Jakieś specjalne traktowanie przez pociechy miałyście dzisiaj? Pamiętała dziatwa? Mam nadzieję, że tak.
Jeśli jednak dolega im (pociechom) ciężka, postępująca demencja, to pamiętajcie, że kto Wam tak dogodzi, jak nie wy same?
To pisząc idę sobie całą górę mufinek przygotować, a później niepodzielę się z nikim po za własną Rodzicielką.
Tagi: kuchnia, codzienność
skomentuj (0)
Mam dosyć. Dosyć wszystkiego. Najchętniej zaszyłabym się pod
kocykiem i sobie popłakała w poduszkę z całej tej bezsilności jaką mam w sobie.
Jednak z drugiej strony, stoi mój, prywatny, wewnętrzny żołnierz, który na
takie rozklejanie się nie pozwoli.
Pominą już niefrasobliwość szkolną Nielata, bo nie ma się
nad czym roztkliwiać. Zastanawia mnie jedno – wszyscy mają genialne, piątkowo –
szóstkowe dzieci, a ja tylko ja mam lesera i ignoranta, tylko jak to się
dzieje, że tych faktycznie z wysokimi ocenami jest dwu, czasem trzech uczniów w
klasie, a reszta stopniowo schodzi w dół? No nie wiem, ja się nie znam. Choć śmiem
twierdzić, że większość rodziców koloryzuje sprawę.
Ferdek mnie wykończył już nie tylko finansowo, ale również
psychicznie. Mam ochotę wziąć jakiegoś drąga i go otłuc. Albo wpakować go na drzewo,
albo jakieś dachowanie, albo rozjechać go czołgiem. Wydałam na niego bardzo, bardzo
dużo pieniędzy i jeśli nie zrobię mu nic z powyższego, to tylko dlatego, że to
nie jego wina. Wiem, że młody to on nie jest, ale po każdej wizycie u mechanika
jest z nim gorzej. Dziś moja cierpliwość umarła i posłucha sobie Pan mechanik. Oj
posłucha i naprawdę nie wiem jak to się skończy. Chyba się rozstaniemy. Tyle,
że od nowa, za to samo, płacić kolejnemu – po prostu mnie nie stać. Poszła już
kasa na lodówkę i na obóz Nielata. Małe zabezpieczenie na czarną godzinę też
przeszło już do historii, a tu trzeba żyć dalej. No i co – mam Nielatowi
powiedzieć: słuchaj synuś, nie jedziesz na żaden obóz, bo zwyczajnie nie mam na
to kasy. Na klasową wycieczkę właśnie z tego powodu nie jedzie. Tyle, że na nią
i tak nie miał większej ochoty. Jednak, całe wakacje w domu? Nie wiem, czy
oboje to zniesiemy. Zwłaszcza, że te wyjazdy wakacyjne, choć nie długie, to
jednak widzę, że są mu potrzebne z różnych przyczyn. Do tego jedna plomba to
100. Jedna wizyta była w ubiegłym tygodniu, druga jest w najbliższy czwartek. Że
mogłabym za darmo z ubezpieczenia plombować dziecku zęby? Pewnie mogłabym,
gdybym miała cierpliwość robić to co miesiąc. Bo państwowe pląsy to nie
trzymają się dłużej. Nie wspomnę już o tym, że inne wydatki związane ze
zdrowiem Nielata też są niezbędne, ale… ale nie wiem jak temat przełknąć, kiedy
na koncie pusto aż piszczy. No i jeszcze, jeżeli uda mi się jednak opłacić ten
piekielny obóz, to ani rusz bez nowego śpiwora, a i plecak większy by się przydał,
co daje około 300 PLNów, a w najlepszym razie 200 z hakiem. Milczeniem pominę
rozwalone sandały, będzie chodził w trampkach. Ponieważ właśnie kończę niedługo
spłacać meble kuchenne, miałam w to miejsce wziąć na raty komputer, bo te co
mamy to jeden ma już z 10 lat (wolno stojące pudło), a drugi, jakieś 5 lat (Tosiek)
i mocno niedomagają i raczej ich żywot jest mocno policzalny w czasie. Tak, przyjemności
drobne dnia codziennego już są ograniczone, ale co tam, jeśli wyeliminujemy z
jadłospisu słodycze, to tylko nam na zdrowie wyjdzie. Soki też raczej czas
zastąpić wodą mineralną.
Czuję jak wszystko wyślizguje mi się z rąk, jak tracę nikłą
kontrolę nad codziennym życiem. Do tego jeszcze walka z urzędasami. Chce tylko
kilka świerków wyciąć, a tu kłody pod nogi oraz, chcę jeszcze, aby deszczówka z
dachu sąsiada nie leciała prosto do piwnicy domu w którym mieszkam.
