demirja

czyli kolejny dzień gdzieś na końcu świata, zapisana chwila, jedna myśl…

* * *

3

Patrzę w kalendarz i nie bardzo wierzę w to co widzę. Krótkie słowo „wrzesień” wbija mnie w niemałą konsternację, zważywszy, że obok ściany z kalendarzem, na oparciu krzesła, wisi kurtka zimowa. Może na prawdziwą, mroźną zimę to ona się nie nadaje, jednak, gdy ją kupowałam, taki właśnie opis miała – kurtka zimowa. Tego więc się będę trzymała.

Kilka lat po tym świecie chodzę, i nie umiem sobie przypomnieć, żebym we wrześniu nosiła kurtkę zimową. Umiem za to przypomnieć sobie ferie zimowe, w miesiącu lutym, gdy to po ogrodzie biegałam w trampkach i w swetrze, ale zimowej kurtki we wrześniu nie pamiętam. Chciałabym mieć przekonanie, że to kwestia może lekkich niedomagań mojej pamięci, ale musiałoby być to niedomagania zbiorowe. Zwłaszcza, że na sobotnich zakupach, nie ja jedna, w zimowym odzieniu chodziłam. Poza kurtką, to i mój żołądek też przestawił się już na tryb zabezpieczenia zimowego i jestem nieustająco głodna. Gdybym jadła tyle ile oczekuje ode mnie mój żołądek, to niechybnie, jeśli jeszcze nie to to już w niedługim czasie na pewno, osiągnęłabym kształt idealny… tak zgadza się – kształt kuli. Co jest jednak osiągnięciem pewnej miary, samym w sobie nie byle jakim, zważywszy na mój wzrost.

Co do pamięci, to jednak nie jest z nią najlepiej. W miesiącu lipcu podpisywałam jedne papierzydła, a teraz nie mogę ich odnaleźć. Co więcej, pół dnia owego pamiętam, a drugie pół zdecydowanie już nie. Jeden papier, a schowany tak dobrze, że nigdzie go nie ma. Niewiele mi do przeszukania zostało. Chyba tak się składa, że go gdzieś przesiałam, zgubiłam, zostawiłam? Szczerze, to nie sądziłam, że będzie mi on jeszcze potrzebny, bo to z gatunku tych co to podpisać, i odłożyć ad akta.  A tu masz – potrzeba mi do niego wrócić. Znaczy się masz babo placek i sklerozę przy okazji.

Do tego pogoda nie nastraja mnie zupełnie w żaden pozytywny sposób, gdyż zwyczajnie na około pomór i nie wiadomo co jeszcze. Rotki i katary. Na tę chwilę mnie dopada ogólne bycie pociągającą. Niby lepsza opcja z pakietu, ale jednak, kto to wie co dalej będzie. Tak więc kicham sobie, prycham i czuję, jak mi zatoki zaczynają świrować. Zdaje się, że dziś będzie dużo czosneczku po przyjściu do domu… na obiad, podwieczorek i na kolację również. Dla urozmaicenia może nieco cytryny dodam oraz, chyba, jak dobrze poszukam, to mam jeszcze ubiegłorocznej nalewki malinowej odrobinę – więc może i o nią zahaczę.

