demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

Tak się zastanawiam, czy już foch miną czy trwa nadal. Foch mojego komputera, lub mojej przeglądarki, gdyż ewidentnie z innych sprzętów nie wywala mnie zaraz po zalogowaniu. Dodawanie notki z tabletu lub telefonu przekracza jednak moją cierpliwość, zwłaszcza obecnie, kiedy bujam się z zapaleniem ucha prawego, no dobra, niby się rozeszło, ale ucho mam podrażnione, a jednak gadanie przez telefon na ucho lewe, kiepsko mi wychodzi. Nie rozumiem co się do mnie gada i już. Nie wiem od czego to zależy, ale telefon, to przy uchu prawym żeby rozumieć co ktoś do mnie mówi, muszę trzymać. Przy lewym poziom rozumienia spada. Jest to istotne o tyle, że dziś od rana prawie nie rozstaję się ze słuchawką telefoniczną i niestety moje ucho znowu mi przypomina, że jeszcze w piąteczek i sobotę miało inne poglądy niż ja na świat.

Ponieważ bywa, że nie ma tego złego, co na dobre by jednak nie wyszło, to w minioną sobotę przekonałam się, że od niedawna, wszelkie moje pomoce medyczne niezbędne do wybijania fanaberii z uszu o tej porze roku są… na receptę. Jakżeby to mogło być inaczej. Idzie człowiek do apteki i odbija się ledwo żywy od kontuaru. Oczywiście w sobotnie przedpołudnie prywatne przychodnie nie prowadzą żadnych dyżurów… kiedyś, za państwowych czasów to Panie Drogi inaczej było, i przychodnie miały dyżury, i receptę mogły wypisać, a teraz. Teraz można niby na SOR, ale Panie Drogi to dopiero po 18 albo w nagłych przypadkach, a takie ledwie tlące ucho to żaden przypadek jest. Poboli i przestanie, albo i rozboli słusznie, i wówczas to już można próbować łapać szczęście na SORze, a jak się go ma dużo, to może gdzieś jakiś laryngolog trafi się na dyżurze. Z uszami i tak jest lepiej niż z oczyma u nas w grajdołku, bo jak chcesz na ostro do okulisty w nocy, to… do miasta wojewódzkiego, bo nasz szpital nie miał wynegocjowanego przydziału na ten rok. Tak więc nie ma lekko, trzeba być zdrowym żeby mieć siłę chorować. A lepiej nie będzie, oj nie będzie, bo od stycznia kolejne cukiereczki na receptę będą chodziły. Już nie kupisz tableteczki na katarek, czy saszetki na przeziębionko tak sobie, już będziesz musiał odstać swoje w kolejce po receptę… już się będziesz musiał tłumaczyć, czemu to się miałeś czelność przeziębić, a i pewnie jeszcze o zwolnieniu lekarskim zaczniesz myśleć, żeby tak po pustemu i samą receptę medyka nie trwożyć. To wiedz, że gdy tak będzie, to ja wielka będę i z góry na Ciebie maluczkiego, coś nie wiedział, że polopirynka na receptę teraz chodzi, patrzyć będę.

Nie wiem tylko czy śmiać się czy płakać, bo na pewno nie jest to dobra metoda na zmniejszenie ilości kupowanych i spożywanych paraleków i medykamentów przeciw przeziębieniowych. Na pewno wpłynie to na wydłużenie kolejek w poczekalniach do lekarzy rodzinnych. Na pewno też wpłynie na ilość wypisywanych zwolnień lekarskich, a więc i na ilość wypłacanych przez ZUS z kasy państwa piniążków, gdyż, jak przyjdzie człowiekowi potrzeba recepty, to co – w urlopie ma stać po tę receptę w kolejce? Czy może odświeżymy stare nawyki kolejkowe? Jakieś dyżury w kolejce do lekarza, odsprzedawanie miejsc kolejkowych i inne takie – jak nic, bezrobotni i emeryci mogli będą sobie dorobić znowu, a kto wie, jak się tam rozwijać będzie kolejkowe życie towarzyskie, kiedy już nie tylko swoimi chorobami można będzie się licytować i przechwalać, a jeszcze i tych, co to sobie miejsca będą bukować.

