demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

niedziela pod palmą

6

I to dosłownie – pod palmą, chociaż niestety nie na pięknym, drobnym i białym piaseczku, i zupełnie bez drinka, ale na szczęście też i bez parasolki. Niedziela minęła mi nieco wyjazdowo i już wiem, że kiepsko znoszę tzw. wyjazdy zorganizowane. Konieczność dostosowania tempa do większej ilości osób bywa mocno męcząca, tak samo jak konieczność chodzenia wydeptaną ścieżką, a jeszcze bardziej męczący jest brak możliwości dysponowania własnym czasem i elastycznej reorganizacji zaplanowanego grafiku. Nie będę stwierdzać, że nigdy, ale to nigdy więcej – bądźmy realistami, jednak nie szybko.

Co ma do tematu palma? No jak to co – była to przecież niedziela palmowa. Dlaczego pod palmą, a nie z palmą – ano dlatego:

O co chodzi z tymi palmami? Corocznie, od 59 lat w Lipnicy Murowanej (woj. małopolskie) odbywa się konkurs na najwyższą palmę. Oczywiście palma, poza wysokością, musi spełniać kilka innych warunków, jednak tym najbardziej rzucającym się w oczy kryterium jest właśnie wysokość. Tegoroczna zwyciężczyni miała ponad 28 metrów). W bieżącym roku był dziki tłum, więc fotografowanie było mocno utrudnione. Jednak Lipnica Murowana to nie tylko palmy w niedzielę palmową, ale również 3 zabytkowe kościoły. Najbardziej zachowany bez zmian i dodatków kościół pod wezwaniem św. Leonarda to kościół drewniany z dobrze zachowaną polichromią, oraz zakazem fotografowania z lampą (oczywiście trafili się tacy dla których wyłączenie flesza to obraza), a Perełka sobie z tym różnie radzi. Najlepiej poradziła sobie ze sceną będącą na ścianie osłoniętej przez ołtarz, która ma największe wysycenie barwy. Ciekawy jest również słup podtrzymujący ołtarz. Niestety nadmiar ludzi oraz brak mojej cierpliwości i problemy z baterią Perełki (która focha zaczęła strzelać, a jeszcze na drugą cześć wycieczki inne atrakcje były przewidziane), sprawiły iż odpuściłam sobie fotografowanie kościoła św. Szymona oraz kościoła św. Andrzeja Apostoła. o wszystkim jednak można poczytać w zakładce „zabytki” na stronie gminy Lipnica Murowana: o tutaj 

No i na koniec, dla miłośników mruczajów i miałczałów, jeden taki co to siedząc w słońcu przyglądał się dzikim tłumom przewijających się przez okolice jego domu, na co dzień zapewne cichą i spokojną uliczkę.

Marian & Marianna

8

Od jakiegoś czasu piszę i wspominam o moich roślinkach, pierwszych współmieszkańcach Wersalu. Zaistniało jednak domniemanie, że Marian odszedł w niebyt i że z Marianną nie jest lepiej niż z Marianem. Obiecałam zdjęcia jako dementowanie tych pomówień co do losów Mariana i Marianny. Oboje przetrzymali, ze stresem, ale jednak, wszelkie działania nadające charakter użytkowy Wersalowi. Dziś, po trzech latach ze mną, prezentują się następująco:

Marian we własnej osobie :) Obecnie ciągle jeszcze na emigracji, na kuchennym oknie (z okna odstawione na potrzeby zdjęcia, gdyż szyba odbijała światło i nic widać nie było).

Marianna, która cała połamana była gdy ją ratowałam z opresji w postaci niestabilnego kwietnika u Matki Rodzicielki, z którego to Marianna kilka razy uczyła się latać. Jak widać doszła do siebie. Matka Rodzicielka nie mogła wyjść ze zdziwienia na widok Marianny gdyż była przekonana, że reanimacja była z już z samego założenia skazana na porażkę, a tu masz Marianna kwitnie na całego.

Czyż Marianna nie jest śliczną?