o byle czym

6

Koniec miesiąca mam wyjątkowo dietetyczny. Tak to jednak bywa kiedy wydaje się właściwie więcej niż się zarabia. Nagle okazuje się, że dziury na koncie bankowym są jakieś okrutne, że grosiki przez te dziury wszystkie chyba wypłynęły i ciężko określić w jakim kierunku i gdzie ich jeszcze szukać, oraz czy sens jest jakikolwiek w tym by ich jeszcze szukać. Nie mniej jednak ta rozrzutność była mocno ukierunkowana, więc za chwilę zobaczę jak pięknie się zwraca ten upływ wirtualnej gotówki w postaci szafy do Wersalowego korytarza, na którą to się zasadzałam od wiosny jeszcze i zawsze mi coś nie po drodze było, więc teraz podjęłam twardą decyzję, poszłam i zakupiłam. Powinna przyjechać do mnie w przyszłym tygodniu. Za ciosem idąc, do szafy dołączy „biureczko” do sypialni, gdyż w odpadkach z Ikei jest za pół ceny w tym tygodniu, a to maksimum co jest warte, a tak się składa, że kolorem jak najbardziej do mojego wyposażenia sypialnianego. Też będzie w przyszłym tygodniu, gdyż to, że jest gazetka i promocja, to nie znaczy jeszcze ze sklep w miasteczku na krańcu świata, dysponuje stanem magazynowym w ilości choćby 1 sztuki. Trzeba poczekać, zaczekać i uzbroić się w cierpliwość, bo przyjedzie albo dzisiaj, albo za tydzień… za tydzień już będzie po tej promocji, ale skoro sobie Pani teraz zamówi to nawet jak przyjedzie za tydzień, to będzie i tak w cenie promocyjnej. Cóż. Skoro i tak chodziłam i oglądałam ów stolik od jakiegoś czasu, to doszłam do wniosku, że niech będzie, niech się stanie – zamówiłam. Kto bogatemu zabroni. Jeszcze inne wydatki się w miesiącu wrześniu pojawiły, więc i dziury rachunku bankowym maja całkiem określone kształty. Na całe szczęście kilka słoików z przetworami mam zgromadzonych więc spokojnie, do końca miesiąca dociągnę jakoś na słoikach.

No i jeszcze w Wersalu przygarnęłam nowy internet, gdyż od jakiegoś czasu eNTLe zaczęły mnie wkurzać i gubić zasięg. Tym bardziej, że z eNTeLi, za czas jakiś, mam zamiar zrezygnować, gdyż ale i bowiem transakcje wiązane są dobre tylko na pierwszy rzut i w pierwszym podejściu, później to już lekkie utrapienie. Bo jak zrezygnujesz to coś, a jak obniżysz abonament to inne coś. Jak weźmiesz „ślub” z promocja wiązaną” to trudniej się z tym rozstać obecnie niż wziąć rozwód w państwie polskim. Wizja jest więc taka, że wszelkie usługi docelowo są niezależne od siebie. Z doświadczenia wiem, że w pakiecie jest drożej. Każda usługa na solówkę więc przechodzić będzie stopniowo, a część ulegnie likwidacji.

No i jeszcze chciałam stwierdzić, że w mediach mówili, że wrzesień w tym roku będzie piękny. Doprawdy, może i tak będzie, tylko ja nie wiem gdzie. Zapomnieli podać adresu, a to szkoda. Wielka szkoda. Tym większa, że jakoś dzisiaj jest piątek, a skoro jest piątek, to jest przed nami weekend, a skoro weekend, to cóż, będę siedzieć w domu, na czterech literach, gdyż pada i jest zimno, i pogoda ma się utrzymać do końca tygodnia albo dłużej. Wiec gdzie jest ten nasz piękny wrzesień?  Gdzie?

No i jeszcze na koniec dodam, że wiosną rozpadły mnie się buty przejściowe w liczbie dwu par, a jedna para, choć się nie rozpadła, to jednak obgryza i… zwyczajnie, normalnie mam bąbla na pół pięty. Wywalę dziady, choć i nie brzydkie i mało chodzone (bo jak chodzić skoro się nie da i obżerają)… do śmietnika wstawię, może ktoś je przygarnie i będzie miał mniej z nimi dylematów. Bo mi tylko miejsce zajmują! Powoli zaczynam wdrażać jakąś uproszczoną wersję minimalizm,mu, gdyż jednak Wersal nie jest z gumy i … no cóż, zakładanie w nim sklepu z obuwiem, czy choćby magazynu obuwniczego, to jednak mało praktyczne działania, gdyż przecież, poza moimi butami, dobrze by było, gdybym i ja się tam zmieściła.

do uja wafla

12

Nie wiem co się dzieje z tym światem. Oszalał, czy jak do cholery. Popierdoliło się gdzieś w kosmosie coś? O co chodzi, bo ja tego nie rozumiem, nie pojmuję i nie ogarniam w żaden realny sposób.

