demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

poweekendowe obrazki

2

Miniony weekend miał nastąpić później, ale nastąpił wcześniej… nie wiem, jak to zrobiłam, ale nabrałam przekonania, że planowany wypad ma mieć miejsce na koniec lipca, czyli 28-30… a prawda była o cały tydzień wcześniejsza…

Daleko, czy blisko to nie ma znaczenia – grunt, że coś się działo. Nie mniej jednak, po minionym weekendzie, powinnam sobie nałożyć zakaz zbliżania się do lodówki na najbliższy miesiąc lub nawet dwa. Mniejsza z większym. Kilka obrazków, bardzo ogólnych, bo przyznam, że nie bardzo miałam czas na robienie zdjęć.

Piątkowe późne popołudnie:

Sobotni poranek i dzionek

Kilka chwil niedzieli

przyziemna codzienność

7

Koniec tego politykierstwa. W bieżącej chwili i tak moje poglądy nie mają nic do rzeczy, i mogę je sobie wsadzić do szafy lub do kieszeni, gdyż są dalekie od jedynych słusznych, i takie już zostaną. Ten typ tak ma. Dziś dla odmiany będę się chwalipiętować. Wolno mi. Moje śmieci sieciowe, to sobie mogę.

Po pierwsze, dawno temu, no dobra, jakiś czas temu, dla eksperymentu wsadziłam sobie pestkę awokado do doniczki. Tak dla eksperymentu. Żeby było ciekawiej, wsadziłam ją „do góry nogami”. Dziś mój eksperyment wygląda w następujący sposób. Ma też towarzystwo. Tak to pokrzywa, a właściwie moja przyszła herbata. Obecnie jedna gałązka już się suszy i po weekendzie zostanie bezlitośnie wypita. Ekologiczna jest w końcu, szkoda żeby się zmarnowała.

Kolejny eksperyment z roślinkami, to bezimienny storczyk. W ubiegłym tygodniu zaadoptowałam go za 8 PLNów. Stal sobie taki zwiędnięty, z żółknącymi liśćmi, smętnie dyndającymi kwiatkami, samotny i opuszczony, z nalepką z przeceny. Wzięłam, przygarnęłam, postawiłam na parapecie, wody dałam i zostawiłam w świętym spokoju.

Poza storczykiem, początkiem miesiąca, przygarnęłam również nowego Heńka. Heniek jak Heniek, całkiem podobny do poprzedniego, a jednak inny, bo nieco cieszy i nieco delikatniejszy jakiś taki. Może nie żeby wątły zaraz, ale jednak, jakiś nie swój taki. Postanowiłam mu zafundować ubranko…  bo kto w końcu bogatemu zabroni – sssoooo nie?

No i jeszcze zaległości domorosłej dłubaniny własnoręcznej. Czyli roletka, która zrobiła mi popołudnie, oraz patyczana osłona balkonu, która zrobiła mi dwa popołudnia, gdyż okazało się, że jedno opakowanie opasek plastikowych (tretytek) to jednak nawet jak na mój mikry balkon, to jednak za mało. Oraz Pomalowałam ścianę w kuchni na niebiesko… szczerze, zmniejszyło to kuchnię optycznie, ale charakteru jej nieco dodało, gdyż co do niej weszłam to coś mi brakowało, nie tylko lodówki, ale właśnie jakiegoś szczegółu. No to jest. Niebieska ściana.

Nietypowo odniosę się do Agaty Dudy i jej nieszczęsnego „góralskiego” paska – dodatku do jasnej sukienki. Nie wiem po co ten szum wokoło niego, ale napiszę, że mnie on się podobał. Nie uważam też, że był w złym guście, czy nie na miejscu. Poza tym, ten pasek bardzo pasował do sukienki i dodawał jej charakteru. Poszłabym nawet dalej z tą stylizacją u dobrałabym buty w kolorystyce zbliżonej do tej jaka ma Księżna.

