demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

cukier to „zuo”

9

Co do podstępności i właściwości uzależniających w przypadku cukru nigdy nie miałam złudzeń, jednak jednakowoż nie przyszło mi do głowy, że rozstanie się z jego częścią będzie aż takie dokuczliwe. Zwyczajnie, miewam napady na słodkie, że nie jestem się w stanie powstrzymać. Nie są mi obce również napady głodu cukrowego. Ba żeby jakoś jeszcze w intymnych warunkach, a tu masz, w sklepie, pomiędzy półkami, na widok czekoladek, ciasteczek, batoników i innych smakołyków nagle dostaję palpitacji, nierównego oddechu, trzęsą mi się ręce, mam dreszcze i do tego jeszcze ślinotok, ogólne rozbicie i jednotorowość postrzegania w kierunku „weź ciasteczka, weź ciasteczka, weź ciasteczka!… albo czekoladę…” Jak nic – na głodzie ewidentnie jestem.

Nawet boję się pomyśleć co wyrabiałby mój człowiek gdybym całkowicie mu zabroniła cukru. Nie wiem co by to było. Moja wyobraźnia w tym zakresie jest zdecydowanie za mała i za ciasna, acz na co dzień to nie brakuje jej niczego.

Na okoliczność tych ważkich przemyśleń i wniosków, do wtóru ostrej wymiany poglądów (spokojnie, nie jest to awantura – ot jedno jest w kuchni, a drugie w pokoju przed TV i komentują coś co tam widać), pozamiatać podłogę w moich apartamentach, gdyż majster w końcu się zjawił i poprawił ten cholerny karnisz. Oczywiście nadal nie jest idealny, ale widocznie muszę do tego przywyknąć, albo… trzeba było kupić inny karnisz, z mniejszym technicznym wyzwaniem w mocowaniu, albo … takich albo jest wiele. Nie ma co się nad nimi tkliwić, dość że karnisz trafił na swoje miejsce, jeszcze poniedziałkowe szpachlerskie poprawki i… będę mogła okno wypucować i firankę powiesić. Teraz jeszcze materac i lodówka i jakoś to będzie. Do przodu.

Życie toczy swój garb uroczy, czy się nam to podoba, czy nie, ale zdecydowanie lepiej to wszystko wygląda, gdy szarość codzienności można sobie osłodzić, szkoda tylko, że osłoda z czasem coraz bardziej zadomawia się w boczkach i w coraz większych rozmiarach ubrań w szafie… widać nie można mieć wszystkiego – zwyczajne coś za coś…

wiosna … w kalendarzu

4

Wiosna Panie Dziejku. Wiosna.

Nie wiem gdzie w prawdzie, bo poza kalendarzem to trudno ja jest mi dostrzec. Chyba, żeby zaliczyć na poczet wiosny tę wieczorna, sobotnią burzę. Nic innego do głowy mi nie przychodzi. Zimno, buro, ponuro i do tego mokro. Mało wiosennie, a do tego, gdzie by się człowiek nie ruszył, to wszędzie jakieś prychania, kichania i inne kaszle. To Młody miał anginę, to Braciszek ma zapalenie oskrzeli, to Rodzicielka cos kichać zaczyna. Nie ma co ukrywać, że bez moich ziółek to i ze mną byłoby mało ciekawie. Nie wiem w prawdzie na ile to zioła, a na ile moje przekonanie o ich działaniu, ale wczoraj, masakryczny ból głowy został przegoniony dwoma szklaneczkami mojego napitku ziołowego. Ja wiem, że na Internetach pisali żeby pić 2 – 4 razy dziennie po pół szklanki, ale, te pół szklanki można uzupełnić czystą wodą i się robi cała szklanka. Więc sobie popijam. Ziółka to te mikstury na bolące stawy. Nieco odbiegające od pełnego składu zalecanego przez choćby ojca Klimuszko, ale kurde, nic nie poradzę na to, że do samodzielnego zbierania roślinek muszę poczekać aż one urosną w tym roku, niestety, nie są dostępne w sklepie zielarskim lub też dostępna jest nie ta część roślinki, którą receptury wskazują. Macham więc ręka i biorę co jest lub pomijam to czego nie ma. Przynajmniej głowa mnie nie boli.

