demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

chyba wiosna idzie

3

Do tego, nie pyta zupełnie czy mi to odpowiada. Owszem, nie przepadam kiedy mam nos zamarznięty na sopel, ale za chlapą, ciapą i świergolcami też nie bardzo przepadam. Właściwie, z wiekiem, to co raz to i mniej jest rzeczy, za którymi przepadam. To co się nie zmienia, to przepadanie za świętym spokojem i za orzeszkami, a jak jest do kompletu jeszcze jakaś czekolada, to po prostu jestem szczęśliwa.

Dziś nie jestem szczęśliwa, gdyż pada deszcz. Nieszczęśliwość moja zaś bierze się z tego, że ten deszcz niemiłosiernie wali mi o parapety. Doprawdy, nie wiem jeszcze co, ale coś chyba muszę wymyślić na tę okoliczność przyrody, gdyż bębnienie owo odbija się szerokim echem pod moją czaszką, co bynajmniej nie wpływa na moje lubienie przedwiośnia, którego jedynym plusem jest zapowiedź pojawienia się w niedługim czasie roślinek którym mam ochotę bliżej się przyjrzeć. Tym bliżej, że znam wiele miejsc z ich zatrzęsieniem, a w sklepie zielarskim za 10 dag zapłacić trzeba od 20 PLNów w górę. Zdzierstwo niemiłosierne.

Miałam kilka ciekawostek do zapisania, ale nim zrobiłam sobie paszę treściwą, to zapomniałam. Jak nic, czas zacząć chodzić z notesem, gdyż nadal szybciej jest mi pisać odręcznie niż na dotykowym Heńku. Mogłabym to i owo podyktować Heńkowi, ale konia z rzędem temu, kto widząc to, nie padłby ze śmiechu uznając, że całkiem się mi już pomieszało i gadam do telefonu kiedy nikt do mnie, ani ja do nikogo, nie dzwonię! Z tym mówieniem to też byłby niejaki problem z resztą, gdyż się mnie zwyczajnie gadać nie chce. Całkiem i zupełnie, a jeszcze mniej mam zacięcia do pisania SMSów. Przejdzie mi pewnie za chwilę. Jak odeśpię, gdyż zwyczajnie chodzę pół żywa z niewyspania. Jak już nawet udaje mi się bez pobudek dotrwać do rana, to śnią mi się takie cuda i niewidy, że James Bond przy mnie wymięka i mała Miki z niego jest. Doprawdy, po takich snach, nie sposób być wypoczętym o poranku.

Dziś się mi śniły S. i A., tak między innymi rzecz jasna postaciami. O ile jednak z A. chętnie bym pogadała i może na weekendzie, jak pogoda będzie przyjazna spacerom to się do niej wybiorę, o tyle na kontakt jakikolwiek z S. nie mam ochoty najmniejszej. Po tych wszystkich latach żal mi do niej przeszedł i w sumie jest mi obojętna, ale obojętność to obojętność, nie widzę cienia potrzeby posiadania znajomej, której nie mogę zaufać nawet w minimalnym stopniu, a w komplecie z moją niechęcią do gadania, to sorry, chyba nawet o pogodzie byśmy sobie nie pogadały obecnie. Szkoda czasu.

W ramach oszczędzania czasu to sobie lodówki oglądam. Przeglądam i żadna mi się nie podoba, poza tymi wielkimi i ogromnymi, które mi do niczego nie są potrzebne. Na tę chwilę to tak mi dwie w oko wpadły Indes===it LI8 FF2X.1 oraz Whirp===pool blf 8121 aqua ox… Tylko, czy i te nie są za duże jak na moje potrzeby? ogólnie to i tak wiatr będzie tam pewnie hulał, gdyż no ile samej można gromadzić zapasów i zdążyć je zjeść zanim stracą przydatność do spożycia…