Wczoraj dowiedziałam się o tym, że syn mojej znajomej, kiedyś dobrej koleżanki, później się nam drogi rozeszły, popełnił samobójstwo. Chłopak nieco ponad rok starszy od Młodego. Pamiętam go jako dzieciaka, a potem zniknął mi z oczu. Podobno był trudnym dzieckiem. Przy takich rodzicach trudno byłoby być dzieckiem łatwym, ale nie w tym rzecz.

Co musi się stać, co musi się wydarzyć w głowie takiego młodego człowieka, żeby postanowił wziąć i odebrać sobie życie. Żeby to zrobił. Na litość! Przecież życia chyba się sobie nie odbiera ot tak?! Ja nie wiem, nie znam się. Różne rzeczy w głowie mi się w życiu, w trudnych chwilach lęgły, ale w największej malignie, w największym dole, pod metrami mułu, nie przyszłoby mi do głowy, że jest to decyzja jednej chwili. Nie jest. Najpierw jest myśl. Narasta, pogłębia się w czasie, dobiera sposób, czas, miejsce. To co dzieje się nagle, to jest ta kropla goryczy, która przelewa czarę. Wpycha w działanie. Odziera z resztki lęku i daje złudną nadzieję spokoju. Wpycha w miejsce bez odwrotu. Jednak sama myśl była wcześniej, głęboko wcześniej.

Czym była ta kropla? Rozbitym samochodem? Tak mówią, ale przecież samochód można kupić nowy, albo stary wyklepać, odmalować! Qrwa, nie przez rozbity samochód!!! Przez brak poczucia bezpieczeństwa? Przez brak poczucia stabilizacji? Co poszło gdzieś po drodze nie tak? Co się po drodze życia poplątało? Dlaczego 22 letni chłopak odbiera sobie życie, ze zdawać by się mogło zupełnie błahego powodu? Ile czynników przez lata zbiegało się w jego żuciu obierając nie właściwą dla niego porę, czas i natężenie? Czy można było coś zrobić? Zapobiec? Nie wiem, i nigdy się nie dowiem. Mam też nadzieję, że nigdy nie poznam bólu jego rodziców. Nie umiem sobie go wyobrazić, nie chcę nawet próbować. Czy po takiej tragedii będą potrafili się podnieść, udźwignąć życie? Odeszło przecież ich jedyne dziecko…

przemijanie, rozsypanie

24

Ten sam film, niemal zapętlony w odtwarzaniu. Od lat odgrzebywany na dysku, z maniackim, prawie masochistycznym uporem. Te same, niczym wyblakłe obrazy. Jeszcze raz i jeszcze raz. Nie muszę go już w cale odtwarzać z dysku. Wystarczy, że zamknę oczy i widzę każdy kadr prawie z osobna. Może bez koloru, ale jednak. Słyszę, gdzieś tam w sobie, każdy dźwięk na nowo i jeszcze, i znów. Nie muszę go już oglądać, bo jest już tak we mnie wpisany, że przez lata stał się częścią mnie.  Patrzę w monitor i widzę dwa filmy. Ten oglądany i ten drugi, moje życie.  Właściwie to nie wiem nad czym płaczę. Nad filmem, tym że aktorzy w nim grający już odeszli, czy nad tymi utraconymi nadziejami i marzeniami jakie on kiedyś zaszczepił w głowie bardzo młodej dziewczyny.

Wszystko się spierdoliło i nie tak miało być, a przecież, nie mam nad czym się roztkliwiać, bo mam mało ale i tak więcej niż inni. Więc do cholery, dlaczego siedzę sama w czterech ściana i ryczę. Dlaczego ciągle żyję jakimś złudzeniem od ponad dwudziestu lat. Nadzieją, którą tylko między bajki powinno się włożyć, bo życie wygląda zupełnie inaczej.

