demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

raz i dwa… i 13-tego

4

W piątek był 13. No był. Jak wyglądał poranek to już pisałam, ale teraz czas może jeszcze pochwalić się popołudniem. Czy ja wspominałam, że w Tiktasiu pada przełącznik świateł? Ten w kierownicy. W czwartek się przekonałam o tym, ale wiadoma rzecz, do mechanika to by się najpierw umówić i poczekać, aż ściągną część do warsztatu, albo sobie samemu ją przysposobić i umówić się na wizytę… No w każdym razie, światła świecą, jak już zaświecą, to świecą. Tylko wymagają mobilizacji i kilku zabiegów podstępnych i motywujących do świecenie. Rzecz jasna chodzi mi o światła drogowe, bo migacze sobie migają jak dzikie więc skręcać i w prawo, i w lewo, bez strachu i stresu mogę.

No więc wiem jeszcze od czwartku, że ze światłami miewam problem. Znaczy Tiktaś miewa. Znaczy albo je ma, albo je nie ma.

No i po porannych piątkowych przebojach, po robocie, wsiadam sobie w Tiktasia i odpalam, i szczęśliwa jestem, bo światła mam bez kombinacji. Taki Tiktaś ma gest. Cała szczęśliwa sobie jadę, ale… po drodze tankowanie i… tu już nie sprawdziłam jakie światła mi Tiktaś dał… bo, że jakieś dał, to na zaspie było widać. No więc mam światła, jadę. Jadę i nagle, z naprzeciwka wyjeżdżają takie w srebrno niebieskim aucie, i mijają mnie. Kontrolny rzu6t oka na licznik. 50-teczka śliczna, czyli zupełnie dozwolona szybkość w tym miejscu, więc pełen luzik i jadę. A te psubraty dawaj migacze, nawrotka, i za mną! Ki diabeł sobie myślę. Światła mam, prędkość przepisowa jak ta lala, a oni mi tu migają. Migają, a tu ZASPY na poboczu i nie mam gdzie zjechać! Kurcze, kurcze, moja szafa idzie całkiem w niebyt, nie wspominając o materacu nowym…

Otworzyłam szybę, Pan podszedł, przywitał się, zapytał o światła. Serce mi się zatrzymało. Wsadził rękę przez otwartą szybę, złapała za Titusiowe pokrętełko i… przekręcił o jeden do dołu… Serce moje wykonało potrójnego tulupa z przytupem, a pokrętło poddalo się bez oporów: „Jechała Pani na postojowych proszę Pani. Proszę dokumenty do kontroli.” Porozmawialiśmy, pogadaliśmy i jak nic, gdyby nie rozbieżność adresowa, to mandat bym zarobiła za obce numery, a tak, pogadaliśmy, nazwami ulic powymienialiśmy się i z nakazem: „Włączamy światła: raz i dwa. Raz postojowe, dwa drogowe. Raz, dwa.”

Koncertowa baba za kierownicą… przecież nie będziemy się wdawać w szczegóły, że od czwartku światła żyją własnym życiem, i po prostu to „dwa” wchodzi kiedy chce…

Doprawdy sama już nie wiem co jest gorsze w zimie: mróz, czy wiatr? Obstawiam jednak, że wiatr, zwłaszcza gdy przynosi lekkie ocieplenie po kilku dniach prawie siarczystych mrozów. Dzięki takim fanaberiom pogodowym to mamy taką ładną pogodę jak dzisiaj. Jest to pogoda ściśle podkocykowa, tylko dla tych co mają silne nerwy pozwalające im spokojnie siedzieć na czterech literach i oglądać te cuda natury przez okno. Jeśli cztery litery ich swędzą do spółki z kończynami dolnymi, a w kudłatej się kotłuje i biorą się takie osoby do wyjazdów to… muszą się uzbroić w cierpliwość oraz kilka kilogramów w bagażniku na dociążenie auta. Najlepiej to te kilogramy zabrać z nogi trzymanej na gazie, bo z gazem to leciuteńko trzeba, oj leciuteńko, ale pewnie, a o hamulcu – radzę zupełnie zapomnieć i przypomnieć sobie jak się jeździ powoli, a zatrzymuje w gruncie rzeczy hamując spadkiem silnika… czyli noga z gazu. O tym, że wykonywanie jakichkolwiek gwałtownych ruchów kierownicą, sprzęgłem, gazem, czy hamulcem jest skrajną głupotą pisać chyba nie muszę.