spacerek medyczny

4

Od jakiegoś czasu, znaczy od listopada, staram się znaleźć przyczynę tego cholernego bólu stawów. Trochę mnie on już wkurza, zwłaszcza, że jest bardziej upierdliwy niż nieznośny, i czasem zwyczajnie go nie ma, żeby zaraz, za minutę był, a za pół dnia znowu go nie ma. Kilka badań zrobionych, kilka się opóźnia, bo np. pan doktor sobie klepnie długopisikiem w krateczkę z badaniem, które już mam zrobione, a które nie zmienia się w tak krótkim przedziale czasu, gdyż jest niezbyt precyzyjne (test ma niezbyt wysoką czułość), więc idę raz jeszcze i stukam do drzwi, i proszę o poprawienie, bo błąd jest, a tydzień kolejny mija, i mija następny, bo owo badanie robią w jeden dzień tygodnia. Nic to, jak dobrze pójdzie, to może się wyrobię przed wizytą u innego specjalisty, i będę miała już część badań za sobą. Choć pewnie nie raz jeszcze mi krwi upuszczą. Jak nie, to może sobie sama jej upuszczę – kupię jakieś pijawki lekarskie albo coś. Mogła bym iść trochę do stacji krwiodawstwa upuścić, ale z drugiej strony, skoro tylko diabli wiedza co mi jest, to może lepiej nie. Powoli jednak skłaniam się, za doktorem Googlem rzecz jasna, że wiem co mi jest i bez tych zgadywaczy z dyplomami. Owszem, mogłabym wybierać w szerokim spektrum chorobowym o różnym stopniu nasilenia i natężenia, ale ja skromna jestem, więc się jednym takim zadowolę, co jest upierdliwe do diagnozowania, ale za to łatwiejsze do życia i powiedzmy sobie szczerze, że czas w jakim się mi te objawy pojawiły, kiedy się nasiliły ich intensywność i kilka innych szczegółów, oraz możliwość współistnienia symptomów niejednoznacznych daje bardzo jednoznaczny obraz w moim przypadku, tylko, że obawiam się iż postawienie takiej diagnozy na zadupiu jest ograniczone w swoim prawdopodobieństwie. No i spoko, jeśli to jest to, to mogę być spokojna, gdyż tym się nie można zarazić, gdyż jest to po prostu ułańska fantazja, głupota zwyczajna i wiek w mało ciekawej konfiguracji i szczególnych proporcjach, a z tym to się człowiek rodzi. Podobno można to nabyć, ale tu liczy się tylko indywidualna i mocno zintensyfikowana praca własna. Cóż, a mówią, że głupota nie boli, ale za to od głupoty potrafi boleć cały człowiek, a przynajmniej potrafi boleć jego część, a która to już loteria jest. Tak więc czas zrozumieć chyba, że „sama” sobie to robię, a nie, że robi mi to jakiś zewnętrznie nabyty bakcyl.

Niestety, powyższe wywody nie obejmują prawego łokcia, który chyba czas prześwietlić, gdyż nadal boli, a akurat on miał uraz całkiem zignorowany.

szaro, buro i mokro

12

Normanie, to chyba dziś spod koca nie wyjdę. Nic do takiego forsowania człowieka nie zachęca. Za oknem jest szaro i buro od resztek pośniegowej brei, a do tego mokro i błoto po kolana. Nie mam kaloszy, protestuję i zostaję pod kocem. Może coś poczytam, może coś pooglądam. Na teraz to lekkie sprzątanie linków przeprowadziłam.

Dzisiaj w prawdzie niedziela, ale co popatrzę na okno, to mam ochotę firanki wrzucić do prania. Normanie Tośka (czarne kocie futro przytargane przez Młodego) jedną całą upaprała niemożebnie. Gdyby byłą człowiekiem, to jej samej i to w ręcach kazałabym te firanki prać. Nie wiem, może Młodego pogonić. W końcu to jego zwierzę.

Mam też do skrócenia zasłony do pokoju Młodego, bo tam tylko krótkie wchodzą w grę. Jak je skrócę, to zostanie jak nic jeszcze na poszewkę na poduszkę do kompletu. Może więc by maszynę wyciągnąć, tyle, że nie mam akurat nici w odpowiednim kolorze. :( Dobra, każda wymówka jest dobra, jak się jej intensywnie szuka.

Może się szarpnę i stelaż pod materac sobie wymyślę. Taki stelaż który wejdzie do Wersalowych apartamentów, gdyż spać na czymś trzeba, a żaden standardowy się ne zmieści. Zwyczajnie, mam do dyspozycji 196 cm podłogi na szerokość. Chytry plan skrócenia gotowca przeszedł do lamusa po dokonaniu kilku realnych pomiarów. To się nie da. Trzeba autonomiczną konstrukcję wymyślić. Mam już nawet wizję, tylko gorzej z materiałami do realizacji tej wizji. Drewno wyjdzie drogo, a sklejka  nie znam się na tym. Myślę o płycie jednej takiej, tylko kwestia kątowników do połączenia elementów. To i tak do lata projekt musi poczekać. Malowanie płyty o tej porze roku mało mnie kręci.

