecież byłby to obciach na całą porodówkę robić oborę matce w dniu jej urodzin darciem paszczy. Po 21 latach nadal jest prosty w obsłudze: nakarmić i wysłać pod kołdrę i spokój jest święty.

Minusem jest to, że pieczenie dwu tortów jednocześnie, jest czasochłonne, zwłaszcza gdy galaretka do owoców i bita śmietana do musu czekoladowego odmawiają współpracy. Niestety efekty były mało wizualne więc będzie bez prezentacji, natomiast smakowo… cóż, od niedzieli licząc do dziś… nie zostało nawet wspomnienie.

Co do trudnego tygodnia, to cóż, chytrość mnie kiedyś zgubi. Przez te 3 dni „siedzę” na 3 stołkach. W nagrodę dziś wcinam paczkę orzeszków ziemnych, na które mam embargo. Oczywiście w pracy dziś nie było czasu zjeść przyzwoitego śniadania, więc… mam nieprzyzwoity deser (orzeszki). Nie mniej jednak, jutro nad tym należy zapanować, gdyż zwyczajnie, mój żołądek, dzisiejszy niedobór dopołudniowy zieleniny skwitował buntem. Oprotestowane zostało pieczywo, które od jakiegoś czasu, jest prawie wyeliminowane, a dziś… buła z jogurtem… nie tędy droga.  Jeszcze dwa dni, a od poniedziałku oddam jeden stołek jego właścicielce prawowitej.  Trzymajcie kciuki żeby nie było niespodzianek.

Właśnie też dziś dotarł mój główny prezent. Lodówka. Sama sobie ją sprawiłam. Jest wielka. Chyba przesadziłam. Trudno, teraz już muszę to jakoś znieść. Tym nie mniej oddalę się w kierunku kuchni, celem ogarnięcia lodówki. Panowie, którzy ją wnosili, byli bardzo szczęśliwi, że to parter oraz poradzili aby wyszorować ją wodą z octem. Tak więc idę poniuchać trochę octu.

* * *

22

Młody dziś ma 21 urodziny. Kiedy ten czas minął, tego nie wiem. Teraz to już wszystko się zdarzyć może. Niech się mu układa i niech spełniają się jego marzenia, te duże i te małe. Zwłaszcza, że jego marzenia są realne i zupełnie realne do realizacji, choć nadal mu wiatr w oczy czasem wieje w tej kwestii (zwyczajnie jakoś ma problem z tym by zostać operatorem koparko-ładowarki, a to marzenie ma od dzieciństwa, ma nawet uprawnienia, ale to wszystko to jak widać nie dość – więc niech kiedyś będzie go stać by kupić samemu sobie tą koparkę, choćby po to by stała i zagracała ogródek, ale by mógł sobie w niej posiedzieć i pojeździć gdy będzie taka potrzeba).

Właśnie dziś, zaraz po złożeniu syneczkowi życzeń, drogą kupna internetowego, nabyłam sobie lodówkę. W końcu. Czas był po temu najwyższy. Tak więc, po długim weekendzie będę mogła upajać się jej widokiem i działaniem. Czyli spokojnie, będę mogła sobie wepchnąć do niej kilka różnych smakołyków, które zdecydowanie lepiej czują się w lodówce niż bez. Miał być Bosch, jest Whirlpoole. 200 PLNów różnicy w cenie, akurat będzie do dołożenia za naprawę pralki. Szczerze, to wolałabym wyjechać na wczasy, ale to może w przyszłym roku… a tymczasem, niepostrzeżenie i zupełnie bez mojej zgody.

jak nie urok, to…

4

Na Włościach pralka wzięła i się zbuntowała. Jej bunt to jakieś 300 PLNów. Tyle jeszcze mogę w nią zainwestować, gdyż jednak bywa przydatna, ale pan majster najwcześniej może przybyć w… poniedziałek. Chyba sobie chłopina w kalendarz nie popatrzył i nie zwrócił uwagi, że wtorek ma mieć wolny, to pewnie w poniedziałek możnaby poszaleć urlopowo jeszcze. Mniejsza z większym, mnie to odpowiada, bo akurat rosnąca sterta brudnego prania nie jest moim ulubionym łazienkowym widokiem. Pewnie skończy się tym, że gdzieś w między czasie, wcisnę jakieś swoje pranie do kosmicznego cuda techniki, które jest własnością Matki Rodzicielki, bo przecież do Wersalu targała tego nie będę. Co w sumie jest dziwne, skoro z Wersalu na Włości pranie jednak targałam… tak więc rozrywka praklowa w ramach bonusu na długi weekend.

Wczoraj za to miałam wizje czystego okna w kuchni. No i mam czyste okno. Mam też kilka świeżych, zupełnie nowych siniaków. Kto to widział takie duże okno wsadzać do tak małej kuchni, to doprawdy, człowiek ów miał fantazję, albo silne upojenie alkoholowe. W tamtych czasach zaiste, to drugie, było pewniejsze od tego pierwszego. Fantazja była mocno nie w cenie, a alkohol był wszędzie i w strumieniach się lał. W każdym bądź razie mam w końcu czyste okno kuchenne (już miałam wyrzuty sumienia, bo co zaglądnęłam do Rudej Jędzy, to ona pisała, że myje okna, już kolejny i kolejny raz, a ja… swojego jakby nie…)

Klu programu w dniu wczorajszym to jednak doręczyciel. Dokładniej kurier. Normalnie zostawił moja niewyględną przesyłkę u sąsiadki!!! Oczywiście nie zadzwonił, że jedzie, i że będzie o jakiejkolwiek godzinie. Po prostu podjechał pod Wersal i… zostawił u sąsiadki. Malo tego, kiedy po upływie wskazanego w małpiej wiadomości czasu usiłowałam się do dziada dodzwonić, to był poza zasięgiem. Udało mi się dodzwonić dopiero po 16, a przesyłka widniała jako doręczona o 13 z minutami. Nie, on się nie bawił w dzwonienie, no bo ja podobno byłam poza zasięgiem. Cóż, normalnie akurat wczoraj mi się telefon urywał dosłownie i co chwilę ktoś dzwonił, a on jeden biedula się nie mógł dodzwonić. Oczywiście, że nie dzwonił, tylko zostawił u sąsiadki. To kolejny numer tego kuriera (a przynajmniej kuriera z tej samej firmy kurierskiej o tym samym imieniu i na tym samym terenie). Gdyż miałam już z nim przejścia. Zastanawiam się, czy nie napisać kilka słów do firmy, a na przyszłość, przed dokonaniem zakupów internetowych, będę dopytywać o opcje inne niż kurierzy DPD. Z innymi jakoś nie ma aż tyle problemu, a temu zawsze pod górkę.

Nawet nie chcę myśleć co by było gdyby przesyłka się uszkodziła i sąsiadka ją mogła podziwiać w pełnej okazałości. Nadmienię tylko, że sąsiadka jest w wieku mojej Matki Rodzicielki, i chociaż nie jest moherem (od wielu lat żyje na kocia łapę ze swoim własnym byłym mężem, z którym się rozwiodła), to jednak niekoniecznie chciałabym aby podziwiała zawartość mojej przesyłki.


  • RSS