Otóż, mamy na drodze LODOWISKO!

Po kilku dniach mrozów, ziemia zamarzła na tyle, że zajmie jej kilka dni nim odda skumulowany mrozik. Nie bez kozery te kilka dni z -20 i trochę jeszcze więcej dało nam w kość. Dało w kość i poszło, ale pamiątkę zimową zostawiło. No i to, że temperatura powietrza obecnie to jakieś -3 stopnie, to temperatura gruntu… -13 jak nic, a może i jeszcze więcej na minusie. Asfalt zamienił się w lodowisko, zwłaszcza, że sypanie solą przez służby utrzymania ruchu na drogach mijało się z celem, gdyż całą sól wiatr zwiewał poza jezdnię, to przecież… można lać solanką. Teoretycznie poziom zamarzania takiej solanki to okolice -20… ale nie oszukujmy się, taki roztwór niszczy beczki w tempie ekspresowym, a więc ten lany na drogę, taką koncentrację jaka mieć powinien osiąga sporadycznie. To co leją po drogach, z obserwacji moich wynika, że przy -10 radzi sobie kiepsko, a nawet miejscami bardzo kiepsko. Tak więc mamy zamarzniętą ziemię, polaną solanką, nie, że dzisiaj, ale „wczora z wieczora” to czemu nie? Fajnie jest. No cóż, miało „wyschnąć” a zamarzło. Niedobre takie.

Dorzućmy do tego jeszcze boczny wiatr. Średnio silny, ale z nierównymi podmuchami. No i co? No i tutaj przydają się te dodatkowe kilogramy w bagażniku. Wyjeżdżanie w taką pogodę dostawczakami z pieczywem – fantazja właścicieli piekarni nie zna granic, a reszta… powinna nauczy się piec chleb w domu. Nie żeby na co dzień, ale na takie dni, jak dziś, się ta umiejętność całkiem przydaje. Wysoka  paka transportowa i przewożenie lekkich towarów w niej… cóż, to idealny żagiel. Gdyby jeszcze wiatr wiał w „plecy” możnaby było zaoszczędzić na paliwie, ale tak dobrze nie ma niestety. Wiatr wieje z boczku prawego, a czasem, za dwa zakręty dalej, z lewego i później znowu z prawego… rowów ci u nas dostatek.

Podziwiam jeszcze tych wszystkich mijanych porankiem na trasie kursantowiczów i ich instruktorów. To dopiero jest ułańska fantazja żeby niedoświadczonego kierowcę na lodowisko z wiatrem i zaspami zabierać. Choć z drugiej strony, taka „zielona łączka” nie ma doświadczenia, nie ma porównania, więc po prostu jedzie… byleby nie musiała hamować, to dojedzie… bo nie daj boże dzisiaj hamować gwałtownie… Nawet ABS, ani inne systemy wszelkie się na wile nie zdadzą, ani treningi na matach poślizgowych i placach do nauki wychodzenia z poślizgów… dlaczego? Z tej jednej prostej przy czym, że na placu, czy macie jesteście sami lub prawie sami ze swoimi 4 kółkami, a na drodze, węższej, posiadającej rowy po obu stronach, są jeszcze inni użytkownicy, inne samochody, inni kierowcy…

No i dodam na koniec, że następnym razem, jeśli po przebudzeniu przejdzie mi przez myśl słowo „URLOP” to nie zawaham się go użyć! Usiądę sobie wówczas przy kaloryferze, w ciepłym sweterku, z kubkiem kakao w ręce i będę sobie podziwiać zawieje i zamiecie z okna stacjonarnego domostwa, anie będę się przebijać przez przewidywane i całkiem spodziewane niespodzianki zimowej aury.

