demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

dynia przejmuje kuchnię…

10

Ogólnie to z dynią miewam różne przejścia. Na pewno, jeśli chodzi o zupę, to zostałam przez rodzinę zobowiązana do nie popełniania jej nigdy więcej. Mnie tam ona smakowała, a że im nie bardzo. Może i nie prezentowała się klasycznie, i pełnoziarniste kluski kładzione nie do końca współgrały z całością, ale oj tam, oj tam. Zupka wyglądała sobie tak.

Cóż, mogę im zamarynować dynię do słoika w kosteczkę i do dodatków do mięs. Pewnie szybciej im przypadnie w takiej wersji do gustu. O dyni z gruszką, czy jarzębiną w marynacie to wspominać chyba nie muszę? Też, właściwie tylko ja się takimi specjałami delektuję. Nic nie poradzę, że takie mało podatne na rozmaitości żywieniowe stado przypadło w moim udziale. Wszystko to nic, gdyż czas na eksperymenty nastał.

Jakiś czas temu, niejaki G., wspomniał coś o nalewce właśnie z dyni, że pił, degustował, i że ona dobra jest. Jak G. mówi, że dobra, to pewnie dobra, bo podobno na trunkach się zna. Znaczy nie mam pewności, gdyż aż tak dobrze G. to ja nie znam, ale nie w tym rzecz. Rzecz jest w nalewce. Nalewce z dyni. Choć raczej powinnam chyba napisać: nalewce NA dyni. Jest tu chochlik niejaki, gdyż nalewka ta ma mało wygodny dla cierpliwych okres dojrzewania. Jednak, czemu by nie. Niech leż, jeść wówczas nie woła.

Nalewka na dyni (nie sprawdzona degustacyjnie, więc, tak jak i ja robię, tak i chętni, mogą ją robić w ciemno… no dobra… posiłkowałam się jednym z forów tematycznych, podobno dobrych, chyba największym w tematyce, aktywnym i postanowiłam zaryzykować, w końcu taka dynia to 0,99 za kg.

Składniki 1: 1 szt dyni 1 – 1,5 kg (mała znaczy się i nasza polska, okrągła, zwykła bania, w kolorze pomarańczowym); 1 litr wódki czystej; 1 x 100 ml spirytusu (lub 200 ml); opcjonalnie, dla maniaków imbiru 1 cm świeżego imbiru (osobiście testuję wersję bez imbiru)

Wykonanie 1: Dynię obieramy, czyścimy z pestek i kroimy w drobną kostkę. Wrzucamy do słoja, zalewamy spirytusikiem, dolewamy wódki tyle, aby całą dynię przykrył wlewany alkohol. Może być, że wódki nam zostanie, to zależy ile nam tej kostki dyniowej wyszło. Zakręcamy słój i odstawiamy w jasne i ciepłe, acz nie gorące miejsce, na minimum 3 tygodnie. Jak zapomnimy liczyć tygodnie i postoi ze 4, czy 5 też nie powinno nic się stać. Nasza praca wygląda na tym etapie tak:

Składniki 2: 1 szklanka (250 ml) wody, 0,5 kg cukru, 1 kawałek kory cynamonu, lub 2 – 3 ziarna kardamonu, lub 3 – 5 goździków – co kto lubi lub czysto bez dodatków (sama woda i cukier).

Wykonanie 2: Po odczekaniu 3 – 4 tygodni, gotujemy syrop z wody i cukru. Syrop możemy, acz nie musimy, wzbogacić o dodatkowe smaki za pomocą cynamonu, goździków lub kardamonu. Jeśli taką opcję wybraliśmy, to wrzucamy do gotującego się syropu przyprawy i zagotowujemy. Byle na małym ogniu, bo pryskający syrop lepiej żeby nas nie poparzył. Zlewamy nasz urobek z dyni do gara, dynię odsączamy, wyciskamy, tak żeby oddała nam możliwie najwięcej wchłoniętego przez siebie alkoholu. Łączymy syrop z dyniowym alkoholem, zostawiamy na dzień lub 2 dni słój już bez kwadracików dyni, żeby się cukier z syropu z alkoholem polubił. Po dwu dniach, przelewamy przez płótno, lub filtry do kawy, lub poczwórnie złożoną gazę (co tam mamy akurat pod ręką, a co nada się do wyłożenia na sitko) dla przefiltrowania i oczyszczenia z resztek dyniowych farfocli. Przelewamy do butelek, zakręcamy solidnie i zapominamy na 6 miesięcy o trunku, który żeby w oczy nas nie szczypał ustawiamy w piwnicy lub na dnie najciemniejszej szafki, do której najrzadziej zaglądamy… żeby nas nie korciło przed połową roku…