Zdecydowanie jednak muszę zakupić sobie większą partię czosnku. Może do wiosny jakoś się przeplątam, a później się zobaczy, w końcu zioła w mojej okolicy rosną w całkiem przyjemnych miejscach i zupełnie przyzwoitych ilościach, a jak jeszcze otworzą na naszej miejskiej 26+ w odpowiedniej dziedzinie, to jak nic, na znachorkę XXI wieku czas będzie mi się przemianować, bo co jak co, ale stania, i biegania też, po medykach mam ostatnio powyżej uszu, a tym bardziej, że każdy z nich mówi coś zupełnie innego, więc ich nie słucham. Swoje wiem i już. Tyle, że to nie koniec jeszcze, bo reumatolog mnie czeka końcem kwietnia, no chyba, że przyszłotygodniowe sprawdzanie innych możliwości coś da i przestanie być konieczny… a tu jeszcze prawie przeoczyłam własne badania okresowe pracowe… i jak po wszystkich krzyczę, że już mają wszystko rzucać i iść, tak i teraz, i na siebie chyba nakrzyczeć muszę i się do pionu postawić… a tak to… szewc bez butów chodzi… i o urlopie nie pamięta, i o badaniach okresowych zapomina, i ogólnie to bryndza z tą pogodą jest, bo mrozi, albo bajoro robi i się zdecydować nie może, po 2 dni w jedną lub druga stronę… to i przeziębienia się trafiają. Byle od stycznia przeszły do historii… to damy radę, a później to już byle do wiosny.

zanim zapomnę ten adres

8

Mózg mi zaparował. Po prostu się zwiesił i wisi, i wisi, i wisi. No nie wiem jak go odwiesić.

Coś się popsuł i jakoś ma problem z zapisywaniem nowych danych na dysku, ale to byłby całkiem niewielki problem, gdyby nie to, że przy okazji ma również poważny problem z odtwarzaniem danych już wcześniej na dysku zapisanych.

Przez ponad 3 dni usiłowałam sobie przypomnieć nazwę zespołu, którym Młody katuje mnie notorycznie, od lat wielu, a raczej katował, gdyż miał ustawione jako dzwonki w telefonie kolejne szlagiery kapeli… jednak tamten telefon zgubił. Na moje szczęście w nieszczęściu zgubił go razem z kartą pamięci, na której miał poupychaną swoją ulubioną muzę. Jako sponsor nowej karty telefonicznej sprzeciwiłam się sponsoringowi również dla karty pamięci na piosnki owe niezbędnej… pamięć telefonu to na zdjęcia może być za mała… i na filmiki z radosnej twórczości dwudziestolatków… więc dzwonki pozostały niejako systemowe. Chwalebna cisza nastała. Jednak, wracając do kapeli, którą eksploatowano i w radio, i w domu, i której nazwy sobie tak przypomnieć nie mogłam. Raczej, nawet, wracając nie tyle do kapeli, co do samego procesu przypominania sobie czegokolwiek. Kiepsko jest. Kiepsko z przypominaniem, kiepsko z pamiętaniem i z zapamiętywaniem również. Jest to dosyć upierdliwe, gdy nie ma się nabytego nawyku zapisywania spraw ważnych, ważniejszych i wszelkich do pamiętania niezbędnych. Nawyku zaś się nie ma, bo się do tej pory, przez te lata, zawsze wszystko ogarniało w pamięci i potrzeba zapisywania po prostu nie istniała. Teraz zaczyna istnieć, a mnie zaczyna to istnienie przerażać, gdyż już widzę siebie przysypaną przez stos żółtych karteczek sklerotyk… a na każdej zapisana jakaś bardzo ważna pierdoła do zapamiętania. Liczę jednak, że to po prostu zmęczenie i brak odpoczynku oraz brak urlopu mi doskwiera. Gdyż poza problemami z pamięcią, to ogólnie czuję się, jak zajechana szkapa po westernie wlekąca nogę za nogą z dnia na dzień i nie widząca już wiele na boki z tego zmęczenia. Zwalać na porę roku nie ma co, to ogólnie zawsze był mój czas, ba to był MÓJ czas. No, był. I co z tego? Starość nie radość, młodość nie wieczność. Wyniki mam dobre, bo człowiek przebadany, ale urlopu nadal nie widać na horyzoncie. Taki urlop to byłoby coś.