Zupełnie nie rozumiem o co halo… że jak, w kujawskiej spódnicy i krakowskim kubraku miała wystąpić? Dorzucić do tego jeszcze kapelusz lub toczek stylizowany na górniczą czapkę z piórami? Normalnie to komuś się nudzi i porusza go pierdoła zamiast konkretu. Suweren nam się kluje pod własnym bokiem, a my patrzymy i podziwiamy młodych monarchów obcego państwa. Młodych, pięknych uśmiechniętych i legalnych… a u nas… ??? Dobra, dobra, monarchia nam się nie szykuje, ale uzurpacja już całkiem jest prawdopodobna, a społeczeństwo, co w tym czasie? Ano oburza się paskiem Pani Prezydentowej oraz gulgota o podnoszeniu cen paliwa, zamiast zająć się tym, co ta zasłona dymna na prawdę skrywa. Tu nikomu na kasie nie zależy, i tak ściągną z nas ostatnia koszulę, w ten, czy inny sposób, ale ściągną, nie pytając nas o zdanie i tym bardziej nie pytając o zgodę. Ściągną, gdy będziemy jazgotać o modzie, pasku do sukienki, i wakacyjnych rozrywkach na skuterze wodnym Pana Prezydenta. Mało tego, że ściągną, to jeszcze sprawią, że kiedy zorientujemy się co się dzieje, notabene zdecydowanie za późno się zorientujemy, gdyż za późno już jest, to nie będziemy mieć komu się poskarżyć, nie będziemy mieć komu wypłakać się w mankiet… dyktator nie lubi mazgajów, a jedynie słuszne postępowanie jest tym, które on wskaże… Macie igrzyska, ale co będzie, gdy skończy się chleb? Bo, że w kasie pusto i wiatr hula, to pewne, a z pustego to i Salomon nie naleje… więc dalej, czekajcie na swoje 500+ i wierzcie w czcze obietnice. Nic co jest Wam (Nam) dane, nie jest dane na zawsze – warto by o tym pamiętać.

Miałam o kilku drobiazgach, szarej codzienności napisać, pokazać kilka „ubranko” nowego Heńka, oraz tę nieszczęsną, samodzielnie zainstalowaną roletkę, ale to akurat może spokojnie poczekać do jutra, a może i jeszcze nieco dłużej. Nie śpieszy się. Natomiast powyższe podniosło mi ciśnienie, dlatego nieco powietrza musiałam z siebie upuścić, bo jak jeszcze raz usłyszę od jakiegoś wąsatego babska, że ten pasek to Ona taki miała zły, to normalnie za siebie nie odpowiadam i przypadkiem, mogę wydepilować wąsik o chodnik przed osiedlowym warzywniakiem…

Swoją drogą, to coraz bardziej podziwiam Panią Agatę. Jest w bardzo niekomfortowym miejscu, w bardzo niekomfortowej roli. Zdaje się, że jest w więzieniu kariery swojego męża i jego uległości wobec jedynie słusznych poglądów. Dla kobiety silnej, o zdaje się ugruntowanych poglądach, niekoniecznie zbieżnych z jedynie słuszną ideą, nie jest prostym zachować powagę stosowną dla rangi żony Prezydenta. Tym większe wyzwanie dla niej, im bardziej mąż jej odznacza się służalczością i spełnia zachcianki, a mógłby inaczej… gdyby chciał i miał odwagę… i nie bał się tego co Prezes ma w szufladzie na niego… tylko, czy on jeszcze potrafi mieć własne zdanie, czy kiedykolwiek potrafił… przecież Prezes nie popełnił by błędu doboru niewłaściwego człowieka, na tak zacne stanowisko, a żona? Cóż żona… przecież Prezes o kobietach nie wie nic, a to co wie, to… tak… cóż, co najwyżej ze słyszenia, a ludzie różne rzeczy gadają…

dawno, dawno temu…

12

Było sobie gdzieś letnie lato, kiedy to świeciło słońce, było ciepło za dnia i nocą, a deszcz padał co najwyżej raz na kilka dni, albo i raz na kilka tygodni. Słoneczko sobie świeciło, ludzie chodzili opaleni, zadowoleni i pełni witaminy D. Ogólnie uśmiechnięci i mili. Gdzieś kiedyś tak było. Nie pytajcie kiedy i nie pytajcie gdzie. Nie wiem tego. Tak tylko słyszałam, że tak było. Słyszałam też, że w krainie tej, owoce wszelkie mają przyjazne ceny i smak pełen słońca, ale to wszystko to ledwie powiastki ludzkie, i tak na prawdę nie wiem, czy coś z tego prawdą jest, czy to samo ludzkie bajanie, by zająć dziadki i siebie w pochmurne, burzowe popołudnia i wieczór, i nie, że to mamy jakieś jesienne długie i słotne wieczory, rak dobre na bajanie bajek. To wszystko długimi, chmurnymi lipcowymi popołudniami, kiedy człowiek już przez okno niewiele widzi, bo zasnuwa je deszcz lub brud i tak na zmianę.