Ilość spirytusu, to 200 z nawiasu, nie jest przesadą, daje po prostu nam większe możliwości ustawienia najbardziej przez nas optymalnej mocy trunku, acz przesadzać też nie należy. Do tego warto pamiętać, że część mocy wlanego do słoja alkoholu zostanie rozrzedzona naturalnymi sokami owoców, czy warzyw, a do tego jeszcze dołączy nasz syrop, który też sprawi, że ostatecznie nasza nalewka pozbędzie się kolejnych procentów. Ilość syropu – tu każdy dobiera do siebie, pod swój smak, i pod swój gust. Ja lubię dosyć słodkie nalewki, A. lubuje się bardziej w wytrawnych. Więc spokojnie można sobie dopasować swoje upodobania smakowe.

A co z dynią która została? Ano można ją np. razem z gruszkami i cukrem na marmoladę usmażyć (podobno), do mięs dodać albo poszukać innych opcji jeszcze. Dam znać jak dojdę do tego etapu.

To obok, w większym słoiku to u mnie akurat już nie dynia, a aronia z głogiem. Aronia sklepowa w tym roku niestety, a głóg nadrzeczny plon pospacerowy… i nieco inna metoda uzyskiwania, nieco dłuższa chyba, ale kwestia zabawy i sprawdzenia, czy metoda ma wpływ na smak, to ostatnio moje zajęcie. No i jeszcze nalewka z głogu jest fajna dla tych co to miewają problemy z nadciśnieniem i podobno ogólnie dla sercowców… więc wiecie… może jakaś wycieczka do lasu?

zaległości do odrobienia

4

Jakiś czas temu, to u Sekretarki Bożeny, jak to w sekretariacie bywa, rozgorzała wymiana poglądów i zainteresowań torbami materiałowymi. No więc stwierdziłam, że mam ręcznie malowaną, w prezencie od syneczka nawet ją dostałam… tyle, że ją wyprałam… i już jakby trochę mniej malowana, ale że zobowiązałam się kiedyś ją pokazać, to i pokazuję to co z niej zostało… to co zostało po praniu, bardziej z rysunku niż z torby, bo jej użyteczność nie zmalała, ale estetyka już niestety tak…

Zdaje się, że kolory niebieskie były bardziej pranio-odporne niz kolory czerwone.

no i jeszcze dorzucę taką babską, która na pranie jest odporna, a do tego ma uszy o przyjemnej długości…

Co do weekendu, to był zaskakujący, niespodziewany, nieplanowany i nadspodziewanie udany… pominąwszy brak wody gdyż jak wiadomo nieszczęścia chodzą parami, to rury na magistrali wodnej pierdutneły i przed Włościami, i za Włościami, co niestety spowodowało, że kąpiel była brana w misce i w 2 litrach wody… no bo skoro trzeba było ruszyć w teren… ale ponieważ, na pierdoły postanowiłam mieć wymerdane… to mam i się nie przejmuję brakiem wody w kranie, czy może mniej estetyczną fryzurą, którą też pewnie bym jeszcze wyszorowała, gdybym miała więcej niż 2 litry wody na kąpiel. Jak się chce to się da.

P. kiedyś powiedział, żebym się pierdołami nie przejmowała (marudziłam coś o tym, że mam nogi jak u sarenki… i bynajmniej nie chodziło o to, że aż takie zgrabne)… więc się nie przejmuję, już nie… a jak komuś coś nie odpowiada, to jego kalosze, nie moje…

pomieszany tydzień

6

Tak siedzę sobie, i tak nie do końca się pozbierać mogę, bo mam wrażenie, że niby dziś poniedziałek, a to praktycznie przecież jest piątek. Tak to jest, jak się ma w środku tygodnia dodatkowy weekend i to na wyjeździe, i nic to, że wyjazd był służbowy.