Niejedzenie tony słodyczy i powolne obniżanie pochłanianych ilość do połowy tony, też ma swoje dobre strony, gdyż moje napady słodyczowe po jedzeniu nieco się osłabiły i jeszcze chwila i zdaje się, że będą do przetrzymania bez słodyczowego.

Kolejnym odkryciem roku okazał się szampon dla dzieci. Bałam się, że będzie sprawiał, że włosy się szybko będą tłuścić. Nic z tych rzeczy. Wręcz odwrotnie, ani się nie przetłuszczają jakoś szczególnie szybko, ani się nie robią szopą suchego siana.

Za to paznokcie zdecydowanie się poprawiły. W końcu je mam. Jeszcze szału z nimi nie ma, ale zwyczajnie są i jest co pomalować nawet. Coś się mi zdaje, że to jednak od tych ziółek, gdyż witaminek żadnych osobno nie połykam. Pewnie powinnam, ale te co miałam, to się już pokończyły, a jakoś zapominam o uzupełnieniu zestawu kiedy jestem w aptece. Grunt, że pamiętam o marchewce kiedy jestem w sklepie.

Skoro wiosna przyszła, to czas powoli myśleć o lecie. Marzy mi się Rumunia, acz to co ma sensowną cenę to obejmuje miejsca gdzie już byłam, albo jest dziwnie krótkie, albo nie obejmuje wyżywienia. To co mnie interesuje to jest długie, drogie albo rozbite na fragmenty w trzech innych wycieczkach. Najchętniej to wzięłabym i spakowała plecak, i ruszyła w siną dal z samym plecakiem. Gdyby to był kraj którego językiem bym się posługiwała, to pewnie już bym sprawdzała jak się tam mogę dostać najłatwiej, najszybciej i najtaniej. Razem z przewodnikiem i mapą w kieszeni. Chętnie też podczepiłabym się do jakiejś mniej sformalizowanej wycieczki krajoznawczej, a gdybym tak miała własny środek lokomocji i trochę grosza, to zupełnie bym się nie zastanawiała tylko bym wsiadła i pojechała przed siebie. Jednak, kiedy tak przeglądam oferty różnych biur podróży to ciężko jest mi znaleźć coś interesującego, a do tego kiedy pomyślę sobie o tym przepędzaniu z miejsca na miejsce jak stada baranów, bez czasu na cokolwiek, tylko po to by zrealizować program, to zwyczajnie ręce mi opadają i chęci też. Czuję potrzebę własnego tępa, własnej organizacji czasu, własnego rytmu zwiedzania i własnej koncepcji trasy. Marzy mi się rumuńska plaża i kilka miejsc bardziej precyzyjnych, dookreślonych. Miejsca do których chciałabym wrócić i sporo nowych wyszukanych w Internetach albo tych, na które mogłabym trafić zupełnie przypadkiem po trasie na miejscu. Marzy mi się, zanim marzyć jeszcze można i zanim nałożą podatki od marzeń…

Sobotni wieczór. Młodego poniosło w świat. Z wiaderkiem frytek, bo oczywiście pomiędzy rozlicznymi obowiązkami (moczenie w wannie, niezbędne po czyszczeniu pieca CO) trzeba się jeszcze na wyjście wyszykować, a na jedzenie to on od dziecka czasu nie miał za wiele. Na wszystko mu czasu starczało, tylko nie koniecznie na jedzenie.

Sobotni wieczór, a ja siedzę w domu i złoszczę się, że mi nie chce komputerek odtworzyć kolejnego odcina mojego serialu. Jak nic błąd jest na stronie z filmem, a ja jestem niepocieszona. Mojego samopoczucia bynajmniej nie poprawia to, że nadal staram się ograniczać słodycze i inną jedzeniową rozpustę.