No i tak mija sobie niedziela. Chętnie od maszyny i projektowania mebli zwiałabym w plener z Perełką, tylko ten brak kaloszy. Nic to, byle do wiosny, a może przymrozi jeszcze po drodze? Mnie tam w sumie wszystko jedno, bylebym w błocie po kolana nie musiała się taplać…

Siedzę i patrzę w kartkę i patrzę, i patrzę, i nic wypatrzeć na niej nie mogę. Zawiesiły mi się szare komórki. Dobrze, że dziś piątek, bo w minionym tygodniu narzuciłam im 300% normy do wyrobienia w godzinach pracy. Normalnie to nie wiem czemu tak nimi szastam. Nimi, czyli temi szaremi komórkami moimi.

ptaki świergolą. Sąsiedzi tylko na dziką godzinę do pracy jadący nadal drapią szyby swoich mechanicznych rumaków. Hiacynty po sklepach i na parapetach się panoszą. Wiosnę czują ludzie po kościach. Kurtki rozpinają, szaliki rozplątują, a ja, dalej okutana szalikiem i w pozasuwanej kurtce. Z tego nadmiernego eksploatowania szarych komórek to nic nie czuję. Normalnie tak się przegrzały, że na automacie jadę i powielam te wszystkie ruchy, jak każdego poranka od kilku zimowych tygodni: kurtka, zasunąć, szalik, zamotać, czapka, naciągnąć. Ba, normalnie to nawet nie ogarniam kiedy sobie na ten przykład herbatę zaleję, a później się dziwię, że ona zimna… bo dopiero przyszłam ją przecież zalać…

W między czasie nie mogę się napatrzeć na moją nową praleczkę i do tego jeszcze ta szafa. No jak nic musze ją mieć. Muszę mieć.

 

 Poza tym, to nic się nie dzieje i nic się nie zmienia…

- 10 w Rio

10

Trochę znudzona jestem już tym mrozikiem. W nocy cały czas spada temperatura tak mocno, że -10 wydaje się być całkiem przyjemnym ciepełkiem. Kiedy idę sobie do pracy, mój nos i policzki odczuwają całkiem dotkliwie te -9 jakie się zrobiło w trakcie kiedy szorowałam zęby. Później niby jest lepiej, gdyż koło południa wszystko pływa, ale kiedy wychodzę z fabryki, wszystko znowu zaczyna malowniczo zamarzać i szczypać w nos i policzki.

Do tego moja zielona, materiałowa, dychawiczna szafa, właśnie dogorywa. Odmawia dalszej współpracy i czas jednak wybrać się na zakupy szafowe. Cóż, zostanie mi do końca miesiąca jakieś 100 PLNów w kieszeni, ale co tam. Gorzej bywało. Rachunki w tym miesiącu mam popłacone, żadnych zobowiązań zaległych, więc to prawie rarytas jest. Może wiele szaleć się nie da, ale z głodu nie umrę. Do tego może jakoś ruszę moje zapasy podskórne, które się nie chcą odczepić ode mnie w żaden sposób. Tak więc czas ruszyć po nową szafę. Nowa pralka dotarła cała i zdrowa, a do tego zupełnie fajna… tylko jakoś nie mam co do niej wepchnąć, bo jakaś taka wielka się okazała. Wielka w sensie pojemna i moje ubrania w niej po prostu giną.

Wczoraj zaś miałam ochotę niepomierną na schabowego. Bo tak i już. Tylko, że nie mogłam sobie przypomnieć, czy mam tłuczek do mięsa w Wersalu. No i zamiast sprawdzić to zaraz po powrocie do domu, to oczywiście, przypomniałam sobie teraz. Czyli znowu nie sprawdzę, ale jest pocieszenie, jeśli na Włościach mam jeden tłuczek, to istnieje prawdopodobieństwo, że w Wersalu też ma… gdyż miałam dwa w swoim czasie. Niestety istnieje też możliwość, że jeden z nich skończył jako rozpałka do pieca na Włościach, gdyż niepomiernie mnie wkurzał, był mało praktyczny, a do tego jeszcze, cały drewniany był.