Dawno temu spadłam z obłoków na ziemię, ale nadal i ciągle, i jeszcze zdarza mi się na nie patrzeć. Tym bardziej, im bardziej się potłukłam. Nie rozumiem tylko dlaczego teraz tak długo się nie goi. Dlaczego ciągle gdzieś w tle, majaczy melancholia, zapatrzenie w przestrzeń i w chmury, bo ciągle nie umiem dostrzec obłoków.  Czasem, cholernie trudno jest zapomnieć jak blisko było się swojego nieba, a jeszcze trudniej uwierzyć, że można do niego jednak powrócić. Idę więc poszukać swojej wiary w to w co czasem trudno uwierzyć.

Jest mnie mniej we mnie, jakiejś części brakuje. Ktoś ją zabrał. Liczę, że przynajmniej jemu jeszcze dobrze posłuży, nawet jeśli brać jej nie chciał i zabrał przypadkiem. Nie wiem tylko, czy nie oddał, bo nie wiedział co zabrał, czy może chciał zatrzymać dla siebie. Choć prawda, jak zwykle, pewnie jest po  środku – może się bał oddać, bo bał się, że przypadkiem, albo specjalnie zabiorę kawałek z niego całkiem dla siebie…

Jedną rzecz tylko mogę obiecać. Wyrzucę film do najdalszego katalogu na dysku. Ukryję głęboko przed sobą samą, aż przyjdzie dzień kiedy obejrzę go tylko z nostalgią i z pogodzonym uśmiechem.

Zdjęcia z minionej niedzieli. Zimnej, mokrej i wietrznej.

Ogólnie, to nie bardzo mam chęci do pisania, bo i dziać spektakularnie nic się nie dzieje. No i dobrze. Spokój jest w cenie. Magazynuje różne spokojne chwile na później, bo już nie długo znowu zacznę tęsknić za wolnym popołudniem i „nic nierobieniem”. Jesień to ma do siebie, że przynosi mi wiele zajęć, a do tego dzień staje się coraz krótszy, wieczór przychodzi szybko, więc czas na zajęcia różne się jakby kurczy.

Tymczasem, w ramach wieści z lasu, a dokładniej z Włości, okazało się, że pół domu nie ma prądu. Ktoś wziął i zakosił. Po pracach w budce trafo, nagle, z popołudnia, okazało się, że kiedy czas na włączenie świateł nastał, światła włączyć się nie chcą. Na całe szczęście, okazało się też, że prąd zwiał tylko ze światła, a ma się dobrze w gniazdkach. Chyba się tajniaczy, albo co? Pewnikiem chowa się przed kimś, ale nie chce ujawnić przed kim. Grunt, że są to gniazdka kuchenne, więc nie ma strat w mrożonkach. Gdyby było inaczej, mogłoby się okazać, że mam na weekendzie do zjedzenia bardzo dużo schabowych i nie wiadomo czego jeszcze.

Z innej beczki, to ostatnio popełniłam dwa serniki z rzędu. Nie powiem, zwłaszcza ten drugi, z kruszonką czekoladowo – piernikowa i śliwkami był uzależniający.

Składniki: 1 wiaderko sera, 4 jajka, 2/3 szklanki cukru, cukier waniliowy, 1 kopiata łyżka mąki pszennej, 1/2 kostki masła lub margaryny + kruszonka: 1 kostka margaryny, szklanka cukru, szklanka mąki, płatki owsiane błyskawiczne, 2 łyżki kakao, przyprawa do piernika + około 1 kg śliwek.