Jak to, weekend na służbowym wyjeździe? Tak to. Nie siedzę osiem godzin przed monitorem, a osiem godzin z przerwami na kawę przed projektorem i wielkim ekranie… to prawie, jak w kinie. Nikt nic nie chciał ode mnie, żadnych telefonów… no dobra, może i ktoś dzwonił, ale kultura wymaga wyciszenia telefonu i nie przeszkadzania prelegentowi. Więc cisza była. Kawę ekspres zrobił, ciasteczko organizator dorzucił, potem obiadek dostałam pod nosek i wolne popołudnie, jak to po pracy, które, skoro czas mój prywatny i wolny, zmitrężyłam w ciepłych bąbelkach jakuzzi. O jakże mi dobrze było. Zwłaszcza w tym cieplutki jacuzzi na zewnętrznym. Leży sobie człowiek w cieplutkiej wodzie i patrzy jak to się chmurki po niebie przesuwają, jak to się niebo zmienia, jak ptaszki sobie latają. Mogłabym tak częściej. Ba, mogłabym tak codziennie… no przez godzinkę, żeby się nie rozpuścić całkiem od tej ciepłej wody i bąbelków w wodzie.

Co do wyjazdu to… oczywiście, że problem był przed wyjazdem jeden i zasadniczy, oraz dobrze znany. Chciałam choć raz na jakiś czas spakować się jak ludzie, czyli popołudniem dnia poprzedzającego wyjazd. Jak chciałam, tak zrobiłam i… oczywiście przepakowałam się w dziesięć minut, w trakcie których miałam tylko zapakować torbę do samochodu i ruszyć w świat szeroki. No nie dało się inaczej. Efektywne pakowanie to tylko na szybko, na pół godziny przed wyjazdem. Daje to mniej rzeczy zbędnych w walizce.

Co do powrotów, to oczywiście, że mój bagaż wrócił uszczuplony. Nie ma innej opcji, albo przynajmniej opcja ta jest rzadko, właściwie to nawet sporadycznie, spotykana. Już byłam cała szczęśliwa, że wszystko pozbierałam, wszystko upilnowałam, walizka i przyległości już w samochodzie, że tylko czmychnę i się wymelduję i ruszę do domu, i… no właśnie… i… zgubiłam moją różowo – czarną arafatkę. Nie umiem powiedzieć, czy zostawiłam ją w pokoju, a może na sali gdzie było prowadzone szkolenie, a może jeszcze przy obiedzie, który jadłam przed wyjazdem. Nie wiem. Została gdzieś tam w hotelowych czeluściach. Piękna nie była, ale praktyczna jak najbardziej i ciepła, i do kurteczki mi pasowała… i gdzie ja taką druga teraz kupię. Choć mam przekonanie, że ona jeszcze do mnie wróci. Mogą to być pobożne życzenia, ale w szczegóły nie wnikajmy.

Co jeszcze, no nóżkę mam rozwaloną. Bez bucików to się tylko chodzi po plaży jeśli wierzy się, że się ma dosyć szczęścia aby i tam nie znaleźć jakiegoś ostrego bliżej niezidentyfikowanego obiektu, który utrudni poruszanie się. Mam więc ładniutki plasterek i maści z antybiotykiem do smarowania. Więc smaruję i cieszę się, że jednak mam szczepienia przeciwtężcowe zrobione, no i wygląda na to, że goić to też się goi całkiem dobrze, tylko nieco kuśtykam… a w planach było na jutro polowanie na dobrodziejstwa natury do zalania na zimę.

dlugi dzien

8

Bez polskich znaczków będzie tym razem (znaczki uzupełniam poprzyjazdowo do domowo). Z tableta. Trochę mnie nie ma, bo trochę jestem znowu wyjechana. Tym razem pracowo.