No i na takich dylematach mija dzień za dniem. Życie się toczy powoli od poranka do poranka, po drodze zbierając bardzo poważne dylematy, jak to w co się ubrać (w co jeszcze się mieszczę), czy co sobie zrobić na obiad. Zdecydowanie lodówka by mi się przydała, chociaż pewnie dopiero wówczas moje dylematy nabrałyby chłodnego wydźwięku…  cisza, spokój i stagnacja – dobrze mi tak, może nudna i chwilami przygnębiająco, ale dobrze. Mam prawie ten swój wymarzony spokój, tuz w zasięgu ręki, a że okazał się pusty i samotny? Widocznie wszystko ma swoją cenę.

 

na odwyku

4

Przez kilka dni byłam na odwyku internetowym. No cóż, tak się kończy zamordowanie tableta. Doprawdy nic takiego mu tym razem nie zrobiłam, a on wziął i zdechł. Chyba zawał miał, albo udar, gdyż się na nowo naładowanej baterii zwiesił, po czym sobie wisiał i wisiał, i wisiał, i nocą ciemną zgasł. No trudno. Wytrzymał 2,5 roku. Krótki był jego żywot.

Pomyślałam sobie – nic to, czas wyciągnąć z pudełka Henryczka i wsadzić sobie klucz do Internetów (kartę simeczkę) w niego, i śmigać na starym, ale nadal jarym, laptośku. Moje zdziwienie granic nie miało, gdy się okazało, że w tablet wetknęłam kartę w wersji nano, czyli takiej co to lepiej jej nie przesiać, bo łepki od szpilek, czy pinesek są zdecydowanie większe… i konia z rzędem temu kto szukać by jej miał. Tak więc zdziwienie moje wielkim było i przerodziło się w poszukiwanie oryginalnego adaptera do standardowego poczciwego rozmiaru prawie, że znaczka pocztowego… tego na list co się przylepia, jeśli ktoś jeszcze pamięta jak taka rzecz wygląda… W Wersalu nie było, znać na Włościach będzie pomyślałam. Do weekendu dzielnie dotrwałam, a dalej… cóż przeszukałam wszelkie skarby moje i nic nie znalazłam. Młody poratował mnie w prawdzie oryginalną ramką, acz bez środkowej przejściówki… a mówią, że na dwoje babka wróżyła, a tu masz, w „drzwiach do Internetów” na troje, jak nic. Dalej szukać i dalej nic. Przeszukałam jeszcze dla pewności pracowe zasoby różnych przydasi, ale też nic z tego nie wyszło. Z ciężkim sercem więc ruszyłam w świat na poszukiwanie. Owocne, acz nie darmowe. Za 5 PLNów jeden zdzierca odstąpił mi brakującą część moich puzzli… szybciej i w tej samej cenie byłoby kupić jakiś starter w kiosku…

Jak widać, udało się ogarnąć temat, oczywiście laptosiek Wersalowy wieki czasu nie był wpięty w Internety, więc dalej, się zachłysną i upił prawie, wszelkie aktualizacje próbując na raz zagarnąć do siebie. Musiałam go przystopować, bo gotów jeszcze był i on z tego nadmiaru szczęścia jakiegoś zawału dostać na procesorze, albo udaru na pamięci. Nie mniej się wszystko udało. Pacjent przeżył – co widać.

Niestety z tabletem odeszły w niepamięć różne pliki i ze dwie aplikacje. No trudno. Jak się nie ma w głowie to nie ma się i w tablecie, choć w tablecie się ma, ale nie ma się tabletu… na pocieszenie kupiłam sobie wściekle różowy, neonowy szalik i czapkę, i jeszcze kurtkę na osłodę… tak, że dobrze, że wcześniej kupiłam pralkę, gdyż mogłoby być krucho z jej zakupem… szafa zdecydowanie na razie wisi na grafiku, ale co wisi, to nie utonie, więc spoko luzik. Jeśli już nie będę ćwiczyć rozrzutności w tym miesiącu to, może i na szafę starczy… ewentualnie może czas wykorzystać zapasy zgromadzone w „oponce” i nieco mniej rozpusty kulinarnej czynić? Na tę chwilę udało mi się wyjść dziś ze sklepu bez słodyczy i  tylko z jedną paczką orzeszków ziemnych (poza innymi niezbędnymi sprawunkami), co jest niebywałym sukcesem, a skutkiem czego, siedzę i piszę notkę, i tak się zastanawiam, że mam słoiczek truskawek smażonych mojego własnego domowego wyrobu, więc może by tak jednak nieco słodyczy na osłodę szarości życia…


  • RSS