Na osłodę życia ugotowałam sobie wielki gar ogórkowej. Moje najulubieńszej zupy. Więc pewnie skończy się wieczór na kolejnej miseczce ogórkowej albo na wyjadaniu rodzynek lub wyszukiwaniu innych słodkości, które być może są zachomikowane gdzieś w pokoju Młodego… którego nie ma w domu…

Gdyby nie ten deszcz mogłabym pozwolić sobie na większą kulinarną rozpustę i ruszyć gdzieś w świat dla równowagi… a tak, pada deszcz, a ja z deszczem nie bardzo się lubię.

Siedzę sobie, czytam wypociny warszawki, że niby przepisy nasze jedyne słuszne i pogryzam sobie marchewkę. Żeby życie miało jakiś smaczek raz marchewka raz… nie, nie chłopaczek… tylko pietruszka. Jedliście kiedyś surową pietruszkę? Taką biała i twardą. Chrup, chrup pietruszeczka, chrup, chrup marcheweczka.

Rzygać mi się chce od tych marcheweczek i pietruszeczek. Od tej całej surowizny.Nie wspomnę, że włazi to, to pomiędzy zęby…

Nie, nie odchudzam się. Nawet nie próbuję. Staram się po prostu nie podjadać tyle co ostatnio i marcheweczka to wafelek jest kakaowy, a pietruszeczka śmietankowy. Oczywiście, że wolę oryginały, też mi pomysł, że niby miałaby ta marchewa i pietrucha być lepsza od wafelków, ciasteczek i innych smakołyków. Problem jest tylko w tym, że ostatnio tych smakołyków było zdecydowanie za dużo. No, a taka marfefka to samo zdrowie jest. Normalnie się człowiek podobno od niej jako opalony słońcem robi cały równomiernie pomarańczowy i na oczy, że dobrze działa. Pietruszka to tak do kompletu i dla urozmaicenia. Podobno ma w sobie związki zbliżone do tych w Maryśce, tylko w diablo małym stężeniu, więc aby coś poczuć, trzebaby jej schrupać pewnie parę kilo. Takiego zacięcia to ja nie ma. Z drugiej strony, gdyby się tak naćpać pietruszką… ciekawe, czy ktokolwiek uwierzyłby w to. Na osłodę przegryzam sobie od czasu do czasu jabłuszko i… pół paczki ptasiego mleczka… Zwłaszcza, że na zewnątrz jest zimno (przymrozek dziś był), buro i ponuro. Robota też sama się zrobić nie chce w żaden sposób. Nie ma lekko.

tyle było słów…

6

Do napisania. Problem tylko z tym moim nieszczęsnym pracowym komputerem, który w żaden sposób nie ma zamiaru współpracować nie tylko z serwisem tutejszym, ale jeszcze z drukarką. Ba, ostatnio to on nie bardzo chce z czymkolwiek i z kimkolwiek współpracować i postanowił, że urozmaici mi codzienny żywot koniecznością deinstalacji i instalacji tam i na zad różnych komponentów. Jak nic, system się prosi o przeinstalowanie, ale… na razie jeszcze go reanimuję na tyle na ile się mi to udaje.

Miałam napisać o dniu kobiet, miałam napisać o tym, jak ściągając załącznik do służbowej emali zatopiłam się w refleksji nad tym, że obecnie to jeden lichy mej ma załączników niewiele mniej niż cały dysk w moim pierwszym komputrze domowym (och, miał on wówczas 4 giga co było szałem nie byle jakim), a dziś… to tyle co nic. Miałam pobiadolić na to że nadal mnie przybywa w tempie, które mi nie odpowiada, ale byłaby to całkowita hipokryzja, gdyż doskonale wiem, że te dodatkowe kilogramy nie biorą się z powietrza, a z mojej szuflady na przekąski, oraz z podwójnych obiadów. Nic to, że sama siebie wkurzam, gdyż w sumie to jest mi cholernie wszystko jedno. Ogólnie to jest mi ze wszystkim wszystko jedno. Więc zamiast dalej tu gryzmolić to kilka mniejszych i większych staroci do posłuchania.