Tak, zdecydowanie, jeśli idzie o konkurs na najbrudniejsze okna we wsi, to te w Wersalu nie mają sobie równych. Zwłaszcza kuchenne. Jest z nim niejaki jednak problem, gdyż, kiedy już jestem w Wersalu to pada, a kiedy nie pada i okno mogłabym umyć, to mnie zwyczajnie tam nie ma. pogoda miesza mi szyki nie tylko jeśli idzie o mycie okien, ale też przestawia wszelkie plany wędrówkowe, dlatego chaszcze podziwiam przez szyby samochodu. Podziwiam jak przechodzą od młodej, soczystej i intensywnej zieleni, przez ferwor kwiatów, do powoli, coraz bardziej, wysychających, żółciejących łanów, tu i tam co najwyżej skoszonych lub przyciągających niebieskością bodziszka łąkowego, który rozpanoszył się niemiłosiernie w okolicy, a za którym, to ja nieszczególnie przepadam akurat. Zadziwiające jest to, że lipiec jest, a krwawnik i wrotycz zaczynają kwitnąć na całego, a przyznać muszę, że bywało iż minionymi laty, blisko połowy sierpnia, był jeszcze problem spory z wrotyczem, bo dopiero zaczynał kwitnienie, a teraz? W tym roku zdaje się już przekwitnie do tego czasu.

Tak więc przez pogodę, ale i przez lenistwo co chwilę coś mi umyka, a ja się łapię, że młodsza się nie staję, tym bardziej, że B. przysłał mi zdjęcia, które zrobił jakieś 12 lat temu… zeskanowane rzecz jasna. Tak, byłam wówczas piękna i młoda, i szczupła, i krótkie włosy miałam, i Młody był taki jeszcze niewyrośnięty i dziecinnie okrągły i gładki. No i tak do mnie co chwilę dociera, że ten czas zapieprza, nie pyta mnie o zdanie, a do tego, nic już, z tego co było, nie będzie, a ja zamiast wziąć się za siebie i cieszyć się i korzystać z tego co przede mną, stoję z rozdziawiana buzią, i pytam siebie i wszechświat – jak to tak? To już? Tule czasu? Tyle lat… Mam też ochotę krzyknąć „zwolnij do cholery, zwolnij!” tyle, że wiem, że to niewiele da… więc niemo krzyczę tylko w sobie, i staram się panować nad tym szaleństwem poczucia przemijającego czasu i uciekających bezpowrotnie chwil…

przygód kilka…

20

Jestem mistrzynią w swoim domu! Normalnie mistrzyni, że HOHOHO. Przez blisko godzinę mocowałam się z jedną, małą, plastikową i byle jaką roletką okienną. Zmora zabiłaby mnie śmiechem gdyby to widziała, więc lepiej że tego nie widziała, bo przeżyłam. Normalnie gdyby nie to, że dwie pozostałe muszę zmniejszyć nieco, a nie posiadam piłki do metalu, to pewnie bym następną montowała. Zapewne już z nieco mniej obłędnym czasem montażu, acz nadal zapewne dla wielu zabawnym. Zdecydowanie, posiadanie trzeciej ręki uprościłoby cały proceder. No i jeszcze gdyby ktoś na tych rysunkach zaznaczył w którym miejscu i jak przeciągnąć żyłkę boczną, to już byłabym bardzo szczęśliwa. Oj bardzo.

Ktoś mógłby złośliwie stwierdzić, że do takich rzeczy to by się przydała męska ręka, ale jak widać dałam sobie radę sama, a męska ręka, nie obyta z roletkami, niekoniecznie poradziłaby sobie w krótszym czasie. Męskie ręce zdecydowanie mają szereg innych zastosowań.

Ogólnie to przydałaby mi się jakakolwiek druga para rąk, gdyż potrzebuję sobie omotać balkon kawałkiem patyków, żeby nabrał wyrazu i żeby ciekawi spacerowicze piescy mieli mniejsze pole do zaglądania w moje drzwi balkonowe. Ja wiem, że one są ładne i wiem, że moja firanka też jest ładna, przynajmniej mnie się podoba, jednak, zaglądacze mnie drażnią. Tak więc, na tę chwilę, nadal zastanawiam się skąd wziąć drugą parę rąk. Owszem, na upartego to też sama zrobię, jednak, ten niedobór trzeciej ręki, jest na prawdę doskwierający przy sporej części prac domowych.