No więc tak, goni mnie ten Merkury tam i w drugą stronę, żeby nie napisać, że nazad mnie goni. Mniejsza z większym. Wylądowałam w Wiśle. Tak, tej od skoczni i małyszomani. Niby nie daleko, lekkie 320 km z małym okładem, a czasowo… prawie tyle co do Bydzi (Bydgoszczy)… co się dziwić, skoro te 320 to podwójna ciągła, górki i serpentyny, a jak trafisz na zawalidrogę to się bujasz za nim, i bujasz, i bujasz, i bujasz… aż sam od siebie zjedzie ci z drogi. Ot, taki urok krajowej 28. Z 28 nie darzymy się większą sympatią, właśnie za owe podwójne ciągle na całej długości, wąskie jezdnie, częsty brak poboczy lub pobocza w zaniku oraz koleiny (choć w ciągu ostatnich kilku lat jednak trzeba przyznać, ze całkiem sporo jest odcinków poremontowanych, ale nadal tez sporo jest dziurawych)… a jak się jest na gościnnych występach dwa województwa dalej, to szaleć nie ma co, bo diabli wiedzą, co w jakich krzakach, czy za zakrętasami siedzi i suszy.

To, czego nie można odmówić 28 to są widoki, a nawet Widoki. Także trzymajcie kciuki, aby popołudnie czwartkowe było bez deszczowe, bo… bo Perełka jest ze mną i nie zawaham się jej użyć jeśli pogoda na to pozwoli. Kciuki i zaklinanie są potrzebne, choć na wiele nie liczę, bo pełnia pękła i pogodę zdupczyła. Taki jej urok. Nic jej na to nie poradzisz.

Tak wiec, oddale się do snu, gdyż jednak 6,5 godziny (a na tej trasie 300 km robiłam i w godzin 10… Tuv coś powinna na ten temat pamiętać), wiec czas nie jest najgorszy, ale upierdliwość i nagromadzenie nepotycznych kierowców jednak mnie znużyły. Dobrej nocy sobie i Wam.

UPDATE 7.15

Właśnie sobie przypomniałam dlaczego unikam takich szkoleń. Zwyczajnie spanie w hotelu to nie spanie. Zwłaszcza gdy obok, na sąsiedniej hotelowej pryczy chrapie ktoś zupełnie obcy, kogo pierwszy (i ostatni) raz w życiu widzisz.

Nawet taki hotel wypada słabiutko w porównaniu z wyjazdem z początku miesiąca. Atmosfera to atmosfera. U Dziewczyn noc była przespana, choć niezbyt długa, bo jak się gadulstwo włączyło to nie ma się co dziwić, ze noc była krótka, a w hotelu… jak to w hotelu. Obce łóżko, obcy człowiek obok, i to kobita, i noc bezsenna, bo poduszka nie ta, bo zimno, bo gorąco. Eh… jeszcze jedna noc i do domu.

telegraficznie o weekendzie

8

Telegraficznie, bo znowu bez fotek, gdyż siedziałam cały weekend na 4 literach i nigdzie poza mieścinę nasza smętną się nie ruszyłam. Po kolei jednak.

Tak poza tematem, to co się stało z pogodą? Ktoś coś wie na ten temat? No bo jak to, to tak? No ja się nie zgadzam! Jeszcze ten tydzień zamawiałam z ładną pogodą… zdjęcia chciałam popstrykać na trasie, a tak to w deszczu to co ja pstrykać będę?! No co? Nie bawię się tak. (Foch)