No i jeszcze Józek. Młodszy brat Mariana, odratowany za sklepu, gdzie był za 5 PLNów wystawiony. Widać też już nikt w niego nie wierzył. Na stanie są jeszcze dwie siostrzyczki Józka, obie białe, ale akurat obecnie jedna się dopiera zabiera za kwitnięcie, a druga, za wypuszczanie gałązek kwiatowych, więc ewentualnie za czas jakiś będą do oglądania.

P.S. Zdjęcia dnia sponsorował telefon Heniek, co wpłynęło na nieco niższą jakość. Do tego, bynajmniej nie są to jedyne roślinki zamieszkujące Wersal, acz pozostałe cechują się głównie posiadaniem liści. Fiołki alpejskie, dopiero zbierają się w sobie po przesadzeniu, więc też do kwitnięcia im chwilę zejdzie, acz jeden powoli się za kwiatki zabiera również.

dochodze do siebie

8

Takiego bólu łydek, to dawno nie pamiętam. Obstawiałam na pośladki, ale jednak to łydki dały mi najbardziej popalić. W sam raz mi przejdzie przed nadchodzącym weekendem, kiedy znowu się zapewne sponiewieram i znowu do środy będę pamiętać, że mam na czym chodzić… niepowtarzalny urok wiosny i pozimowego zasiedzenia.

Tymczasem ginę w papierzydłach, do których nie mam najmniejszego zacięcia, ale robota sama się nie zrobi. Szara codzienność. Tak się zastanawiam nad wieczornymi kijkami, ale może okazać się, że będą to kijki, bez kijków, gdyż nie umiem sobie przypomnieć gdzie upchnęłam te ubiegłorocznie zakupione. Oczywiście gdzieś pod ręką, ale tak aby nie przeszkadzały, tylko gdzie to jest, tego już nie pamiętam, a kokorycz kwitnie aż miło, więc może trochę by jej uszczknąć na kropelki do poratowania pamięci…

Wieś której nie ma

8

Wiosna nadeszła, czas rozpocząć sezon włóczenia się po chaszczach. Wyprawa na koniec końców świata w planach była od jakiegoś czasu, sęk w tym, że a to pogoda, a to inne przypadki krytyczne plany nam krzyżowały. Zgodnie z zasadą co ma wisieć – nie utonie, wycieczka nasza doszła w końcu do skutku. Wieś na końcu końców świata, której nie ma to Krywe. Kilka słów można poczytać w Wikipedii, więc daruję sobie pisanie, a podzielę się obrazkami.

Poranek w Bieszczadach i nowa wieża widokowa – przełęcz Szczerbanówka.

Jadąc jednak na koniec świata i to o tej porze roku, nie zbaczając zbyt wiele z trasy, odwiedziłyśmy Rezerwat śnieżyc w Dwerniczku (Dwerniku). Przy takich okazjach, powoli, zaczynam żałować, że nie posiadam zestawu do zdjęć makro dla mojej Perełki. Raczej myśleć o nim też już nie będę, bo szybciej jednak perełka następcy się doczeka niż zestawu do makro. Do sedna jednak. Śnieżyca wiosenna we własnej roślince.

Czas wrócić na wytyczony na ten dzień szlak… a po drodze… tak, zgadza się, nadal są miejsca, gdzie w Bieszczadach jeszcze śnieg sobie zalega i ma się prawie w najlepsze.

Krywe to w sam raz wędrówka na początek sezonu. Bez ostrych podejść, niezbyt daleka, w sporej mierze po drodze która dawno, dawno temu, zbudowana chyba przez żołnierzy w latach sześćdziesiątych, i wówczas po raz pierwszy i ostatni widząca asfalt, nie jest technicznie wymagająca, ale potrafi naprawdę dobrze wytknąć pozimowy brak kondycji. Jednak sama wieś, która przeczekawszy wojnę, Rosjan i Niemców, zakończyła swój byt 1947 za sprawą akcji Wisła.

Dwie stare grusze, prawdopodobnie wspomnienie po kolejnej wsi, której nie ma – po Hulskiem. Hulskie ma ruiny po młynie nad Sanem, jednak nie zdecydowałyśmy się na szukanie ruin z powodu braku oznakowań w terenie oraz wieści z Internetów, że w okolicy zamieszkuje mało komunikatywny jegomość, co to turystów lubi przegonić z użyciem ostrych narzędzi gospodarskich. W sumie się mu nie dziwię. Jeśli decydujesz się na mieszkanie na końcu świata, z dala od ludzi, gdzie najbliższy sąsiad mieszka kilka kilometrów od Ciebie, to chyba jednak nie po to, aby nagle tłumy deptały ci po działce pod oknami. Poszłyśmy więc dalej, do celu naszej wędrówki.