Najłatwiejsze rozwiązania podobno to te, które są najbardziej
pod ręką. Te których czasem niedostrzegany, a czasem uważamy za bardzo
drastyczne. Ja takich nie widzę. Jest na to wszystko jedna Ada. Nie tkwić w tym
miejscu, gdzie lepiej nie będzie, ty zacząć nowe, własne życie, może w nowym
miejscu. I nie byłoby to ani trudne, ani nie możliwe do realizacji, gdybym
umiała zostawić Rodzicielkę z całym tym domowym syfem, ale nie. Nie umiem jej
zostawić. Pieprzona przypadłość DDA, które bierze odpowiedzialność za siebie i
całą resztę, aż w końcu ląduje u czubków, bo odpowiedzialność powinno brać się
za siebie samego (i za dziecko aż nie dorośnie do tego by wziąć własną
odpowiedzialność na siebie), a nie za cały świat.
Chyba znowu zaczynam balansować na cienkiej linie zawieszonej nad przepaścią bez jakiejkolwiek asekuracji...
Tagi: dziecko, życie, codzienność, ferdek
skomentuj (12)
Nie no, ja dziękuje. Mój szef, jak nikt inny, umie podnieść mi adrenalinę. Najlepiej rzucić niewygodne hasło i zwiać. To najlepsza metoda aby nie posłuchać tego co mam do powiedzenia w temacie. Bo i po co słuchać? Jeszcze wyszłoby coś niewygodnego. Nie ma, nie będę robić cudzej roboty. Sprawdzę swój zakres, czy wszystko mam na pewno na miejscu, a resztę mam w duszy. On odpowiada za całość tego bajzlu, a nie ja. Ja odpowiadam za swój zagonek. Inne zagonki mają przypisane inne osoby, więc w domniemaniu jest, że to one odpowiadają za to ja swój ugór uprawiają, a nie ja. I niech nie myśli, że mu tego nie powiem. Tu żadne wymówki i inne ucieczki (bo ewidentnie w ten sposób odebrałam jego dzisiejsze zachowanie) się nie sprawdzą.
O co chodzi? Ano, zapowiedzieli się panowie z jednej takiej Najwyższej od kontroli Izby. Tak. Tak. Wizyta może być bardzo ciekawa, a na koniec, zupełnie się nie zdziwię jeśli, choćby do samej siebie i pod nosem, szeptem, sobie powiem: a nie mówiłam.
A co do poprzedniej notki. To piszę sobie z jednym miłym jegomościem. Chemii to z tego nie będzie, ale kumpel pewnie i tak. O ile rzecz jasna nie mamy odmiennych oczekiwań, a raczej nie mamy. Cóż, będzie kumplowskim numerem 3 w zakresie serwisów. Tak, z poprzedniego bytowania w serwisach zostało mi 2 znajomych. Aż dziw bierze, bo w końcu trochę lat minęło. No i żeby nie było, obie znajomości są czysto platoniczne, ale z opcją noc przegadana do świtu. Ot, to się chyba nazywa, bratnie dusze.
Tagi: praca, życie, faceci, codzienność
skomentuj (1)
Jestem niemożliwa. Najpierw biadolę o tym, że tu i ówdzie mam zbyt wiele, oraz układam misterne plany porzucenia miłości mojego życia (nadmiaru cukru w diecie), albo przynajmniej rozluźnienia naszego związku, a zaraz potem, ledwie pięć minut nie minie, a ja rzucam się na chińską zupkę, którą przegryzam wielką drożdżówą i cukierkiem, czekoladką, batonikiem, wafelkiem*.
Tak jakoś, natchnięta przez jedną z blogowiczek, wlazłam sobie dzisiaj na serwisy randkowe dwu portali. Tak. Kiedyś miałam tam konta pozakładane i kilka znajomości zawartych, a dwie to nawet po dziś dzień się kołaczą, choć minęło od ostatniego logowania… hm… dużo lat, a na pewno ponad 5. I jakie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że moje stare konta najprawdopodobniej nadal wiszą w systemie! Do jednego nawet udało mi się sobie przypomnieć hasło, do drugiego już niestety nie.
No więc się zalogowałam. Przeglądam sobie ogłoszenia, przeglądam i po niejakim czasie (bynajmniej nie mam na myśli 5, czy 10 minut, a nieco jednak więcej) skonstatowałam, że buźki na zdjęciach jakieś takie śliczne i młode, i całkiem apetyczne, i opisy frywolne… no i sporo czasu minęło zanim się zorientowałam, że po prostu ustawiłam wyszukiwanie wg klucza tegoż samego co lat temu kilka… i wszystko pięknie i ładnie byłoby zapewne, gdyby nie to, że osobiście mam te kilka lat więcej, oraz wiem jak kończy się moja słabość do pięknych chłopców… tak, to ta słabość której nazwa waha się między KŁOPOTY, a BARDZO DUŻE KŁOPOTY.