Kozidrak z czasów tak zamierzchłych, że inaczej nie można o nich myśleć niż w pojęciu czystej abstrakcji, kiedy to jeszcze nawet Młodego na świecie nie było, a wakacyjne noce (i nie tylko) spędzało się na gadaniu o wszystkim, o niczym i o życiu. Pewnie sama Beata nie chciałaby pamiętać kiedy to było…

Zadaje się, że jeszcze starsza Meluzyna…

… i jeszcze Pani Sośnicka… bo, życie jest bajką…

… i tak się zastanawiam, na ile teksty piosenke z młodości zdeterminowały w jakimś sensie moje życie… tak wielu nie pamiętam, i kiedy na nie trafiam przypadkiem, nagle się okazuje, że wyjątkowo dobrze wpisują się w to co czuję kiedy ich słucham, a niektóre, niektóre z nich tak cholernie dobrze opisują moje życie… skąd mogłabym kiedyś wiedzieć, że tak będzie…

no i się rozpadało

8

Bezapelacyjnie wiatr przywiał deszcz. Najpierw rzucało piachem po oczach, teraz rzuca wodą po całym człowieku. Aura sprzyja senności i niechciejowi. Na niechcieja nie mam czasu, a na aurę nie mam wpływu. Podciągam więc rękawki bluzeczki i zabieram się do orki na ugorze. Czas już najwyższy rozstać się z rokiem 2016 ostatecznie. Jeszcze tylko kilka papierów do uzupełnienia i jedno sprawozdanie, i będę mogła odgwizdać zamknięcie roku.

Tymczasem szukam sposobu na pozbycie się mikro muszek które zaatakowały Wersal. Zachciało mi się kupować ziemi i przesadzać kwiatka to teraz mam w prezencie muszki. Całe stada muszek. Wszędzie ich pełno, a trup ściele się gęsto. Sam od siebie. Krótki termin przydatności do życia mają i dobrze, bo gdyby to były takie muchy żółwiowe i chciały żyć ze dwa razy tyle co ja? To by dopiero było.

Update:

Gdyby było mało deszczu, to do kompletu mam dziś sprzęt odmawiający współpracy. Oczywistą oczywistością jest, że drukarka zbuntuje się dokładnie w tym czasie, w którym będziesz mieć potrzebę wydrukowania czegoś pilnego. Może nie drastycznie pilnego, ale jednak chciałam to dzisiaj wysłać i zapomnieć o tym. Uda się, ale chwile się z drukarką gimnastykowałam. Jasne, że można wysłać na inną drukarkę, albo sobie spacer z pendrakiem urządzić. Czemu by nie. Można. Tyle, że i tak przyjdzie chwila, w której trzeba będzie przekonać ową drukarkę do ponownej współpracy. Skoro już zajmuje połowę mojego biurka, to przynajmniej niech będzie sprawna. Niby nic, a jednak. Niestety skończyło się na przeinstalowaniu. Pikuś. Bułka z masłem. Odinstalować i zainstalować na nowo. Prościzna. Tyleż, że cholernie czasochłonna. Nie wiem jak to jest, że z drukarki na drukarkę, chociaż dysponuję coraz to (podobno) szybszymi komputerami, z lepszymi i szybszymi procesorami, z większą ilością szybszej pamięci, a instalacja durnej drukarki zabiera jedną trzecią dnia… choć kiedyś było to może z 10 – 15 minut. O dopominaniu się o pincet razy restartowanie systemu przy tej okazji przeinstalowania to wspominać szkoda, bo to kolejny czas uciekający. Wdech – wydech. Wdech – wydech.

Tak, trochę w między czasie zmobilizowałam mojego złomka, że chwilami ma dobry humor i przy tej okazji (dobrego humoru) pozwala mi dorzucać notki, a przynajmniej pozwala je aktualizować… bez wywalania mnie na „onetowskie” drzewo logowania.


  • RSS