Co do urlopu, to A. podrzuciła mi te Rumunię na 10 dni w lipcu… chętnie bym się wybrała gdyby mi ktoś zagwarantował pokój jednoosobowy bez dodatkowej dopłaty! Nie, ja nie mam nic do A. Nie w tym rzecz. Rzecz w tym, że znowu mam za dużo ludzi w ludziach i zaczynam być tym faktem zmęczona. Ja to jednak jestem samotnik z urodzenia. Tak się zastanawiam czasem, jak to się mogło podziać, że P. „podszedł” tak blisko, na tak długo? Widać czasem i to bywa możliwe…

coś się pomieszało

10

Ostatnio coś się dzieje z serwisem, albo z moim komputerem… trudno określić, ale problem jest. Problem ma postać wywalania sesji logowania. Jestem zalogowana, a za 10 sekund już nie jestem i wrzeszczy do mnie okienko – sesja wygasła, zaloguj się ponownie. Napisanie notki w tym trybie graniczy z cudem, a właściwie to jest praktycznie niemożliwe, gdyż zwyczajnie, moja cierpliwość tak daleko nie sięga. Kończy się kilka kilometrów bliżej. Skoro jednak już sobie poutyskiwałam na dostawcę usługi internetowej blogowej mojej, to teraz poutyskuję na szersze grono. Czas na użytkowników, i to nie użytkowników serwisu naszego wspaniałego, nie, nie. Tym razem będzie o użytkownikach w realnym świecie, wymiernym i prawdziwym.

Mała dygresja. Już nawet nie będę utyskiwać na drogowców, gdyż, to tradycja jest, że zimę zazwyczaj przesypiają. Zwłaszca, że przez minionych lat kilka to zima nas tu, na końcu świata rozpieszczała, więc, tak naprawdę, nikt nie wie, jak to się stało, że w tym roku najwidoczniej postanowiła zmienić przyzwyczajenia, i nas jednak odwiedzić… zaskakując tą swoją krnąbrnością najbardziej na świecie właśnie drogowców.

Wracając do sedna i do utyskiwań na użytkowników, jak można się domyślić, mam na myśli (myśli i klawiaturze), tych użytkowników co to na drogach krajowych, wojewódzkich i powiatowych snują się w swoich maszynach. Przyznać muszę, że wyrażenie „snują się” jest jak najbardziej na miejscu, bo ciężko określić jazdę na pierwszym biegu, prawie na sprzęgle, a maksymalnie efektywnie wrzucanie biegu drugiego, jako tego najwyższego dopuszczalnego, innym mianem niż właśnie snucie się. Ja rozumiem, że ślisko jak cholera, że gołoledź, że… ale nie rozumiem fantazji wyjeżdżania z garażu samochodem na łysych i to letnich oponach. Tego nie rozumiem. Zwyczajnie. To nie fantazja, ale to głupota i nieodpowiedzialność. Nawet nie ułańska fantazja, gdyż zdaje się, że takim fantastom umknęło wczoraj to, że nie tylko swojego rumaka żelaznego mogą utracić, a co najmniej zniszczyć, ale stanowią zagrożenie dla pozostałych użytkowników dróg.

Na gołoledzi nie jest problemem aby w dobrych oponach ślizga się jak na lodowisku, również wysoka sprawność bycia kierowcą i duże umiejętności w tym zakresie mogą okazać się niczym w zderzeniu, i to często dosłownym, z brakiem wyobraźni letnich kierowców, bez opon zimowych. Tak, ja wiem, że SA opinie, iż opony zimowe to pic na wodę i że nic nie dają tak naprawdę, więc powodów do zmiany opon nie widać z goła żadnych, i że przecież kiedyś się nie zmieniało. Wiem. Tylko zważywszy na to, że jednak mam kilka kilometrów w życiu przejechanych, z czego naprawdę sporo zimą, a wszystkie właściwie w terenie podgórskim gdzie z odśnieżaniem bywa różnie i tacy drogowcy mają fantazję, że gołoledź zwalczają wodą (solanką) zamiast piaskiem… napiszę więc, że jest różnica. Zasadnicza różnica w oponach zimowych i letnich, oraz w łysych rzecz jasna też. Sobie kupujemy zimowe buciki, więc warto je kupić i dla autka. Droga hamowania może okazać się znacznie krótsza, a załamanie w gołoledzi, jakiś przetarty fragment asfaltu, może też okazać się przyjemną zaczepką dla kół, które go złapią. Złapią zimową oponą, z bieżnikiem. Żadną tam łysą, czy nie daj „bosze” letnią – takie tego nie złapią. No  jedno jeszcze, dla pamięci. Na tej drodze, w którą się wybieramy, nie będziemy jedynymi użytkownikami – warto o tym pamiętać. Bądźmy więc bezpieczni dla siebie i dla innych, dla swoich bliskich oraz dla bliskich innych użytkowników dróg. Fantazję zostawmy w domu, przed kominkiem lub przy kaloryferze. Wszystkim będzie nam lepiej i mniej czasu będziemy tracić na staniu w korkach. No i jeszcze jedno – noga z gazu, i delikatnie ze sprzęgłem ruszamy, z uczuciem sprzęgło traktujemy to i na lodzie da się ruszyć… tyle, że nic na siłę i nic szybko… to nie ta pora roku.