Pomna doświadczeń minionych czasów już, już prawie zamykałam konto, gdy zmieniłam decyzję i tylko zaktualizowałam dane. Pożyjemy, zobaczymy. Nie wiem tylko, czy chcę się pocieszyć, że nie wyglądam jeszcze tak tragicznie i ktoś może się mną jeszcze zainteresować (w tym również, a może, jak kiedyś, bez ciągów dalszych i zabaw w życiową ciuciubabkę), czy jestem zdesperowana niedoborami towarzystwa dorosłych niespokrewnionych osób, czy też ciekawska co się zmieniło, czy też znudzenie brakiem emocji wszelkich i dreszczyków emocji lub przesytem szarej codzienności, czy też jeszcze coś innego, a może właściwie wszystko razem i do spółki. Bo czasem, to ja sama siebie umiem tak fenomenalnie oszukać, że zupełnie nie wiem o co tak naprawdę mi chodzi. Niestety myślę że w najbliższym czasie nie wymyślę o co mi chodzi. Myślę też, że ewidentną słabość do chłopców jak malowanie i z obrazka z hardymi opisami, mam już za sobą (tyle, że nie wiem, czy na pewno)… więc na początek zmieniłam kryteria wyszukiwania… z tym, że czy na pewno je zmieniłam?
Bo wiecie. Ludzki mózg z czasem uczy się pewnych wzorców i zaczyna je przenosić na poziom podświadomości. Tak, ale gdyby tak usiąść, to nie wszyscy chłopcy jakim na swojej drodze pozwalałam stanąć byli źli… niektórych sama popsułam, ba niektórych popsułam nawet bardzo i zupełnie świadomie (kurde – sami się prosili, co nie? Tego się trzymać będę;).
* - niepotrzebne skreślić, o ile istnieje jakieś niepotrzebne… można też dopisać brakujące…
Tagi: codzienność, przemyślenia, nic-to
skomentuj (2)
Po poprzednich wpisach nie trudno chyba zgadnąć co obecnie króluje na mojej play liście. Rzecz jasna, na zmianę z Bułeczką. Rozrzut muzyczny nieco szeroki się zrobił, zwłaszcza, że dorzuciłam do tego jeszcze pamiętną Enigmę oraz nieco więcej Alphaville. Nie żebym pamiętała kolejne tytuły utworów, nie, nie. Do tego to ja akurat nigdy nie miałam pamięci i jeśli nie utkwiły mi one lata temu w mojej próżni, to teraz nie sądzę aby mogło się to zmienić. Od pamiętania mam siostrę.
Coraz bardziej doskwiera mi brak właściwego radia w samochodzie. Właściwie to, coraz bardziej doskwiera mi brak jakiegokolwiek sprawnego samochodu. Fedek po prostu rozkłada mnie na łopatki, bo moje finanse rozłożył już czas jakiś temu. Teraz rozkłada moją delikatną psychę. Jak to facet. Wie jak zdruzgotać kobietę. Najpierw odbiera jej się pieniążki zachomikowane na drobne przyjemności, a później to już samo leci.
Klawiatura pracowa nie chce zemną współpracować na poziomie literki „r”. Jest to nieco upierdliwe. Do tego w sklepach nie ma odpowiedniego obuwia. No chciałam poprawić sobie nastrój i kupić coś ciekawego w rozsądnej cenie, ale chcieć, jak widać, to nie zawsze móc.
Dodam tylko jeszcze, że nie polecam filmu „Przeczucie” (tytuł z tłumaczenie Youtube-owego, więc oryginał może być drastycznie inny) z Sandrą Bullock oaz Julianem McMahon-em (czy jakoś tak się to ich tam pisze ;)). Znaczy się film jest dobry. Zwłaszcza pierwsza część, gdy nie do końca wiadomo o co chodzi, ale ogólnie, kiedy masz już nieco podły nastrój, to tylko się przybijesz filmem do końca. I bez zaskoczenia przyjmiesz konkluzję, że życie jest do dupy, a to co ma się stać i tak się stanie, bo jak nikt inny, to my sami do tego doprowadzimy. No i zupełnie nie jest pocieszające stwierdzenie, że trzeba w coś wierzyć, bo wiara nie znosi pustki. Ogólnie: Muł i Wodorosty.
Tak smętnie wzdychawszy sobie nad smętnym życiem, oddalę sobie powzdychać nad tym czego nie mam, gdyż tajemnicą wielką nie będzie (wszak o tym już napisane tutaj zostało wiele tekstów temu), że Julian jest całkiem w moim typie, a więc, w typie, który jest poza moim zasięgiem, gdyż panowie z prezencją współbieżną (w tym i z wysokościowego podejścia do tematu) gustują w niewysokich blondinkach… a nie w rudych, wielkich, borsuczych babach.
Tagi: film, codzienność, ferdek, nic-to
skomentuj (3)