Kruszonkę wyrobić rękami, czyli tłuszcz rozetrzeć z mąka, cukrem i przyprawami, i podzielić na pół – jedno pół (trochę większe) na spód, drugie na górę. Spód kruszonkowy wysypać na blachę, przygnieść i ubić, podpiec (jakieś 10 – 15 minut w piekarniku). Na to ser z serowych składników utarty szybko (masło rozcieramy z cukrem , dodajemy jajka cale, trochę mieszamy, a do tego wrzucamy ser i mieszamy bardzo krotko – do połączenia składników) i na połączenie składników, niż na ucieranie wielkie. Ser wyłożyć na podpieczony blat, ułożyć na nim połówki śliwek skórką do sera, posypać górną kruszonką i piec jakieś 40 – 50 minut. Pozwolić nieco przestygnąć. Uwaga – uzależnia. Fotki nie będzie – nie zdążyłam zrobić, gdyż zajęta byłam obżeraniem się.Sernik mój był inspirowany http://www.mojewypieki.com/przepis/sernik-ze-sliwkami tym przepisem, jednak wyrabianie kruchego ciasta przerosło moje siły, starczyło ich jednak w sam raz na kruszonkę (jako bełtanie i miąchanie w jednej misce).

Więc, gdybym przypadkiem, zaczęła się jąkać coś na temat chudnięcia, to proszę o przypomnienie mi, że pieczenie serników, jak i ciast innych, procederowi odchudzania nie sprzyja. Dodatkowo też zaszalałam i mam 3,5 słoika pomidorów na zimę. Znaczy mam 3 obiady typu spaghetti oraz jedna zupa pomidorowa. Dzięki tym pomidorom przypomniałam sobie, że woda odcieknięta z pomidorów bywa uzależniająca. Znaczy się chyba potasu mi jednak brakuje. Pół litra wody wypiłam duszkiem, a gdyby więcej było, to też bym nie wzgardziła. Z solą była. Brakło mi tylko alkoholu i nieco pieprzu, i prawie krwawą maryśkę bym z wieczora popijała. Nie mniej, jeśli chodzi o pomidorową inspirację to trochę mam ją z tego miejsca https://smacznapyza.blogspot.com/2011/08/pomidory-na-zime.html, a trochę Jamie-go Oliwiera, który krojone pomidory posypać solą kazał dla szybszego i lepszego pozbawienia ich wody. To, że Jamie-go pomidory były do sałatki, to nie znaczy, że ja swoich do słoikowych odwodnić w podobny sposób nie mogła – co nie? No, kto mi zabroni.

fioletowy zawrót głowy

2

Brawo ja. Właśnie, po przeglądnięciu zawartości karty ze zdjęciami z minionego weekendu, chcąc ją skopiować, sprawiłam, że połowa zdjęć, a nawet więcej niż połowa, poszła w niebyt. Zdecydowanie, jak to bywa w takich okolicznościach przyrody, w niebyt udała się ta zdecydowanie lepsza część zdjęć. Czyli te bardziej ostre, bardziej precyzyjne w zamyśle, z lepszym światłem i tak dalej i tak dalej. Zostało to, co zostało, czyli to co w większości zapewne zostałoby całkiem wywalone, a dziś, spokojnie, przebierając w tym niezbyt licznym zestawie (co to jest 41 zdjęć), wybrałam kilka fioletek… nie, nie wszystkie fotki z weekendu były na fioletowo, na fioletowo były te, które się ostały po prostu.

Tym razem nie szłyśmy z A. na Cergową, na to za mało czasu było. Zwłaszcza, że plan był nieco inny niż przechadzki. Planem była tarnina oraz dzika róża. Zdjęcia oczywiście obu poszły się w niebycie rozpływać.

Jedno jedyne zdjęcie. Pan właśnie kończył pracę i była to ostatnia bruzda w orce na tym polu.

Czekałyśmy jeszcze z nadzieją, ale nasze czekanie próżnym się okazało.

Nieco mniej groźna wersja Barszczu Sosnowskiego. Zdecydowanie, późną wiosną, nie podeszłabym tak blisko, gdyż baldachy osłonięte są dosyć rozległymi liśćmi, a kontakt z nimi trudno zaliczyć do przyjemnych. Teraz są mniej groźne, choć profilaktycznie, na małe roślinki jednak uważam i bez długich spodni nie podchodzę,a i to ostrożnie.

Na koniec, jeden z niewielu ocalonych z pogromu, niefioletowych obrazów.


  • RSS