No proszę, obserwują nas nawet drzewa :)

… oraz ciekawostka przyrodnicza … Wawrzynek wilcze łyko spotkany w przydrożnych zaroślach.

Kiedy kilka godzin później, dotarłyśmy do naszego środka transportu, ogólnie czułyśmy, że zima była długa i obfita w brak kondycji, przynajmniej u mnie. Jednak za porozumieniem stron, postanowiłyśmy jeszcze jedną atrakcję lokalną odwiedzić. Też ledwie rzut kamieniem, albo beretem, od naszej trasy. Ogólnie niby atrakcja, ale specjalnie to nie byłoby po co przyjeżdżać, a tak przy okazji, to można… zwłaszcza, że z tych młyńskich ruin jednak zrezygnowałyśmy.  Tym razem to potok Hylaty i wodospad, który jest jego częścią.

… gdzie jest kamienny „dinozaur”?

… i na koniec drogi do domu… zaklęty Książę… było nas trzy, a żadna jakoś się nie pokwapiła do całowania. Widać dobrze nam jest, tak, jak jest.

Po drodze jeszcze tylko mały postój na dokarmianie i pierwsza w życiu pizza z zielonym, surowym ogórkiem oraz pomidorem posiekanym jak od siekiery. Ciasto było dobre, ale ten pomidor siekierowany i ten surowy, zielony ogórek (może faktycznie trzeba było jednak wybrać pobliską „Siekierezadę”)… gdyby było ostrzeżenie to zamówiłybyśmy bez tych dodatków najpewniej, gdyż wyboru nie było wielkiego, ani w odniesieniu do knajp, ani w odniesieniu do dań, acz ceny – zdecydowanie już z pełni sezonu. Tym samym sezon na szwendanie się uważam za otwarty.

wolna środa

6

Dzień wolny sobie wczoraj zrobiłam.Pogoda sprzyjająca była i  iście wiosenna, i przyjemna choć może sam wiatr mógłby być nieco mniejszy, ale nie czepiajmy si szczegółów. Przewietrzenie też się czasem przydaje. Przerzucić sterty pozimowego piachu z jednej strony ulicy na druga w końcu tez ktoś musi… skoro miasto się nie kwapi.

Dzień wolny to jednak nie jest dzień bezczynny, gdyż już dawno takiego Powera nie miałam jak wczoraj. Pomijając sterty prania, to jeszcze okna pomyłam, firanki poprałam i pościel też, nakrochmaliłam, wyprasowałam i do tego dorzuciłam wyganianie odkurzaczem pajęczyn z kątków i zakątków, oraz szorowanie całego pokoju. No to święta się powoli zbliżają jak nic. Jeszcze szorowanie łazienki i stryszku, i będzie git. Chociaż jeszcze zostaje kwestia drobna w postaci gawry Młodego, ale tam nie mam zamiaru się przedzierać przez okopy i inne zabezpieczenia i zaminowania terenu. Grunt, że w końcu, w miniony weekend, pozbył się choinki. Szczerze, to mam ochotę ją wywalić na śmietnik, co doskonale rozwiązałoby przyszłoroczny problem z rozbieraniem choinki… z ubraniem problemu nie ma, ale z rozbieraniem już niestety tak. No ale nic, Wielkanoc idzie, dzięki wszystkim okolicznościom tradycji, nie ma u nas obowiązku przystrajania jakiego specjalnego mieszkań, za co dzięki i chwała, gdyż nie jestem przekonana, czy dekoracje wielkanocne nie stały by do Haliowina, a może i do Bożego Narodzenia. Do tego wszystkiego dodam jeszcze, że w tak zwanym między czasie to jeszcze Tiktak trafił na złom i został urzędowo wymeldowany z naszej rodziny. Więc i spacer po mieście naszym wspaniałym zaliczyłam, a że godziny dobrałam odpowiednio, to i w urzędzie miasta się nie nasiedziałam i od ręki załatwiłam wymeldowanie jegomościa. Burżuj, na złom odjechał powozem… czyli na lawecie.