P.S. Tu już tylko 2 uczestników, a było ich w sumie jeszcze 2, ale gdyby się komuś nudziło, to jeszcze 2 dołączyło… STRAŻACY śpieszcie się powoli i nie demolujcie karetek… a jeszcze dodam, że na ten widok, tico zatańczyło radosnego pirueta na jezdni… ale do wesołej ferajny nie dołączyło… więc pojechaliśmy sobie dalej, Ja i Tico, i dotarliśmy do pracy, mijając po drodze jeszcze inne widoki około drogowe.

0

Pełnia pękła i mróz nam odpuścił nieco. Po -21 z wczorajszego poranka, dzisiejsze -9 to prawie ciepło było. Śnieg do tego zaczął padać. Fajnie byłoby gdyby jeszcze przy okazji tak nie wiało. To wianie to zdecydowanie się mi mało podoba. Wszystko inne obleci, ale do wiania sentymentu nie mam za grosz.

Z innych inszości, to dziobie jako ten dzięcioł zawzięcie w swoje papierzydła. Niestety czas się rozciągać nie chce, a robota też się nie kwapi do samoistnego zrobienia. Do tego, przerzucanie się z jednej rzeczy na drugą, z drugiej na trzecią, z trzeciej na milion pincet dwa dziwińcet… nie poprawia efektywności. Ogólnie w tym zarobieniu to czas popierdziela jakby oszalał. Normalnie to czuję się jak latawiec przez to jego zapierdzielanie. On zapierdziela, a ja za nim lecę wysoko na lince terminów i innych rzeczy do zrobienia na już, a najlepiej na miesiąc temu.

W ramach odchudzania wpieprzyłam dziś dwie drożdżówki oraz paczkę delicji. Dorzuciłam do menu jeszcze jabłuszko, tak dla łatwiejszego rozgrzeszenia. Choć z drugiej strony, przecież odchudzanie przy takich mrozach jest nieracjonalne, gdyż człowiek jest głodny, a jak jest głodny, to szybciej się mu wszystko wychładza i jest mu dwa razy bardziej zimno, a do tego weź tu i się postaraj skoncentrować na czymkolwiek, jeśli tak na prawdę zastanawiasz się, czy jest ci bardziej zimno, czy jest ci bardziej głodno. Oba uczucia nie należą do moich ulubionych. Zdecydowanie wolę gdy jest mi ciepło i gdy mam pełen brzuszek.

Z tego całego zarobienia, to dziś nawet kawy nie zdążyłam sobie zrobić i tak przy okazji zaczynam się zastanawiać, czy przypadkiem jej nie rzucić. Tylko co mi z używek zostanie jeśli i kawę odstawię? No nic mi już zupełnie nie zostanie.

Trzymajcie się ciepło, niech Was nie nachodzi głupota i z odchudzaniem poczekajcie do marca, wcześniej to strata czasu i energii, i to zupełnie zbędna oraz wnosząca znacznie mniej niż oczekiwania.