Wracając do tematu wyjazdowo – spodniowego, to doszłam do wniosku, że jeszcze może uda mi się jakieś pasujące portki w drugim obiegu nabyć. Skoro w pierwszym nie ma, to może w drugim coś się trafi. Wstałam więc sobotnim świtaniem, i zwarta i gotowa ruszyłam na łowy. No i złowiłam, tyle, że nie koniecznie portki. Złowiłam reprymendę. Jak nic. Jak z Końca świata, nad sam Bałtyk. A było to tak, że na łowy wybrałam się z z koleżanką E. Przemierzyłyśmy teren łowczy wszerz i wzdłuż, i z boczku ulokowałyśmy się celem przeglądnięcia i segregacji łupów. Oczywiście, każdy łup należało obejrzeć, przymierzyć, oraz omówić pod kątem przydatności lub urody własnej. Mierzę więc, na podkoszulek rzecz jasna, jakiś łaszek, chyba sukinusię, albo coś i mówię do znajomej, że: „Wyglądam w tym jak rasowa plebejka i nic tylko mi grabie, albo widły dać do ręki oraz stado gąsek do pasania.” O jeju! Co ja sobie narobiłam! Jakiejś kobiecinie bardzo nie spodobało się określenie „plebejka”. Jak nic, poczuła się urażona do żywego, i zaraz mnie sztorcować, i zaraz, że ona sobie nie życzy słuchać takich rzeczy! Oraz, że to nie ujma być ze wsi! W pierwszej chwili zaniemówiłam. Ani do kobity nie gadałam, ani nie krzyczałam na całą paszczę. O co jej „kaman”?  Ta dalej swoje. Więc stwierdziłam, że po pierwsze to mówiłam o sobie, a ja nie czuję się gorsza ze względu na swoje pochodzenie, po drugie to zupełnie nie mówiłam tego ani do niej, ani o niej (nie znam wszak kobity, a po trzecie, już głośno, żeby i mnie słychać było w owym przybytku, że zdaje się podsłuchiwać nie jest ładnie, bo nic innego to nie było, gdyż zdecydowanie nie do niej mówiłam… czyli PODSŁUCHIWAŁA! Zamknęła paszczę i już coś pod nosem mamrotała. No, ale ogólnie kawę miałam załatwioną, na sobotę, bo ciśnienie mi podniosło babsko jedno.

Czy coś kupiłam – a pewnie, że kupiłam, Młodemu podkoszulek, a sobie portki, tyle, że nie czarne, ani nawet nie granatowe, ale popielate… zawsze to coś nie dżimsowego, a do tego zmieściła się w nie moja niewymowna, a znad paska nie wylewa się Niagara sadła. Będą. Na raz w sam raz. No i jeszcze bluzie sobie kupiłam… o 2 rozmiary za dużą, ale jak nie odszukam swojej motywacji z wiosny do różnych rzeczy, to i te 2 rozmiary może do końca zimy okazać się niewystarczającym zapasem objętości. No i jeszcze miałam zakusy na czarny gorset z futerkiem, ale nie miałby mi go kto sznurować, więc sobie go darowałam, a nówka był, nie śmigany i z metką i w odpowiednim rozmiarze… to tak w ramach notki poprzedniej. Reszt soboty przebimbałam. Czyli ogarnęłam Włości, pranie i pieczenie.

W niedzielę zaś wybrałam się na mini recital dziewczyn z prywatnej szkółki wokalnej z naszej mieściny na końcu świata. Było za darmo, a jedna z 3 dziewczyn akurat z Młodym do klasy chodziła w gimnazjum. No cóż, śpiewać każdy może, każdy głos może wyćwiczyć, większość ma nawet talent, ale charyzma głosu to prawdziwa rzadkość. Z 3 dziewczyn, charyzmę posiadała tylko jedna. Oj ta barwa, oj ta siła, oj… tylko repertuar nie do końca dobrany do możliwości, no i szkolne maniery, które skracają możliwości, nie pozwolą jeszcze ulecieć pełnej sile… to taka poczwarka z zadatkiem na niesamowitego bluesowego motyla. Jeśli jej się uda to śpiewanie w życiu, to pierwsza popędzę po jej płytę, żeby sprawdzić czy jest ten motyl na wolności, czy też komercja go tłamsi.

Nie jednego rzecz jasna. Normalnie to są dni, że moje skrzynki (prywatna i służbowa), są nie do ogarnięcia, bo tyle spamu do nich trafia. Kosmos, i bywa, że przeoczyć coś istotnego można. Nie o tym jednak chciałam, gdyż ten problem większości z nas jest znany z autopsji. Nie ma więc się nad czym roztkliwiać.

No więc, tak, wiem, że od tego zwrotu nie rozpoczyna się zdania, ale kto mi zabroni? Niech próbuje szczęścia, ale czy efekty będą – gwarancji nie udzielam. Wracając do mejla jednak. Dostałam mejla od jednego z portali randkowych. Mało tego, dostałam owego emilka na adres służbowy. Znaczy się jak nic, ktoś sobie bazę uaktualnił i sprzedał, albo nie wiem, co, bo doprawdy, ze służbowym emilkiem to ja się po świecie i Internetach nie włóczę. Nie po drodze mi, ale co tam, skoro wpadł do skrzynki, to zobaczę co tam dają. W końcu wolna jak dzika świnia na łące w maju jestem obecnie. Wolno mi, a mieszkając na końcu świata, to może i nawet powinnam bliżej zapoznać się z tematem.