o czym tu napisać

4

Tak siedzę i myślę o czym by tu skrobnąć, skoro już zakosiłam laptośka Młodemu, no i po prostu nie ma o czym. Zwyczajnie. Nic się nie dzieje. Nawet w drugą stronę, bo trafiają się raczej dobre wiadomości, choć tych złych też nie brak. Tam niepotrzebna jeszcze śmierć, tu nowe życie i kawałek zdrowia. Jedno z drugim się nie bilansuje, ale dobrze jest, że po tych wieściach złych świta odrobina nadziei w wieściach dobrych.

W pracy, jak to w pracy o tej porze roku. Człowiek tęskni do czerwca i lipca, a teraz działa jak automat. Dotarłam do etapu, w którym muszę sobie zapisywać na kartkach różne rzeczy do sprawdzenia, czy zrobienia, żeby czegoś nie przeoczyć, a i tak przeoczyłam jedną rzecz. Mało tego, właściwie to nawet nie swoją własną rzecz przeoczyłam, a kolejny „spadkowy” obowiązek. Chyba mam ich zbyt wiele. No i jeszcze muszę wygospodarować czas na tzw. medycynę pracy, czyli pic na wodę, fotomontaż. Cały dzień stracony na siedzeniu na poczekalniach, po to aby ktoś przybił pieczątkę na odpowiednim papierku i nic więcej. Ile przytyłam wiem sama, widzę i czuję, nie muszę w tym celu zbliżać się do wagi. Sama wiem, że trzeba z tym coś zrobić. Powoli pracuję nad planem działania.

Poza tym. To jest robótka. A nawet ROBÓTKA drodzy Państwo.

brak czasu mam

7

Ogólnie to jest właśnie ta część roku, w której mam permanentny niedoczas. Jest nieco lepiej niż w roku ubiegłym, jednak, do posiadania czasu musi minąć kilka miesięcy. Niestety wiąże się to też z tym, że z tabletu nie mam siły wpisywać komentarzy tylu ile bym chciała, co nie znaczy, że nie zaglądam, bo zaglądam i czytam, tylko cienko z komentowaniem. Tym bardziej, że w robocie się staram ogarnąć na zapas, gdyż zdarzyć się może, że na kilka dni będę się musiała z niej urwać. Właściwie to na to liczę, gdyż wiele rzeczy by to skróciło i załatwiło, ale na tę chwilę czekam jak się sprawy potoczą i zasuwam, jak mały samochodzik. Tak więc ogólnie żyję, mam się  niezgorzej, tyle, że z papierów słabo mnie widać.

Przede wszystkim chciałam jednak podziękować dziewczynom za głosy na moje wypociny. Tym, które przeczytały, a nie tylko głosowały, tym większe DZIĘKUJĘ za dodatkowe poświęcenie. Spokojnie, więcej prób pisarskich chyba jednak nie przewiduję, a jeśli nawet… to tylko dyskowo – szufladowo.

P.S. Wpis ten dodaje od wieczoru dnia wczorajszego. Onet coś mnie nie lubi i cały czas mnie wylogowuje… :(

dzieci się rodzą :)

4

Od wczoraj na tym ponurym listopadowym świecie mamy nowa panieneczkę. Trochę jej się nie śpieszyło, pewnie liczyła na to, że może jeszcze coś się w pogodzie poprawi, albo coś. Nie doczekała się na poprawę pogody, więc pojawiła się przyprawiając o radość mamę, tatę i starszą siostrę. Tata chyba liczył na syna, ale ma drugą córunie, więc całkiem możliwe, że jeszcze będzie raz przekonywał J. do współpracy… Zdrowia i pociechy rodzicom  i ich obu córkom, i dużej ii maleńkiej.


  • RSS