Chętnie dorzuciłabym kilka notek więcej, a i jakiś zdjęcia chętnie bym znowu pokazała, tylko jest problem z tym wywalaniem. Mam pewność, że to niestety mój komputer zaczyna świrować, tylko że nie bardzo pomagają mu doraźne szturchańce i chyba ma ochotę na generalny remoncik systemu. Zwłaszcza, że coraz częściej pokazuje mi czarny ekran i mówi mi w ten sposób niejako „czarna dooopa”. Ugryź się, albo co. Czarny to jeszcze nie niebieski, wiec udaje mi się go potraktować dosadnie przez zabranie kabla zasilającego ze źródła energii, ale nie oszukujmy się, takie działania są do czasu. Rzecz jasna do czasu najmniej spodziewanego i najmniej odpowiedniego. Oczywiście, że służbowy informatyk nie odbiera telefonu, i oczywiście, że nie będę za nim sprzątać. Choćby z tej prostej przyczyny, że oczywiście wszelkie klucze programowe i systemowe czary mary do mnie nie dotarły i ich nie mam. Teoretycznie ma je on, ale to teoria jest, z praktyką, w tym szczególnie krytycznym przypadku, bywa różnie. Ogólnie to czasem zastanawiam się jak jego żona go znosi, gdyż, musi mieć jakieś talenty ukryte chyba, bo poziom rozkojarzenia, roztrzepania i rozsypki ów pan przedstawia sobą taki, że zwyczajnie – ja bym nie zdzierżyła. Młody jest zakręcony, i to mocno, mocno, ale to jego mocno to i tak ze 2 do 3 leveli mniej niż owego naszego służbowego informatyka. No i niech nikt mi nie pisze, że informatycy tak mają, gdyż informatyków znam wielu, na pęczki nawet, i zaświadczam wam, że owszem są zakręceni, owszem żyją we własnej rzeczywistości, owszem prosto gadać z nimi nie jest, ale to wszystko to jest NIC(!). Powiadam wam – to jest NIC w porównaniu do tego przypadku!

Czy dowiało do Was naszą śliczną zimę? Bo wiecie, u nas część dróg nie widać od zamieci śnieżnych, ale i tak trafiają się geniusze i giganci, którzy starają się powyprzedzać w taką pogodę… kończąc w boczkach innych samochodów, których kierowcy nie mają w prawdzie fantazji, ale mają pecha. Trzymajcie się ciepło i cierpliwie, i noga z gazu.

nowy rok nastał

8

Ten czas mnie powala. Normalnie na jakiś dopalaczach zapieprza chyba i nie chce się z nami podzielić. Gdyby nie wizja tego, że ten tydzień jest nieco krótszy to chyba bym siadła i płakała z poczucia niemocy i bezsilności zapanowania nad czasem. Zwyczajnie jestem zmęczona. To wiem. Nic więcej się tragicznego nie dzieje. No może po za tym, że cholerny przepływowy, gazowy ogrzewacz wody od miesiąca nie chce się sam kupić, a ja cierpię na deficyt czasu i mam problem z tym, aby wydostać się na „miasto” przed zamknięciem sklepów oferujących ten towar luksusowy.

Jestem zmęczona i potrzebuję pobyć bez ludzi, bez komputerów, bez szumu. W ciszy i spokoju, choć przez godzinę dziennie.

Wszyscy narzekają na około na niebyły już 2016. Ja akurat nie mam powodów, gdyż mnie akurat on nic złego nie zrobił. Nawet dobrego przyniósł, owszem jakieś niewielkie zawirowanie na jesieni się trafiło, ale bądźmy szczerzy, sama się o to prosiłam i na własne życzenie się w tarapaty prawie wpakowałam. Ponieważ prawie robi jednak wielką różnicę, to tarapaty ominęły mnie ostatecznie łukiem, choć pewien niesmak pozostał. Głównie do siebie. Jednak, jakoże nie ma  tego złego co by na dobre nie wyszło, to jednak tak wyszło, że wyszło, że przyjrzałam się swojemu zdrowiu i szału nie ma, byłby – gdyby mi ktoś mógł powiedzieć od czego bolą mnie te cholerne stawy, a gdyby tak jeszcze przestały boleć – to cud, miód i malina – życie byłoby piękne.

Finansowo był całkiem przyjemny ten miniony rok i liczę, że bieżący będzie niezgorszy w tym zakresie. Przynajmniej nie było z rachunkami problemu i na drobne przyjemności też jeszcze starczało. Bez fajerwerków i wielkiego WOW, ale i na kino, i na książkę, i na inne inszości było.

Towarzysko zaś miał się najlepiej, gdyż kilka ciekawych nowych znajomości po nim pozostaje, a kilka kolejnych przeniosło się (po wielu latach) z cyfrowej rzeczywistości do realnego trój-wymiaru.