Patrzam i czytam. Promocję mają. Fajnie, jak się wygra to można sobie 2 dni na promie spędzić. Już się rozmarzyłam, już wiatr we włosach poczułam, niczym na Tytaniku i… halo… czytam dalej… jest do wygrania – miejsce w kabinie 4-OSOBOWEJ (słownie: czteroosobowej). Przepraszam, że jak? 4 osoby, obce, w jednej kabinie… raczej nie będą to cztery dziewczęta, ani też czterech chłopców. To za zajęcie 1 i 2 miejsca… więc jak to? Dalej bazy nie czaję. 4 łóżka, 2 osoby? Czy może jednak 4 osoby, po dwie na chłopca (1 i 2 miejsce męskie) i po dwie na dziewczynkę (1 i 2 miejsce dziewczynkowe).

No i jeszcze jedno – jak nie masz 20 lat, to z opiekunem musisz płynąć, tylko nie wiem, gdzie ten opiekun w tej czteroosobowej kabinie się ma zmieścić. W szafie może jakiejś? Pod koją? W łazience, ale tam raczej wanny nie ma… Czytam i czytam, i doczytałam jeszcze, że jak nie wygrasz to też możesz płynąć, za odpłatnością oczywiście. Na cenach się nie znam, ale zniżka jest na hasło.

No i tak sobie myślę, że doprawdy, to brzmi to bardziej, jak pływający dom publiczny… w mkońcu, na wodach międzynarodowych to nikt się nie będzie dopominał o wpływy, bo nie do końca będzie wiadomo kto podatek ma pobrać, za tę imprezę (ok. – niech będzie, że kraj organizatora)… tak sobie też myślę, że może się mylę w swojej małomiasteczkowości, a może się nie mylę.

No i jeszcze, tak sobie myślę też, że kto wie, może już nie długo, to będzie jedyny sposób dla osób bez papierka spisanego w majestacie księżego ołtarza… bo jak dalej będzie szło wszystko gdzie idzie, to może się okazać, że te co mają papierek cywilny to tak jakby ślubu nie miały, a te co całkiem papierka nie mają, to już zupełnie nie wiadomo co, i że tylko na statku… może ja paszport sobie sprawdzę, bo na statek mam daleko okropnie, ale kto wie, do granicy ościennej w sumie i na piechotę dojdę, więc muszę sprawdzić czy paszport mam ważny, bo kto wie co nas czeka, tu na końcu świata, a tak całkiem na sucho, albo gnać przed ołtarz… no nie wiem, nie wiem… więc może jednak zastanowię się nad sprawą. W końcu weekend idzie. Czas na myślenie będzie. Do morza od nas daleko i jak bym tak miała raz na 15 lat się tam wyrywać, i jeszcze z rejsem odpowiednim się zgrać w czasoprzestrzeni i jeszcze partnera przemycić, to doprawdy – wyzwanie logistyczne nie lada, a tak z obcym chłopem, to… cholera, kota w worku mam kupować? Nie no, wole własne sprawdzone, a jak coś, to w sumie… nie, z eksperymentów to ja jednak już jakiś czas temu wyrosłam. Jednak, tak patrząc na ceny rejsów, na ceny dojazdu do promu, i na inne koszta dodatkowe, to cholera, mam i wiem, i jest jedno rozwiązanie… wibrator… ba, w tej cenie, to nawet prawie mercedes wśród wibratorów mogę sobie do zakupu zaplanować, a i się taki nie przyzwyczai, obiadków chciał nie będzie, brudnych skarpetek nie będzie zostawiał gdzie popadnie, i gaci też nie, że o zawłaszczeniu pilota nie wspomnę, choć to akurat niewielki problem, bo telewizora akurat nie posiadam. Same korzyści… tylko poczekam jeszcze, aż opracują wersje z konwersacją i taką co do kina czasem zabierze, albo kwiaty przyniesie.

No i jedna reklama, a tyle przemyśleń. Stosunkowo udanego weekendu wszystkim życzę. :)


  • RSS