No i jeszcze to moje nieszczęsne radio, też mam problem z jego ustawieniem, a właściwie z jego zasięgiem, chyba muszę zainwestować w kawałek drutu i dokoprować go do tego kikutka, który udaje antenę. Pamiętam, dawno temu. Bardzo dawno temu. Miałam czerwony radiomagnetofon, na kasety nawet. Pech chciał, że jego teleskopowa antena kiepsko sprawdzała się w moim pokoju, ale kiedy się do niej chochelkę drucikiem przymotało to odbierało z jakością „dolby seraund”. Problem w tym, że obecnie dysponuję tylko plastikową chochelką, która raczej kiepsko sprawdziłaby się w roli anteny, a do tego zupełnie nie dysponuję drutem i anteną teleskopową. Jak nic zdaje się, że będę musiała iść na jakieś zakupy… i jeszcze pamiętać o taśmie dwustronnej, żeby wesprzeć żyłkę naciągającą roletki dobrze by było żebym pamiętała.

No i to wszystko na mojej głowie, i jeszcze sporo innych drobiazgów, i ja się dziwię, że się nie ogarniam, i że nie zawsze, nie wszystko pamiętam.

na swoich śmieciach

10

Po blisko dwóch tygodniach udało mi się dotrzeć do Wersalu. O matko, córko i sąsiadko jeszcze. Moja „dżungla” się ewidentnie na mnie obraziła, w związku z czym, całe popołudnie zajęło mi jej reanimowanie, doglądanie, obskubywanie z suchych liści i podlewanie, a jeden badyl to się nawet doczekał przeprowadzki do nowej doniczki. Drugi musi poczekać z przeprowadzką do jutra, gdyż ziemi mi brakło, a jak potupam po ziemię, to muszę przyjrzeć się jeszcze doniczkom, bo okazuje się, że jeszcze ze dwa badylki potrzebują większej piaskownicy od tej obecnie posiadanej.

W tak zwanym „międzyczasie” okazało się, że kolejne fiołki mi zakwitły, ale najlepsze jest w tym, to, że nie przypominam sobie abym kupowała taki kolor. Być może kupiłam coś do reanimacji, bez świadomości kolorystycznej, ale tego sobie też nie przypominam.

To, że sobie czegoś nie przypominam, to jeszcze nie znaczy, że tego akurat nie zrobiłam, gdyż ostatnio miewam niejakie problemy z pamiętaniem różnych rzeczy, ale liczę na to, że mi minie, gdyż myślę, że to po prostu spóźniona reakcja obronna organizmu na minione dwa lata z lekkim okładem. Z resztą potwierdził to jeden Medyk uczony, oraz dorzucił, że może jednak mniej stresu, mniej szarpaniny, więcej relaksu i do tego ta nieszczęsna dieta lekkostrawna. Z dietą niby najłatwiej sobie poradzić, ale w praktyce to już jednak przyzwyczajenie nie jest łatwo ogarnąć, a poza tym to, jak tu zrezygnować z takiego kotlecika schabowego, którego całe życie od pacholęcia jeszcze, darzyło się miłością wielką i niecierpliwą. Z tym relaksem to też by się zdawać mogło pestka. Tylko pogoda nie chce współgrać. Normalnie jak mam wolne to pada deszcz przez pół dnia, a jak nie mogę się przemieszczać, to nie pada i już. Łąki też wzięły i się zamieniły w bele siana, bo teraz już mało kto i mało gdzie kopi siano. Teraz się trawę beluje niestety. Więc sobie nie poleżę na łące, patrząc na obłoczki i relaksując się w otoczeniu szumu pracujących owadów. Tak więc zamiast relaksu, to stres jest. No i jak tu słuchać Medyka?

Szczerze jednak przyznam, że gdybym teraz w domu posiedziała jeszcze tydzień lub dwa, to może udałoby mi się nieco zregenerować mojego człowieka, a tak? Tak pozostaje mi poszukać wewnętrznego zacięcia do poszukiwania sposobów na relaks. Sposobów zdecydowanie odmiennych od siedzenia przed monitorem, gdyż wiąże się to nieodmiennie z podjadaniem, a to mi akurat nie służy.


  • RSS