Mniejsza z większym. Po wykonaniu wczorajszych 200 procent normy, dziś czuję się lekko skapcaniała. Cała energia ze mnie uszła. Najchętniej zakopałabym się pod kocyk i poszła spać. Niestety nic z tych rzeczy. Koniec kwartału mamy i trzeba kilka „śmieci” kwartalnych posprzątać, a w tym jeden taki bonus z GUSu poza standardem i z „łapanki” systemowej.

Popijając dużą dawkę cytryny, na te moje obolałe mięśnie, łaskotania w nosie oraz z okazji opryszczki na pół brody, zaklinam pogodę oraz zdrowie swoje, gdyż na sobotę mały spacer mamy zaplanowany, który ze względów właśnie pogodowych byłą już kilkakrotnie przekładany i chciałybyśmy aby w końcu się odbył. Zwłaszcza, że już za rogiem czyha niedziela palmowa, która też jest już rozplanowana. Więc katar i inne dolegliwości są mi teraz mocno nie na rękę. Na wieczór w planach terapia czosnkowa, jako uzupełnienie witaminowej. Będzie dobrze, się byle czemu nie daję i postanawiam sobie, że wszelkie chorowanie trzyma się ode mnie z daleka, a jak wiadomo, umysł ma wielką siłę. Spoko, choroby sam może myślą nie powstrzyma, ale na pewno pozwoli mi wydedukować optymalną drogę postępowania na wojnie z bakcylami aby choroby uniknąć… no więc siła tkwi w naszych głowach, jak zawsze z resztą.

cukier to „zuo”

10

Co do podstępności i właściwości uzależniających w przypadku cukru nigdy nie miałam złudzeń, jednak jednakowoż nie przyszło mi do głowy, że rozstanie się z jego częścią będzie aż takie dokuczliwe. Zwyczajnie, miewam napady na słodkie, że nie jestem się w stanie powstrzymać. Nie są mi obce również napady głodu cukrowego. Ba żeby jakoś jeszcze w intymnych warunkach, a tu masz, w sklepie, pomiędzy półkami, na widok czekoladek, ciasteczek, batoników i innych smakołyków nagle dostaję palpitacji, nierównego oddechu, trzęsą mi się ręce, mam dreszcze i do tego jeszcze ślinotok, ogólne rozbicie i jednotorowość postrzegania w kierunku „weź ciasteczka, weź ciasteczka, weź ciasteczka!… albo czekoladę…” Jak nic – na głodzie ewidentnie jestem.

Nawet boję się pomyśleć co wyrabiałby mój człowiek gdybym całkowicie mu zabroniła cukru. Nie wiem co by to było. Moja wyobraźnia w tym zakresie jest zdecydowanie za mała i za ciasna, acz na co dzień to nie brakuje jej niczego.

Na okoliczność tych ważkich przemyśleń i wniosków, do wtóru ostrej wymiany poglądów (spokojnie, nie jest to awantura – ot jedno jest w kuchni, a drugie w pokoju przed TV i komentują coś co tam widać), pozamiatać podłogę w moich apartamentach, gdyż majster w końcu się zjawił i poprawił ten cholerny karnisz. Oczywiście nadal nie jest idealny, ale widocznie muszę do tego przywyknąć, albo… trzeba było kupić inny karnisz, z mniejszym technicznym wyzwaniem w mocowaniu, albo … takich albo jest wiele. Nie ma co się nad nimi tkliwić, dość że karnisz trafił na swoje miejsce, jeszcze poniedziałkowe szpachlerskie poprawki i… będę mogła okno wypucować i firankę powiesić. Teraz jeszcze materac i lodówka i jakoś to będzie. Do przodu.

Życie toczy swój garb uroczy, czy się nam to podoba, czy nie, ale zdecydowanie lepiej to wszystko wygląda, gdy szarość codzienności można sobie osłodzić, szkoda tylko, że osłoda z czasem coraz bardziej zadomawia się w boczkach i w coraz większych rozmiarach ubrań w szafie… widać nie można mieć wszystkiego – zwyczajne coś za coś…


  • RSS