Uczuciowo, stabilnie i bez emocji, a to naprawdę jest w cenie kiedy zbierasz siebie w jedną całości po tym jak uwierzyłaś w niemożliwe i rozpizdłaś się na milion kawałków. Jednak nie ma rzeczy na tym świecie, których kilka kilogramów czekolady, frytek i chipsów nie byłoby w stanie zlepić. Resztę zaś jest w stanie załatwić ułańska fantazja,  ryzykanctwo i szczypta brawury oraz nieodpowiedzialności doprawione przedniej jakości samogonem. Dobrze wam radzę – nie zakładajcie się po pijaku. Możecie mieć mało precyzyjny osąd sytuacji.

Rodzinnie, też jakoś niezgorzej, choć Młody nadal bez pracy, ale damy sobie radę i z tym.

Tak więc, życzę sobie aby ten, 2017 był lepszy od 2016 we wszystkich sferach życia, oraz aby wszelkie zjazdy emocjonalne mnie omijały szerokim łukiem, a w Wersalu zadomowiły się nowe meble i inne sprzęty codziennego użytku, a przyszłoroczny badylek choinkowy będzie już całkiem stał w Wersalu. Taki mój badylek, który w sumie zupełnie nie jest mi do niczego potrzebny, ale patrząc z drugiej strony to człowiek jednak potrzebuje czegoś co zakotwiczy go w czasie, przestrzeni i tradycji… żeby tak za bardzo nie odlecieć w nieznane światy własnego zabiegania, pracoholizmu lub wyobraźni ;)

Dla Was też wszystkiego co dobre i co najlepsze orw tym nowym 2017 roku.

Krótko było w tym roku, ale dla odmiany biało. Przynajmniej u nas. Nikt w domu nie umiał sobie przypomnieć kiedy ostatnio mieliśmy białą Wigilię. Za to, zdecydowanie łatwiej, było nam przypomnieć sobie białą Wielkanoc… Drogą eliminacji doszliśmy, że ostatnia biała Wigilia była u nas w okolicach 2010 roku lub jeszcze wcześniej.

Oj, stałam dobre pół godziny nocą w oknie i patrzyłam jak wirują śnieżne płatki. Niestety nie udało mi się nikogo z domowników przekonać do wyjścia na pasterkę. Trudno. Może jeszcze kiedyś trafimy na białe Boże narodzenie, to się wybiorę.

Niestety, dzisiaj, orkan Barbara zdaje się zmienił w całym kraju temperatury i jest paskudnie i wieje nieco. W prawdzie to ledwie podmuchy do nas dotarły i nijak mają się z naszym halnym gdy się pojawia, tyle, że Baska wieje od drugiej strony niż ma to w zwyczaju halny, ale śnieg zabrała tak samo skubana jak i halny go zabiera. Tyle, że wieje od lewej do prawej, a człowiek nawykły do stawiania kołnierza od prawej do lewej.

A jak tam u Was święta? Bo u mnie na kanapie z talerzem łakoci pod brodą i innymi smakołykami na zmianę, z deserem w postaci specyfików wspomagających trawienie. Zjadła ogólnie przez te aż dwa dni pewne ze 3 miliony, a może i więcej, kalorii. Kto by się tam przejmował. Święta nie są od myślenia o kaloriach tylko od ich jedzenia.

Co do pisania tutaj, to… niestety mam mało cierpliwości do onetowego humoru, który nadal jest Malo dla mnie przyjazny i nie pozwala mi spokojnie pisać notki uporczywie traktując mnie „zamkniętą sesją” i koniecznością ponownego logowania.

Trzymajcie się ciepło i sztormiaki, zamiast futer wyciągnijcie z szafy (parasole się nie nadają przy takim wietrze, chyba, żę macie ich nieprzyzwoicie dużo w swojej kolekcji i potrzebujecie miejsca na nowe egzemplarze lub… dostaliście kolejny parasol pod choinkę…).


  • RSS